• Wpisów:35
  • Średnio co: 43 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 17:13
  • Licznik odwiedzin:10 286 / 1553 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Nauczyłam się krzyczeć z radości. Był to chyba pierwszy i ostatni efekt uboczny poczucia stabilizacji. Cały obóz krzyczał z radości, a ja wraz z nim. Szczęście jednak nie zawsze faktycznie chroni przed tragedią.
Spotkaliśmy się przy wyjściu z Kolonii. Sophie jak zwykle nie odzywała się do nikogo i tylko przypatrywała się naszym twarzom. Ethan wbił wzrok w swoje buty, a włosy całkowicie przysłoniły mu oczy. Tylko Lee uśmiechał się beztrosko i nucił pod nosem jakąś piosenkę.
Szliśmy równo, wlekąc nogę za nogą i wsłuchując się w ciszę. Nawet nie zdążyliśmy zauważyć, kiedy wizyty w mieście zgniotły nam krtanie i nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Całe dnie każde z nas zajmowało się tylko i wyłącznie sobą i swoją rodziną. Od rana planowaliśmy, która godzina będzie idealna, żeby wyrwać się za mury choćby na chwilę. Dni uciekały jak piasek przez palce i nim się spostrzegliśmy, była już połowa lipca. Zachodzące słońce świeciło się wściekłą pomarańczą i raziło w oczy. Z trudem powstrzymywałam się od spojrzenia na któregokolwiek z przyjaciół. Na usta nasuwało mi się tylko jedno pytanie, które i tak bałam się zadać. Sophie pewnie prychnęłaby tylko i kazała się zamknąć, Lee uśmiechnąłby się tajemniczo, a Ethan nawet nie zrozumiałby co się do niego mówi.
- Oglądaliście wiadomości, prawda? - zaryzykowałam. Na moje nieszczęście pierwsza odezwała się Sophie. A raczej nie odezwała, tylko wydała z siebie coś na kształt kaszlu. Stanęliśmy na środku drogi, kiedy Sophie dosłownie zgięła się w pół, a z jej ust wypłynął najszczerszy śmiech jaki kiedykolwiek u niej słyszałam.
Rzuciłam okiem na Lee i Ethana. Ci także zdawali się być zaskoczeni jej zachowaniem, ale już po chwili blondyn zaśmiał się krótko. Zawtórowało mu rozbawione prychnięcie szatyna. Cała trójka śmiała się tak szczerze, że sama po chwili do nich dołączyłam. Rzuciliśmy się pędem przed siebie, potykając się o własne nogi. Rozłożyliśmy ręce na boki niczym małe dzieci i pruliśmy w stronę wyłaniających się zza wzgórza drzew. Krzyki i piski roznosiły się po całych polach, porywane przez wiatr. Szybowały w przestworza i ginęły pośród chmur. Mogły dotrzeć wszędzie - zaśpiewać wśród płatków wiśni w Japonii, okręcić się wokół wieży Eiffla we Francji, czy wykąpać się w gorących wodach Karaibów. Tymczasem ich źródło biegło przed siebie, gdzieś w środku pięknej doliny, która przez najbliższe miesiące miała być ich jedynym domem.
Wtedy także nie zwracałam uwagi na swój drżący oddech, dziwne uczucie w podbrzuszu i myśli uciekające gdzieś daleko, tam, gdzie nikt miał ich nigdy nie znaleźć. Wszystko zdawało się być tylko efektem zmęczenia, a głęboki chichot, który przebił się przez nasze śmiechy, został zlekceważony. Chichot, który brzmiał tak, jakby za chwilę słońce miało wybuchnąć, a świat skończyć na zawsze. Ten śmiech szaleńca, który towarzyszy ci, kiedy masz ochotę zdusić w sobie ostatnią iskierkę woli życia na tym popapranym świecie.

***

Uciekałam przed nim. Przedzierałam się przez tłum podekscytowanych obozowiczów. Wszyscy rozmawiali tylko o jednym - niektórzy ciszej, niektórzy głośniej. Obóz w Waszyngtonie był na ustach każdego z osobna.
Staliśmy przed porannym apelem na placu. Wtulałam się z błogą pustką w głowie w Ethana, który ledwie zauważalnie kołysał mnie w ramionach. Zaraz obok nas Lee prowadził ożywioną rozmowę z Sophie, a Kivi, Harriet i Alex przekrzykiwali się z jakimś przystojnym chłopakiem.
Wtedy przed oczami przemknęło mi jego przeszywające spojrzenie. Wpatrywał się we mnie uporczywie i chociaż błagałam w duchu, by nie wykonał żadnego ruchu, ruszył w moją stronę.
- Muszę... - złapałam kurczowo rękę Ethana. - Muszę pójść coś załatwić.
Oderwałam się od niego. Przekrzywił głowę i uniósł jedną brew. Miał ostatnio strasznie podkrążone oczy, które szkliły się jak podczas choroby. Nadal ściskałam jego dłoń, żeby tylko zabrzmieć wiarygodnie.
- Zaraz wracam, obiecuję.
- Wszystko w porządku?
Próbowałam uspokoić łomoczące serce i rozbiegany wzrok, który szukał Joshuy. Ten zdążył dosłownie wyparować, ale niemal czułam jego oddech na karku.
- Oczywiście! To zajmie dosłownie chwilkę.
Wyrwałam rękę z uścisku, ale Ethan nie dawał za wygraną. Wpatrywał się we mnie uporczywie, a mi z niewiadomych przyczyn zrobiło się smutno. Od ostatnich dni nie rozmawialiśmy prawie w ogóle. Zbywałam go błahymi wymówkami, że a to jestem zajęta, a to nie mam ochoty z nikim gadać, a to jestem z kimś umówiona. Ale teraz nie było mowy, żeby cokolwiek tłumaczyć.
- Nic się nie dzieje. Naprawdę - zmusiłam się do sztucznego uśmiechu i jeszcze raz ścisnęłam jego dłoń. - Za minutkę wracam.
Nie czekałam na pozwolenie. Dosłownie rzuciłam się w tłum z przemożnym pragnieniem, żeby zniknąć. Ulotnić się do nieba jako duch, wniknąć do czyjegoś ciała, albo zapaść się pod ziemię. Byle tylko nie było mnie widać. Kiedy wreszcie przedarłam się przez wszystkich ludzi, rzucając co jakiś czas zdesperowane "przepraszam", poczułam się jeszcze gorzej. Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie nie zauważyłam Joshuy. Nie ośmieliłam się jednak spokojnie odetchnąć. Musiałam jak najszybciej wejść do jakiegoś domku. W najbliższym - Szóstce - mieszkał Alex, więc było to zdecydowanie najlepszą opcją. Tam na pewno nie będzie mnie szukał.
Minęłam Dwójkę i Trójkę, dysząc i łapiąc równowagę przy każdym potknięciu. Stanęłam spokojnie dopiero przy ścianie Piątki. Poczułam tylko czyjąś obecność, ale nie miałam siły uciekać. Oczy Joshuy przytwierdziły mnie do ściany, kiedy nachylił się nad moją twarzą.
- Po cholerę uciekasz? - syknął.
- Czego chcesz? - odetchnęłam głośno, chcąc zabrzmieć spokojnie. Joshua pokręcił głową z politowaniem.
- Dobrze wiesz. Przestałaś przychodzić.
Zmarszczyłam brwi i oparłam się o ścianę, chcąc odrobinę odpocząć.
- Nie muszę ci się tłumaczyć.
Jednak głęboko czułam, że jednak muszę. A Joshua nie wyglądał, jakby miał nastrój do dawania mi wolnej ręki.
- W takim razie jak myślisz, czemu mnie za tobą wysłał?
Przewróciłam oczami i resztką sił splunęłam mu na buty.
- Nie będę z tobą rozmawiać. Daj mi spokój - warknęłam. Joshua zaśmiał się krótko.
- Nie pytam cię o zdanie. Nie ja tu dowodzę.
Nie był przerażony. W jego oczach nie widziałam nawet odrobiny skruchy, smutku, czy zaniepokojenia. Były chłodne jak zwykle. Brutalnie złapał mnie za nadgarstki i przygwoździł do ściany, żebym nie mogła się wyrwać. Nawet nie próbowałam. Byłam wycieńczona biegiem i musiałam zachować resztki sił, by mu odpyskować.
- On też nie pyta cię o zdanie. Kazał mi cię znaleźć i przyprowadzić do gabinetu.
- Nie jestem już jego marionetką. Skończyłam z tym, gdy otworzono nam mury. Nie zauważyłeś?
Joshua nachylił się jeszcze bliżej. Czułam jego oddech na twarzy i ostatkiem wolnej woli próbowała powstrzymać się od kopnięcia go w krocze.
- Jesteś aż tak naiwna? - zadrwił podwyższonym tonem. - Znalazłaś mamusię i nagle jesteś taka ważna? Już zdążyli cię rozpuścić?
Dziwny cień przemknął mi przed oczami. Zacisnęłam pięści ze wściekłości. Gorący prąd przepłynął od brzucha kręgosłupem aż do palców u stóp i głowy. Coś szarpnęło mną od środka, ale nie wystarczająco mocno, bym mu się nie oparła. Kiedy szarpnęło po raz kolejny, Joshua widocznie to poczuł.
- Próbujesz się wyrwać? Nie bądź śmieszna.
Zaciskałam zęby, czując jak zaczynają dzwonić. Szarpnięcia rozrywały mi brzuch, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Brałam głębokie oddechy, uspokajałam nerwy. Nie zdawało się to jednak na nic. Przez ostatnie tygodnie zbyt pozwoliłam sobie na okazywanie skrajnych emocji, które zwyczajnie zaczynały przejmować nade mną kontrolę.
- Wcale cię nie proszę, żebyś poszła. Dobrze wiesz, że to rozkaz.
- Nie będę się ciebie słuchać - syknęłam. Joshua tylko przewrócił oczami, a uścisk na nadgarstkach zaczął palić. Jego twarz znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko. Zawsze budowałam wokół siebie mur i tylko niektórym pozwalałam przez niego przejść, ale Joshua na pewno nie był tym kimś. Miałam ogromną ochotę, pokazać mu, gdzie jest jego miejsce.
- Nie dotykaj mnie.
Podniósł wzrok z mojej szyi. Nie był zdziwiony - raczej rozbawiony.
- Powiedziałam, nie dotykaj mnie.
Zaśmiał się krótko. W jednej chwili poczułam jego oddech coraz niżej, aż zatrzymał się na szyi.
- Nie muszę się ciebie słuchać, Echuś. Mogę zrobić co mi się żywnie podoba, bo jeśli piśniesz choć słówko, to cała twoja rodzinka pójdzie z dymem wraz z całym miastem.
Siła w mojej klatce piersiowej nie dała mu jednak wykonać żadnego ruchu. W jednej chwili coś się we mnie zakotłowało, a silne szarpnięcie odepchnęło go tak gwałtownie, że puścił moje nadgarstki. Nie zdążył nawet krzyknąć, kiedy wymierzyłam mu cios prosto w twarz. Kipiałam ze złości, miałam ochotę roznieść domek za moimi plecami w drobny mak, ale perspektywa wyżycia się na Joshui była o wiele bardziej kusząca. Chciał wstać, ale powaliłam go jednym kopnięciem.
- Nie piśniesz ani słówka - warknęłam, a mój głos nie brzmiał tak jak zwykle. Był świszczący i cienki. Oczywiście obwiniałam o to wściekłość, choć doskonale wiedziałam co jest na rzeczy.
- Też masz tam rodzinkę, prawda? Tylko spróbuj zaszkodzić mi, mojej rodzinie, albo przyjaciołom, to do końca życia będziesz kaleką.
Nie żartowałam. Mówiłam całkowicie szczerze. Gorąco w kręgosłupie przedostawało się do głowy i niemal nasuwało każde słowo.
- Połamię ci wszystkie kości, każdą, co do jednej. Jeśli będę chciała, skończysz z kamieniem przywiązanym do nogi w jeziorze. Albo ostatni raz zakwilisz, spadając z dachu.
Nie odzywał się. To aż takie dziwne, że się stawiam? Tylko że to nie byłam ja.
- Rozumiemy się?
Jego oczy były chłodne.
- Myślisz, że się ciebie boję? Boisz się sama siebie, więc przestań zgrywać bohaterkę, bo to prędzej ty im zaszkodzisz.
Nie powiedział ani słowa więcej. Podniósł się powoli, otrzepał spodnie z ziemi, posłał mi ostatnie nienawistne spojrzenie i zniknął za ścianą Piątki.
Zostałam kompletnie sama. Za moimi plecami roznosił się głos Octavii, która mówiła o jakichś nieistotnych rzeczach. Przede mną rozciągał się prawie cały obóz - domki, drzewa, boiska i na samym końcu las. Nogi same się pode mną ugięły. Siedziałam na mokrej i zimnej ziemi z drżącymi dłońmi. Patrzyłam na nie z przerażeniem. Były bledsze i bardziej szorstkie niż wcześniej.
W głowie nadal kotłowały się wszystkie groźby, które zdążyłam wypowiedzieć. Szarpnięcia i przeszywający ból w klatce piersiowej niemal zniknął, ale i tak wybuchłam niepohamowanym płaczem. Pierwszy raz dosłownie krzyczałam ze smutku. Przytuliłam swoje kolana, podciągając je pod samą brodę i błagałam w duchu, by ktoś przyszedł. Ktokolwiek. Nie ktoś przyjdzie i mnie przytuli.
Dopiero tamtego dnia zrozumiałam, jak bardzo potrzebuję drugiego człowieka.

***

- Słyszałam, że jest tu jakaś poradnia psychologiczna.
Cztery pary oczu zwróciły się w moją stronę. Siedzieliśmy właśnie przy obiedzie, a mnie temat ten nurtował od spotkania Joshuy.
Anastasia przerwała jedzenie i spojrzała na mnie z pytaniem w oczach.
- Tak, jest.
- Czy ty... - zobaczyłam zaskoczenie na twarzy Gilberta.
Pokiwałam nieznacznie głową. Philippe wytarł ręce serwetką i odchrząknął głośno.
- Powstała niedawno. Paru rodziców stwierdziło, że ich dzieci wcale nie nauczyły panować nad swoją innością, jak to obiecywał obóz.
Jeszcze raz zapytałam się w myślach, czy naprawdę jest mi to potrzebne. Całe ciało krzyczało, że tak. Tylko jeden cienki głosik, dobiegający jakby z tyłu głowy, krzyczał, że nie.
- Chciałabym się tam zgłosić.
Anastasia potarła skronie, wymieniając z Philippem znaczące spojrzenia.
- Czy to... nadal ci przeszkadza?
Pokiwałam głową, chociaż tak naprawdę odezwało się dopiero niedawno, ale nie śmiałam się do tego przyznać. Mogliby pomyśleć, że ma to związek z nimi i poczuliby się jeszcze gorzej.
- Tylko trochę, ale wolałabym z kimś o tym porozmawiać - widząc cień przemykający po twarzy Anastasi, szybko sprostowałam. - Z kimś kto się na tym zna.
Philippe tylko pokiwał głową. Zwrócił się w kierunku wszystkich i posłał im wyjątkowo ciepły uśmiech.
- Oczywiście. Zapiszemy cię tam.

Budynek był nowy. Ogromne okna i oszklone drzwi ukazywały niemal cały hol i recepcję. Szłam z Anastasią, która wcale nie wydawała się specjalnie szczęśliwa z tego powodu. Podczas krótkiej drogi zdążyła zapytać mnie, czy na pewno jestem pewna, przynajmniej trzy raz. Zawsze odpowiadałam tak samo.
Hol też był nowy. Stały w nim miękkie beżowe fotele, różnorodne kwiaty, półki z gazetami i baniak z wodą. Za biurkiem recepcji siedziała pulchna kobieta z włosami upiętymi w idealnego koka. Rozmawiała z kimś przez telefon, zapisywała coś w komputerze, a kiedy nas zobaczyła, uśmiechnęła się tylko miło. Kiedy odłożyła słuchawkę, znów posłała nam firmowy uśmiech.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
Anastasia odchrząknęła cicho.
- Jesteśmy zapisane na nazwisko Seveneel.
Kobieta przytaknęła i od razu zaczęła wpisywać coś w komputer. Skorzystałam z okazji, żeby jeszcze raz rozejrzeć się dookoła. Od recepcji odbiegały dwa korytarze, a na końcach obu z nich prowadziły schody na piętro. Było jasno, a słońce idealnie oświetlało cały hol.
Pomruk recepcjonistki wyrwał mnie z zamyślenia.
- Tak. Pani Echo Seveneel zapisana na sesje we wtorki i czwartki na godzinę 19.
- Zgadza się.
Kobieta znów podniosła słuchawkę i zaraz po drugiej stronie odezwał się niewyraźny kobiecy głos.
- Mamy pacjentkę do sali 21. Echo Seveneel. Otworzysz drzwi na drugie piętro? Co? Tak, jasne.
Odłożyła słuchawkę i oparła się łokciami o biurko.
- Niestety nie będzie pani mogła wejść tam razem z córką. Wstęp do sal i na piętro mają tylko lekarze i pacjenci.
Anastasia złapała mnie kurczowo za ramię. Odetchnęłam głośno.
- Wszystko w porządku, mamo. Idź do domu. Wrócę sama.
- Ale...
Rzuciłam jej znudzone spojrzenie. Kontrolowałam marszczące się brwi, ale dłoni zacisnęły się w pięści. Anastasia chyba zrozumiała o co chodzi i tylko odsunęła się parę kroków.
- Oczywiście. Dasz sobie radę. Będziemy czekać w domu.
Posłałam jej wymuszony uśmiech, a recepcjonista już wskazywała mi drogę. Ruszyłam korytarzem w lewo aż do schodów. Mijałam pomieszczenia podpisane jakimiś nazwiskami. Z jednego z nich wyszła sprzątaczka z mopem w ręce. Przyspieszyłam kroku, żeby się z nią szybko minąć. Na plakietce przy schodach widniały numery sal odpowiednie poszczególnym piętrom. Sala numer 21 - drugie piętro.
Pokonałam schody w zadziwiająco szybkim tempie. Chociaż moje nogi dosłownie się pode mną uginały, stanęłam w wąskim korytarzu, gdzie kręciło się już o wiele więcej osób. Sekretarki w ołówkowych spódnicach, lekarze w luźnych strojach i z plakietkami na piersiach, a w rogu na plastikowym krześle popijał kawę jakiś chłopak w dredach. Ruszyłam niepewnym krokiem przed siebie. Spodziewałam się, że wszyscy będę patrzeć się na mnie spode łba jak zawsze. Jednak pierwsza pani o rudych włosach uśmiechnęła się do mnie, pytając, do której sali zmierzam.
- 21. Echo Seveneel.
Kobieta zaśmiała się na moją cichą odpowiedź. Znów zabrzmiałam, jakbym nie do końca była pewna swojego imienia.
- Po prawej stronie na końcu korytarza. Ktoś tam powinien już na ciebie czekać.
Podziękowałam niemrawo i puściłam się pędem w stronę drzwi. Udawałam, że wcale nigdzie mi się nie śpieszy, ale przez przypadek potknęłam się o dywan, zwracając tym samym na siebie uwagę wszystkich osób w korytarzu. Poprawiłam bluzkę i włosy, wreszcie dopadając drzwi.
Zapukałam wystarczająco głośno, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Nacisnęłam klamkę, a drzwi delikatnie ustąpiły. Niepewnie weszłam do środka.
- Przepraszam?
Pokój miał tylko jedno ogromne okno. Na środku stało biurko zawalone papierami. Cała lewa ściana ukryta była za półkami z książkami, encyklopediami i figurkami zwierząt. Nikogo w środku nie było.
Odważyłam się postawić kolejny krok i zamknąć za sobą drzwi.
- Cześć.
Wrzasnęłam. Odwróciłam się w stronę głosu z bijącym sercem i dopiero wtedy zobaczyłam trzy fotele stojące pod prawą ścianą. Na jednym z nich siedział chłopak. Był na oko w moim wieku, miał blond włosy opadające na oczy, zapadnięte policzki i wpatrywał się we mnie uporczywie. Wychudzone nogi podciągnął pod brodę, bawiąc się rogiem swojej koszulki w paski. Miał na stopach jedynie skarpetki.
- H-Hej.
- Jesteś tu nowa, prawda?
Nie zmienił nawet pozycji. Praktycznie w ogóle się nie ruszał. Miętosił koszulkę w palcach, mrugając smutnymi oczami.
Przytaknęłam.
- Jak ci na imię?
Miał naprawdę dziwny akcent. Wcześniej nie spotkałam się z takim w obozie, a przecież takie kaleczenie angielskiego na pewno zapadłoby mi w pamięć.
- Echo Seveneel.
Przekrzywił głowę. Zdziwiło go pewnie, że przedstawiłam się nazwiskiem. Albo mi się przewidziało, albo niezauważalnie się uśmiechnął.
- Andrusza Wasilijowicz Lawrow.
Czyli akcent nie był jedyną dziwną rzeczą w tym tajemniczym człowieku. Chyba zauważył moje zdumienie, bo tym razem naprawdę się uśmiechnął.
- Mów mi Andrusza.
- Mów mi Echo.
Opuścił stopy na wykładzinę. Naprawdę był przeraźliwie chudy. Garbił się gorzej niż ja, a jego obojczyki widocznie odznaczały się na koszulce.
Nie spuszczał ze mnie wzroku podkrążonych i szklanych oczy. Jego głos był drżący i niepewny, kiedy sklecił kolejne zdanie.
- Widzisz, Echo. Wygląda na to, że mamy ten sam problem.
  • awatar Gość: ja pierdu pierdu aleś ty tu karyniła aż wstyd. Ciekawe czy już żeś z tego wyrosła ale wątpię :(
  • awatar Lisa Angels: A serio XD Ominęłam jeden XD Ale wtopa, już wszytko w porządku :D
  • awatar Echo to tylko odbicie dźwięku: @Lisa Angels: A przeczytałaś poprzedni rozdział? Bo wstawiłam 2 - 12 i 13. Może dlatego nie rozumiesz ;u;
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Obudziłam się w swoim pokoju. Ale nie tym, który powinien być mój już od początku. Tym, w którym mieszkałam od dziewięciu lat. Oddychałam miarowo i płytko. W pomieszczeniu było jasno i duszno. Promienie słoneczne wpadały przez okno i oświetlały moje nogi. Podciągnęłam je pod samą brodę, zwijając się w kłębek i przekręcając na lewy bok akurat na spotkanie uśmiechniętej twarzy Kivi.
Powstrzymałam wrzask. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że pozwoliłam jej i Harriet spać w moim domku, ponieważ chciały spędzić ten wieczór całą siódemką. W nocy, albo raczej nad ranem, słyszałam ciche pochlipywanie Madeleine, która spała w pokoju Sophie. Lee, Ethan i Alex urzędowali w salonie.
Przetarłam zaspane oczy. Rzuciłam okiem na zegarek, który wskazywał punkt dziesiątą. Przespaliśmy i apel i śniadanie. Nie przejęłam się tym zbytnio.
- Nadal nie mogę w to uwierzyć.
Zwróciłam się w stronę Kivi, która wpatrywała się w sufit. Jej oczy szkliły się szczęściem. Pierwszy raz nie powiedziała ani słowa.
- To sen?
Pokręciła głową, hamując płacz. Oddychała płytko, a kąciki jej ust drżały. Poczułam tylko jak delikatnie sunie dłonią po prześcieradle i łapie mnie za rękę. Splotłyśmy palce w ciepłym uścisku.
Dopiero Harriet obudziła w nas prawdziwe emocje. Melancholijny nastrój prysł jak bańka mydlana, kiedy niespodziewanie poderwała się z piskiem na równe nogi. Trwało to tylko chwilę.
Wstała, zaśmiała się perliście i popędziła do salonu.
Leżałyśmy z Kivi zbite z tropu.
- Czy ona właśnie…
Kivi pokiwała głową. Oczy znów zaszkliły się euforycznie, kiedy też poderwała się na równe nogi. Chwilę potem w pokoju zostałam tylko ja.
Przez otwarte drzwi wpływały przyciszone rozmowy, które zostały przerwane przez piski i śmiech moich przyjaciółek. Wolałam nie myśleć, co dzieje się w salonie, więc podążając za ich krzykami, dopadłam progu. I pewnie potknęłabym się o niego i upadła prosto na twarz, gdyby nie czyjeś ramiona, który zatrzymały mnie w miejscu.
Poczułam tylko ja moje stopy odrywają się od podłogi i zgrabnie wykonują piruet. Chłodna dłoń złapała moją i objęła mnie w pasie. Dopiero, gdy otrząsnęłam się z szoku, pozwoliłam sobie opaść na kanapę zaraz obok Sophie, która uśmiechała się kącikiem ust. Oparłam głowę o ramię Ethana, przyciągając kolana do samej brody. Obserwowaliśmy jak Harriet i Alex ruszają się zgrabnie w rytm melodii lecącej z głośników. Wszyscy byli szczęśliwi. Bo jacy mieliby być?

***

Człowiek potrzebuje chyba naprawdę mnóstwa czasu, żeby przyzwyczaić się do zmiany. Kiedy nagle poczułam, że ktoś tam jest, stoi i patrzy na mnie, ktoś z kim nie widziałam się tyle lat, obudziło się we mnie dziwne przekonanie, że mogę wszystko. Mogę odrzucić wszelkie wątpliwości, zapomnieć o dawnych problemach i po prostu cieszyć się z tego, co mam. Wszyscy wokół nagle stali się… obojętni. Jakby ktoś założył mi klapki na oczy i szeptał do ucha, żebym szła przed siebie. Nie musisz się bać, bo ten ktoś tam stoi. Nie przejmuj się niczym, oni są tu specjalnie dla ciebie.
Mury obozu były wiecznie otwarte. Pełna euforycznych myśli przemykałam nocami i dniami dobrze znaną ścieżką w poszukiwaniu zaginionego szczęścia.
Zawsze spotykałam je w tym samym miejscu. Na ganku ślicznego piętrowego domu o kremowych ścianach i ciemnym dachu. Moje szczęście miało siwiejące blond włosy i szare oczy, miało włosy prawie całkowicie siwe, miało także dołeczki w policzkach i najpiękniejszy uśmiech jaki pamiętałam z dzieciństwa.
Gilbert i Sasha byli od początku.
Wystarczyło spędzić z nimi parę dni, żeby udało mi się uspokoić. Wcześniej mój oddech drżał, słowa się plątały, a nogi dygotały za każdym razem, gdy staliśmy zbyt blisko. Byłam kompletnie zielona jeśli chodzi o kontakty z rodzeństwem.
Dni mijały, a ja powoli przyzwyczajałam się do faktu, że mam rodzinę. Nie za morzami, lasami i górami, ale dokładnie tu. Za zaledwie jednym murem, który w obliczu takiego szczęścia nie stanowił praktycznie żadnego problemu.

Sasha pokazywał mi właśnie zdjęcia z ostatnich dni w Ameryce. Siedzieliśmy na kanapie w salonie. Philippe przeglądał importowane francuskie gazety, a Anastasia próbowała wepchnąć się na miejsce obok Gilberta.
- O! A tutaj ostatni raz widzieliśmy się z ciocią Suzie. - Wskazała palcem na zdjęcie przedstawiające chudziutką panią z krótkimi włosami, która uśmiechała się do obiektywu, przytulając naburmuszonych Gilberta i Sashę. - Pamiętasz ją jeszcze?
Zamyśliłam się na chwilę, próbując przywołać wspomnienia. Nie było to łatwe, jeśli przez całe dziewięć lat próbowało się od nich odgrodzić.
- To ta od łapaczy snów?
- Tak. Miała ich pełno w domu. Tyle razy prosiłam ją, by się ich wreszcie pozbyła, ale nie chciała mnie słuchać.
- Dziwisz się? - Philippe odezwał się pierwszy raz od wyciągnięcia albumu. - To twoja siostra. Pałacie taką samą miłością do gromadzenia niepotrzebnych rzeczy.
Anastasia zaśmiała się tylko krótko, posyłając mężowi karcące spojrzenie.
- Jak się ma? - podniosłam na nią wzrok. Kobieta zacisnęła usta w cienką linię i powoli podniosła się z kanapy.
- Nie rozmawiałyśmy parę lat. - Oczy zaszkliły się niezauważalnie. Szybko otrząsnęła się z zamyślenia i przewróciła oczami, śmiejąc się szczerze.
- Pewnie teraz ratuje głodne dzieci w Kongo, albo walczy o prawa zwierząt na Syberii. Nikt nie wie. Ciocia Suzie może być wszędzie.
I zaraz potem ulotniła się do kuchni.

***

- Macie szkołę w tym obozie? - Philippe oderwał mnie od przeglądania kolejnego albumu. Uśmiechał się niezauważalnie.
- Tak. Jest raczej obowiązkowa, ale nie wszyscy się fatygują.
Mężczyzna obrócił się jeszcze bardziej w moją stronę.
- A ty?
- Czy chodziłam? Raczej tak - spuściłam wzrok na swoje uda. - Nie miałam nic lepszego do roboty.
Philippe nie pytał o nic więcej. Można powiedzieć, że to ceniłam w nim najbardziej. Chociaż wylewność Anastasi też przestała mi przeszkadzać. Rozmawialiśmy coraz szczerzej i bardziej na temat. Opowiadali mi o ich życiu we Francji, wspomnieniach z Ameryki, aż w końcu trzeba było wspomnieć o tym co tu i teraz.
- Jak dowiedzieliście się, że tu jestem?
W pokoju zapanowała niezręczna cisza. Philippe oglądał właśnie jakiś program przyrodniczy, Anastasia malowała paznokcie, a Gilbert i Sasha ściągali z internetu kolejny odcinek serialu science-fiction. Przez ułamek sekundy wyglądaliśmy po prostu jak normalna rodzina, która musi od czasu do czasu od siebie odpocząć. Anastasia odłożyła pędzelek na papierowy ręcznik i odwróciła się w moją stronę.
- Na pewno…
- Tak.
Odetchnęła ciężko. Philippe spojrzał na nią zatroskany.
- Może ja…
- Nie - przerwała mu stanowczo. Podniosła się z miejsca i przycupnęła obok mnie na kanapie.

W Ameryce mieszkali zaledwie rok od mojego zniknięcia. Jeździli po urzędach, pytali na posterunkach policji i uczestniczyli w kolejnych rozprawach sądowych. Anastasia cudem uniknęła więzienia za utrzymywanie mnie w ukryciu. Polityka Ameryki względem odmiennych dzieci i obozów była o wiele bardziej rygorystyczna niż polityka Europy, dlatego dosłownie odetchnęli z ulgą, kiedy dowiedzieli się, że jest prawie pewnie, iż wywieźli mnie na inny kontynent.
Wystarczyło załatwić parę papierów, sprzedać dom i mogli spokojnie wyjechać do Francji. Tam zamieszkali u krewnych Philippa - jego brata Conrada i jego żony.

Widziałam jak oczy Anastasi znów szklą się, kiedy wspomina o przecudownej dwójce ich dzieci.
- Patrzyłam na nie prawie każdego dnia i…
Delikatnie złapałam ją za rękę, kiedy zakryła twarz, próbując zapanować nad łzami.
Philippe dokończył mówić.

Mieszkali tam osiem lat. On pracował jako lekarz pediatra, ona siedziała w domu, próbując znaleźć jakąkolwiek pracę. Gilbert i Sasha niemal zadomowili się w nowym otoczeniu - chodzili do normalniej szkoły i nikt nie miał prawa zauważyć, że z nimi także jest coś nie tak.
Philippowi i Anastasi trzy lata po przeprowadzce wreszcie udało się zarobić na własny dom. Opuścili bezpieczne schronienie pod skrzydłami Conrada i zaczęli sami układać sobie życie.
Jednak nie było to życie całkowicie przyjemne. Co weekend jeździli do Nowego Paryża, do głównej siedziby zarządzającej francuskimi obozami i pytali o mnie. Spotykali rodziców takich samych jak oni. Tak samo zagubionych niczym dzieci we mgle. Którzy tak samo jak oni nie potrafili pogodzić się ze stratą i robili co w ich mocy, by znaleźć swoje pociechy.
Rok przed wyjazdem do Węgier w Paryżu rozpoczęły się strajki. Co bardziej zdesperowani rodzice połączyli siły, by wreszcie doprowadzić do likwidacji obozów. Anastasia i Philippe brali udział w paru, aż wreszcie dostali odpowiedź. Echo Seveneel, odebrana w roku 2077, znajduje się w obozie na terenie Węgier.
Kolejne miesiące zajęło im zebranie odpowiednich zaświadczeń, skontaktowanie się z tajną organizacją odpowiedzialną za Oazy i dopiero wtedy mogli wyjechać.

- Nikt nie poinformował nas, że spotkamy się już teraz. Nawet nie wiesz jak cieszyliśmy się na wiadomość, że tu jesteś.
Anastasia wreszcie uspokoiła oddech. Nie pytając o zdanie przytuliła mnie mocno, wprawiając mnie tym samym w niemałe zakłopotanie.
- Bałam się. Tak bardzo się bałam, że nas nie poznasz…
Ja też się bałam, mamo. Chciałam odpowiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle.

To był kolejny dzień u nich w domu. Kolejny dzień o trzech tygodni. Lipiec dawał się we znaki jak nigdy. Słońce przygrzewało niemiłosiernie, a ja była nieostrożna. Nie dziwiło mnie wtedy nic. Spędzałam prawie każdy dzień w Kolonii. Chodziliśmy tam całą szóstką. Obiecywaliśmy Harriet, że kiedy jej rodzice się pojawią, na pewną ją poinformujemy.
To był wieczór jak każdy inny. Rozmawialiśmy o obozie, oglądaliśmy stare zdjęcia i próbowaliśmy odbudować więzy godne najbliższej rodziny. Wtedy Philippe pierwszy raz włączył przy nas wiadomości.
Zobaczyliśmy tylko tłum ludzi zebrany przed jakąś ogromną bramą. Wszyscy przepychali się, krzyczeli, a dziennikarka w granatowym żakiecie próbowała przekazać najważniejsze wiadomości. Ktoś w tle płakał, ktoś się przytulał, a jeszcze inny łapał za ręce każdego napotkanego człowieka. I pewnie przypominałoby to miejsce jakiegoś nieszczęścia, ogromnej katastrofy, która odebrała życie tysiącom dusz, gdyby nie napis na dole.

Pierwszy amerykański obóz dla Innych w stanie Waszyngton został zlikwidowany.

Wszystkim w pokoju odebrało mowę. Potem nadchodziły kolejne informacje. Dzieci wracały do domów, pracownicy zostali zwolnieni, a protestujący przez tyle lat rodzice wreszcie dopięli swego.
Wystarczyło tylko czekać aż dobra passa przypłynie do Europy.
I chociaż płakałam z radości, chociaż przytulałam Anastasię, która nie posiadała się ze szczęścia, byłam zbyt naiwna, by zauważyć, że chociaż cały świat nagle stał się bezpiecznym miejscem, to mój dosłownie zatrząsł się w posadach.
 

 
Zarzuciłam kurtkę na ramiona. Godzina czwarta nie była dobrą porą, by wychodzić z ciepłego domu. Wszystko widziałam jak przez mgłę. Ziewnęłam przeciągle i przetarłam oczy. Senność pozwalała powściągnąć emocje. Niestety z jednym wyjątkiem.
Anastasia stała w samym rogu przedpokoju. Ręce skrzyżowała na piersi, szczelnie opatulając się szlafrokiem. Co chwila pociągała nosem, ale nie odrywała ode mnie wzroku. Czułam jak przewierca mi się aż do głębi duszy. Ale było to przyjemne uczucie. Pierwszy raz czułam szczęście, że ktoś obserwuje każdy mój ruch. Nawet jeśli nie znałam do końca tej osoby. Nawet jeśli dzieliło nas dziewięć lat wspomnień. To jak życie po dwóch stronach muru. Każdego dnia drżącymi dłońmi pisałeś list do tej osoby. Potem robiłeś z niego samolocik i rzucałeś na drugą stronę muru. Ale nigdy nie udało się żadnemu z nich tam dotrzeć. Mur był zbyt wysoki. A kiedy w końcu udało ci się spotkać z tą ważną osobą, ty nie wiesz co powiedzieć. Umiesz tylko pisać listy.
Dlatego cały świt, albo raczej późną noc, spędziłam z Gilbertem i Sashą. Nie byli kimś, do kogo trzeba pisać listy. Nie musiałam się zastanawiać nad brzmieniem swoich słów. Po prostu rozmawialiśmy.
Przy kubku kawy, w kuchni, słuchając starych przebojów na jakiejś węgierskiej stacji. Opowiadaliśmy sobie historie z dzieciństwa, chociaż nie było czasu, by wszystko nadrobić. Wiedziałam, że zajmie nam to dużo czasu. Ale cudowne było to, że
nie obchodzili się ze mną jak z laleczką z porcelany. Byliśmy normalnym rodzeństwem. Całkowicie normalnym.
Zdążyłam dowiedzieć się, że przeprowadzili się do Francji - do krewnych mojego ojca, Philippa, którzy byli rodowitymi francuzami - kiedy dotarła do nich informacja, że znajduję się w jakimś obozie w Europie. Że rodzice byli o krok od rozwodu. Że w polityce jak na razie spokojnie. Że coraz więcej ludzi organizuje strajki przeciwko obozom. Że jeśli tak dalej pójdzie, mamy szansę wrócić do domu. Do ich domu. Do Francji. Nie była to może przerażająca perspektywa, ale paradoks mojego krzywego punktu widzenia kazał mi z jednej strony uciekać od obozu jak najdalej, a z drugiej bać się nowych miejsc i ludzi. Wolałam, więc przemilczeć sprawę. Chociaż w środku wszystkie trybiki trzeszczały, drżały i skrzypiały. A częste przełykanie śliny było aż nazbyt dosłowne. Ograniczyłam się więc do przytakiwania, śmiania się, robienia trafnych, krótkich uwag i uspokajaniu tępego bólu głowy, który ostatnimi czasy coraz bardziej dawał się we znaki.
Philippe otworzył przede mną drzwi. Odwróciłam się jeszcze w stronę mojej rodziny. To słowo nadal siało zamęt w mojej głowie, ale wcale nie brzmiało źle, więc już się go nie wypierałam. Gilbert i Sasha, zapewne zauważając niechciane łzy, rzucili się do grupowego uścisku. Gilbert złapał mnie w pasie i uniósł do góry jak księżniczkę, obracając się parę razy dookoła. Z mojej krtani wyrwał się krótki, urywany śmiech. W jeden wieczór potrafili wzbudzić we mnie zaufanie szybciej, niż ktokolwiek w obozie przez parę lat. Sasha, kiedy Gilbert wreszcie postawił mnie na ziemie, poczochrał moje włosy i dał szybkiego całusa w czoło.
- Wracaj do nas szybko, Echo.
Odpowiedziałam nieśmiałym uśmiechem, których zapas jak na jeden dzień powoli się kurczył. Obiecuję.
Poczułam dotyk czyjejś dłoni na ramieniu. Odwróciłam głowę. Philippe patrzył się na mnie z tajemniczym wyrazem twarzy. Jak zwykle z resztą nie powiedział nic. Jedynie uśmiechnął się niezauważalnie i trochę mocniej ścisnął moje ramię. Ja też nie uśmiecham się często. Może dlatego dostrzegłam jak usilnie próbuje być serdecznym. To proste. W kącikach oczu pojawiły się drobne zmarszczki. Podobno ludzie uśmiechają się oczami.
- Niedługo wrócę - zwróciłam się nieśmiało w stronę całej czwórki. - Coś wymyślimy. Na pewno.
Anastasia zakryła usta dłonią. Wytarła oczy rękawem szlafroka i westchnęła cicho. Nie chciałam się z nią żegnać. Nie umiałam. Zamiast formalnie dać jej buziaka w policzek, zaczęłam powoli wycofywać się w stronę drzwi. Szybko przekroczyłam próg i już miałam pognać w dół schodów ganku, kiedy zatrzymał mnie trzask zamykanych drzwi i łamiący się głos:
- Poczekaj, Echo.
Mimowolnie zatrzymałam się przed ostatnim stopniem. Serce łomotało, a ból głowy coraz bardziej dawał się we znaki.
Z duszą na ramieniu odwróciłam się w stronę Anastasi. Żarówka na ganku słabo oświetlała jej twarz. Miała podkrążone oczy, a zmarszczki stały się bardziej widoczne. Szczelniej otuliła się szlafrokiem, krzyżując ręce na piersi. Niemal czułam jak serce wali jej jak szalone. Tak samo jak mi. Stanęłam twardo na stopach.
- Nie miałyśmy czasu, żeby porozmawiać - zaczęła, niemal szepcząc.
Przysunęła się do balustrady, opierając się o nią biodrem. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Chyba smutnego.
- Cieszę się, że układa ci się z brać… - urwała, widząc moją minę. - Gilbertem i Sashą.
Ton z jakim wymówiła ich imiona, łamał mi serce. Nie znałam tej kobiety, ale pod żadnym pozorem nie chciałam jej zranić. A skoro miałam do tego dryg…
- Braćmi - uśmiechnęłam się oczami. - Tak, braćmi. Jest super.
Podniosła na mnie wzrok, odrywając go od listka leżącego na balustradzie. Rozpromieniła się? Jeszcze bardziej posmutniała? Może nie widziała mojej twarzy, bo mimowolnie zrobiłam krok w tył. Stałam już na chodniku prowadzącym w stronę furtki. Anastasia jednak się uśmiechnęła. Też oczami.
- Wrócisz?
Spuściłam wzrok na swoje kalosze. Żarówka zamigotała parę razy. Jakby nas poganiała. Anastasia zrobiła malutki krok w moją stronę. Niepewnie, ale to wystarczyło.
- Obiecałam - wbiłam w nią wzrok. - Tak, wrócę. Gdy będę mogła, to wrócę.
Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej i zrobiła kolejny krok do przodu. Stanęła na schodach. Skrzyżowane ramiona podniosły się opadły, gdy głośno westchnęła. Podniosła oczy ku ciemnemu niebu. Po westchnięciu nastąpiły łzy. Przetarła oczy dłonią, śmiejąc się pod nosem.
- Tęskniłam, wiesz? - nie patrzyła na mnie. Jej wzrok nadal wodził po niebie. Obserwowała gwiezdne konstelacje, jakby próbowała znaleźć w nich odpowiednie słowa. Często też tak robiłam.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak było nam ciężko. Gdy się dowiedzieliśmy, że jesteś tutaj to… - jęknęła cicho, zakrywając usta ręką i wracając na ziemię.
- Ale nie będę ci o tym teraz mówić - machnęła ręką. - Jakaś obca baba będzie cię zanudzać jakimiś ckliwymi opowiastkami.
Kolejny śmiech, tym razem głośniejszy, rozniósł się po ogrodzie. Zakryła twarz dłońmi śmiejąc się i płacząc. Wciągnęła powietrze z głośnym świstem, odwracając wzrok. Zrobiła krok w tył, oddychając głęboko.
- No idź - szepnęła, drżącym głosem - idź już, idź…
I w tym momencie - kiedy miałam już odwrócić się i odejść, kiedy Anastasia chciała zniknąć za drzwiami, kiedy obie chciałyśmy zacząć znów budować między nami mur - niewidzialna siła pchnęła mnie w jej stronę. Może moja podświadomość. Może sumienie, które podobno już dawno mnie opuściło. A może po prostu sama chciałam podbiec i wpaść w jej objęcia. Przytulić się do osoby, za którą tęskniłam tyle lat. Która nigdy nie miała szansy towarzyszyć mi wtedy, kiedy jej najbardziej potrzebowałam. Która nie uczestniczyła w moim wychowaniu i musiała teraz godzić się na to, kim się stałam. Której nigdy dobrze nie poznałam.
Nie musiałam czekać, bo Anastasia przytuliła mnie do siebie tak mocno, jakby nigdy nie miała zamiaru puszczać. I wybuchła płaczem. Wtulała twarz w moje włosy i całowała je, kiwając mną na wszystkie strony. Odsuwając mnie lekko, wzięła moją twarz w dłonie i spojrzała głęboko w oczy. Były czerwone i opuchnięte od płaczu, ale szczęśliwe. Uśmiechała się szeroko, jakby chciała rozerwać sobie policzki. Zaśmiałam się. Przyłożyła swoje czoło do moje.
- No już… - szepnęła. - Nie mam prawa cię zatrzymywać. Zaraz masz zbiórkę przy ratuszu.
- Wrócę - nie zwracałam uwagi na jej słowa. Gubiłam się we własnych.
- Wrócę. Na pewno wrócę. Obiecałam.
Przejechała dłonią po moich włosach i złożyła na czole delikatny pocałunek.
- Wiem, wiem. A my będziemy czekać.
Oderwałam się od niej z ociąganiem. Czas naglił, a Ginewra apelowała o punktualność. Uśmiechnęłam się szeroko. Najszczerzej od ostatnich paru dni. Od paru lat.
- W takim razie do zobaczenia… mamo.
Anastasia pomachała mi leciutko palcami, znów uśmiechając się oczami.
- Do zobaczenia, córeczko.

***

Ulica była pusta. Przeżywałam déjà vu. Latarnie otulające wszystko żółtą poświatą. Ciemność poza ich zasięgiem i światło bijące z okiem domu, z którego właśnie wyszłam. Wystarczyło, żebym skręciła w główną ulicę, kiedy moją uwagę przykuła sylwetka majacząca zaledwie paręnaście kroków przede mną. Długie jasnoblond włosy płynęły za nią, a wysoko uniesiona głowa i gryzące się z jej władczością ramiona, którymi postać przytulała samą siebie, wskazywały na tylko jedną osobę. Sophie Marie Chapman. Normalnie, widząc ją, automatycznie zwolniłabym kroku, udając, że wcale jej nie zauważyłam. Tym razem prułam przed siebie. Porwałam się do biegu, mijając domy z prędkością światła. Budziłam psy w kojcach, podrywałam liście spod swoich stóp i odgarniałam włosy z twarzy. Dysząc ciężko gnałam przed siebie na łeb na szyję, parę razy potykając się o krawężnik. Wilczur na jednym podwórku podbiegł do ogrodzenia, ujadając i szczekając. Postać najwyraźniej to usłyszała, bo odwróciła się w tamtą stronę. Na spotkanie mojej twarzy. Nie krzyknęła, nie zlękła się, ba, nawet nie mrugnęła. Jedynie oczy zaszkliły się niezauważalnie, kiedy nasze oddechy się zmieszały. Stałyśmy niebezpiecznie blisko siebie.
- Cześć - wydyszałam, próbując wziąć jak najgłębszy oddech.
- Cześć - odparła bez cienia emocji w głosie. Domagała się nim jedynie, bym nie pytała. Nie zagadywała. Nie drążyła tematu. Znałam ją zbyt długo, żeby tego nie zauważyć. Ledwo stykając się ramionami, ruszyłyśmy w stronę ratuszu. Przeszywająca cisza towarzyszyła nam przez całą drogę. Nikt nie wychodził z odchodzących od głównej drogi uliczek. Zza wzgórz, których czubki wyrastały znad dachów domów, nie wypływał ani jeden promień słońca. Szłyśmy, delektując się ciszą. Raz na jakiś czas, któraś z nas wznosiła wzrok ku niebu. Wtedy ta druga spoglądała na nią, a kiedy nasze spojrzenia się stykały, odwracałyśmy twarze. Nie trzeba było słów. Sophie doskonale znała ich wartość i chyba próbowała nauczyć tego także i mnie. Byłam słabą uczennicą, ale dawałam z siebie wszystko.
Dopóki towarzyszka nie uśmiechnęła się sama do siebie. Wystarczyło, że się na nią spojrzałam i już obie się śmiałyśmy. Oczami. To chyba Sophie mnie tego nauczyła. Kiedy przyjechała do obozu. Miałam wtedy 10 lat. Ona też. Pamiętam, że nienawidziłyśmy się od początku. Ale pamiętam też, jak zawsze uśmiechała się do Lee. Oczami. Nie była chyba świadoma, że to widziałam. To oczywiste, że nie chciała, by ktokolwiek o tym wiedział. Ani ja, a Lee w szczególności. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że to dzięki niej potrafiłam robić to tak dobrze. Jeśli nie chciała, żeby Lee to widział, tak nie widział. Był ślepy. Od tamtej pory zawsze uśmiechałam się tak do Ethana. Nigdy się nie zorientował.
Ze smutnymi uśmiechami na twarzach dotarłyśmy do parku przed ratuszem. Dookoła wiała pustka. Świeciło się w nim jedynie parę okien, a na ławce pod kasztanem siedziała jakaś obca nam dwójka.
Usiadłyśmy jak najdalej od nich. Pod innym kasztanowcem. Ona miała nogi wyprostowane, a ja podkurczone pod samą brodę. Zimna ławka mroziła nasze myśli, które uciekały gdzieś w przestworza. Para siedząca po drugiej stronie parku zaśmiała się głośno. Wlepiłam wzrok w kalosze. A Sophie w gwiazdy. Pierwszy raz to ja stałam twardo na ziemi, a ona odpływała gdzieś myślami. Tam, gdzie żadna fizyka czy chemia nie miały znaczenia. Polityka nie odgrywała żadnej roli, a zasady nie istniały. Tam, gdzie rządziły tylko i wyłącznie uczucia.
I wtedy znów na siebie spojrzałyśmy. Ale nie uśmiechnięte. Smutne. Rozpłakane. Dosłownie.
Oczy Sophie zaszkliły się niebezpiecznie, podobnie pewnie jak moje. Pierwsze łzy spływały w idealnym porządku. Tak jakbyśmy dzieliły te same uczucia. Płakały razem. Odezwałam się pierwsza. A raczej wydałam z siebie jęk rozpaczy i niepohamowanego szczęścia. Sophie zaraz po mnie. Nie liczyło się nic. Rzuciłyśmy się sobie w objęcia. Zacisnęłam pięści na plecach jej kurtki i beczałam. Beczałyśmy obie. Jak dwie przyjaciółki oglądające komedię romantyczną. Łzy ciekły po policzkach strumieniami. Czułam jak wtula twarz w zagłębienie szyi. Pragnęłam dotyku. Kogokolwiek.
- Mam mamę, Echo! Boże, mam rodzinę!
Zapiszczałam, ni to z radości, ni to ze smutku. Jakby odezwał się we mnie praprzodek, który tkwi w każdym człowieku na świecie. Ta potrzeba bliskości. Miłości. Przynależności. Ubierana w te proste słowa, a kiedy zaspokojona, dająca nieopisane uczucie.
- Mam braci! Rozumiesz?!
- Też mam brata!
- I mamę i tatę!
- Oni żyją!
- Oni tu są!
Krzyczałyśmy i płakałyśmy jedna przez drugą, przytulone do siebie, a z każdą minutą ludzi na placu przybywało. Mijali nas, a kiedy mimochodem zerkałam na ich twarze, nie widziałam zdziwienia, ani politowania, tylko uśmiechy. Szczere uśmiechy, które kruszyły coś w głęboko we mnie tak, że musiałam to wypłakać. Niekończący się potok łez wylewany nie z przymusu. Za te wszystkie lata, spędzone na ukrywaniu uczuć przed tymi, którzy byli zawsze. Chociaż nie spokrewnieni to i tak najbliższą rodziną. Najważniejsi ludzie w moim życiu. Ci, o których mówiąc, nie bałam się tego słowa. Najważniejsi.

I właśnie to oni pojawili się na końcu alei. Ethan, Kivi, Lee i Alex. Wystarczyła chwila, by zauważyli w jakim jesteśmy stanie. Poczułam chłodną dłoń na ramieniu. Na początku ją zignorowałam, ale kiedy postać usiadła zaraz obok mnie i drżącym głosem szepnęła:
- Mam siostrę, Echo. A nawet o niej nie wiedziałem.
Odwróciłam się w stronę Ethana, po którego policzkach już spływały łzy.
- Mam braci, Mathias. Dwóch.
Zamknął mnie w żelaznym uścisku, pozwalając ukryć twarz przed całym światem. Kiwał mną na boki, wypuszczając z ust potok słów. O swojej siostrze, mamie, tacie, babci. Obok mnie Sophie już kuliła się w objęciach Lee, który także nie siedział cicho. Oboje płakali najgłośniej, zagłuszając nawet Kivi i Alexa, którzy siedząc na ziemi pod ławką i ignorując chłód, przytulali się do siebie. Krzyczeli. Niezrozumiałe słowa. Cała nasza szóstka płakała. Tak jakbyśmy czekali dokładnie na ten moment. Kiedy będziemy razem. Zamknięta w uścisku Ethana doszłam do wniosku, że płakanie samemu nic nie daje. Żadnych emocji. Ani dobrych, ani zły. To płakanie z pustką. Próżnią bez marzeń, ambicji, przeszłości. Dopiero, kiedy dzielisz ten moment z kimś innym, doceniasz każdą łzę spływającą w dół po policzkach. Widzisz ludzi, którzy myślą inaczej, czują inaczej, marzą inaczej, ale nie odczuwasz samotności. Żyjesz w przekonaniu, ba, jesteś pewien, że to wszystko nie jest jedynie wymysłem twojej wypaczonej natury. Zniszczonej przez nieokreśloną istotę, nad którą nie masz kontroli. Skoro czuje to też osoba obok ciebie, w takim razie musi to być żywe. Niemal namacalne. I może to właśnie dlatego czekaliśmy na dobry moment, żeby wyżalić się sobie nawzajem. Tylko bez słów. A z kim możesz tak lepiej porozmawiać, niż z przyjacielem?
Połknęłam kolejną gorzką łzę. Przed oczami przechodziły obce osoby z tak samo czerwonymi oczami. Obserwując naszą szóstkę, musieli powoli pojmować jak się czują. I wyrzucać z siebie wszystko.
Głośny szloch Sophie przerodził się w ciche pochlipywanie. Najprzyjemniejszy moment przeminął. Alex pocierał i tak już czerwone oczy rękawem kurtki. Kivi łykała powietrze dużymi haustami, uśmiechając się przy tym z nutką szaleństwa. Jedyny spokojny był Lee. Przytulał do siebie Sophie i mrużąc powieki, na których zebrały się malutkie kropelki, wpatrywał się w gwiazdy. Oddychał spokojnie, raz po raz pociągając nosem. A ja i Ethan nadal płakaliśmy. To chyba wina tego, że jeśli jedno płacze, to drugie też zaczyna. I mogło to tak trwać w nieskończoność.
Dopóki drzwi ratusza nie otworzyły się i nie wyszły z nich osoby, które nie zostały przydzielone do żadnego domu. A wśród nich Harriet. Kiedy tylko przed oczami mignęły mi jej śliczne kasztanowe włosy, poderwałam się na równe nogi. Omijając płaczących, śmiejących się, załamanych obozowiczów, wreszcie stanęłam na tyle blisko, by widzieć jej twarz. A obawiałam się najgorszego. Łączenie faktów nie należało do moich mocnych stron, ale tym razem zrobiłam to z chłodną precyzją. Harriet mogła nie mieć rodziny. Żadnej. A wtedy grupowe płakanie nie wchodzi w grę. Zaraz obok siebie ujrzałam Kivi, której wyraz twarzy zdradzał jedno - ona też rozumiała. Potem Alex, Lee, Sophie i Alex. Cała piątka stała obok mnie, wpatrując się w Harriet. Na której twarzy zagościł najszczęśliwszy uśmiech jaki kiedykolwiek u niej widziałam.
Jak na zawołanie wydałyśmy razem z Kivi pisk radości i rzuciłyśmy się przyjaciółce na szyję. Co prawda wyczerpałyśmy zapas łez, ale Harriet to nie przeszkadzało. Płakała jeszcze długi czas, aż do murów samego obozu, powtarzając w kółko jedno zdanie.
- Po prostu nie mogli przyjechać. Zatrzymali ich na granicy. Po prostu nie zdążyli.


Nie było mnie długo. Chyba nawet bardzo. Ale wracam i mam nadzieję, że nie zawiodę nikogo (a w szczególności Lisy, bo chyba jesteś jedyną, która to czyta ;___; kocham cię) Osobiście jestem z tego rozdziału niezmiernie dumna. Mam nadzieję, że spodoba się wam on tak samo mocno jak mi. Zaznaczę tylko, że był bardzo trudny i namęczyłam się przy nim... strasznie.

  • awatar Echo to tylko odbicie dźwięku: @Lisa Angels: Umarłam. Czytając twój komentarz. Naprawdę. Słyszeć takie słowa po prostu się rozklejam. Żadne "dziękuje" nie będzie wystarczające za takie słowa. Ale i tak - dziękuję, dziękuję, dziękuję. Aż nie mogę uwierzyć.
  • awatar Lisa Angels: To było boskie, nie dziwię się, że jesteś z tego dumna, bo mam teraz łzy w oczach i cieszę się szczęściem tej paczki. Widzieć, jak w Echo coś pęka i wszystkie jej emocje wychodzą na wiesz było niezwykłe. Ten moment bez słów, gdy szły do ratusza, ta rozmowa z mamą, była taka... powiedziałabym, że wręcz magiczna. Naprawdę jestem zachwycona twoim pomysłem. Takie spotkanie jest krępujące, a zarazem najwspanialsze jakie można czuć w takiej sytuacji. Ach jak mi brakowało tej historii. Ale było warto poczekać, bo właśnie przeczytałam najlepszy rozdział jaki napisałaś i z pewnością zostanie on moim ulubionym. No też mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz i od dzisiaj będę mogła liczyć na twoją regularną obecność z cudownymi rozdziałami <3
  • awatar ♠Hime♣: genialnie piszesz, świetne <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Pierwszy raz w życiu siedziałam nad kubkiem kawy, o północy, twarzą w twarz z kobietą, która prawdopodobnie była moją mamą. Cztery pary oczu wlepione prosto we mnie. Czułam jedynie ciepły uścisk dłoni na skórze. Cała kuchnia wypełniona była zapachem rumianku. W powietrzu zawisła niezręczna cisza. Oczy miałam opuchnięte od płaczu. Przez rozmazane łzy rozglądałam się po pomieszczeniu, niezdolna by spojrzeć komukolwiek prosto w twarz. Na wprost mnie siedział średniego wzrostu chłopak z jasnobrązowymi, krótkimi włosami. Obok niego siedział drugi. Wyglądali identycznie. Nieznacznie różnił ich tylko kolor tęczówek. Gilbert i Sasha. Moi dwaj starsi bracia. Nie wiedziałam jakim cudem nadal pamiętam, który jest kim. Wspomnienia z nimi widziałam jak przez mgłę. Wszyscy zawsze mieli problem, żeby ich rozpoznać. Mówili tak samo, śmiali się tak samo, chodzili tak samo, robili to samo. Kiedy o tym myślałam, to przypominali mi się braci Weasley'ów z Harrego Pottera. Tylko bez rudych włosów. Z perspektywy czasu coraz bardziej odnosiłam wrażenie, że prawie w ogóle ich nie znam. A przynajmniej po dziewięciu latach musieli się zmienić. Ani ja, ani oni nie byliśmy już tymi samymi ludźmi. W duchu przeklinałam to, że nie mogli wdać się w ojca tak jak ja. Może wtedy trafilibyśmy razem do obozu. Może wtedy nie skończyłabym jako nieufna, zimna suka, niedbająca o uczucia innych. Może wtedy byłabym szczęśliwsza.
- Kochanie? - zadrżałam na dźwięk łamiącego się kobiecego głosu. Nikt tak nigdy do mnie nie mówił. Kochanie, kochanie... Przecież nawet nie znałam tej kobiety. Ściskała moją dłoń i wpatrywała się we mnie zapłakanym wzrokiem. Dostrzegłam na jej nadgarstku śliczną, pozłacaną bransoletkę. Po drugiej stronie stołu siedział mężczyzna i pocierał skronie, dając pretekst do unikania mojego wzroku. Byłam mu za to niezmiernie wdzięczna. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego i zdezorientowanego. Co chwila podnosił wzrok i rozchylał usta jakby chciał coś powiedzieć, ale z jego gardła nie wypłynęło najmniejsze słowo. Zacisnęłam pięść na rogu beżowej ceraty. Biegałam wzrokiem po wzorach na firankach, udając, że nie usłyszałam pytania. Kobieta nie dawała za wygraną. Jej głos był coraz bardziej poddenerwowany.
- Kochanie powiedz coś...
Poczułam w gardle ogromną gulę. Brzuch skręcał się na wszystkie strony, a serce waliło z taką siłą, że miałam ochotę je wypluć. Kobieta, która była zapewne moją matką, rzucała domownikom niepewne spojrzenia. Gilbert i Sasha popatrzyli na siebie, a na ich twarzach zagościły wymuszone uśmiechy.
- Nie mieliśmy pojęcia, że obóz jest tak blisko... Byliśmy święcie przekonani...
Przerwał im żałosny szloch.
- Proszę, nie mówcie więcej - kobieta poderwała się z miejsca i ruszyła w stronę zlewu przy oknie. Zręcznym ruchem odsunęła na bok czerwony kubek ze Świętym Mikołajem i oparła się na blacie łokciami. Utkwiła martwy wzrok w ciemny ogród za szybą. Nie minęła chwila, kiedy z impetem uderzyła otwartą dłonią w blat i odwróciła się w naszą stronę. Była czerwona na twarzy, a na policzkach zaschły pojedyncze łzy. Nie zdąrzyła nic powiedzieć, bo mężczyzna uniósł dłoń i spojrzał na nią karcącym wzrokiem.
- Anastazja uspokój się.
- Jak mam się uspokoić!? Jak... - przerwała w momencie, kiedy napotkała mój wzrok. Wpatrywałam się w nią ze spokojem i zgniatałam w dłoni pachnącą chusteczkę z Królikiem Bugsem, którą dali mi na otarcie łez. Gilbert nachylił się w jej stronę.
- Mamo...
Kobieta odetchnęła spokojnie, ale jej głos nadal drżał:
- Przepraszam was.
Spojrzała na nas smutnym wzrokiem i opadła na taboret w rogu kuchni. Siedziała tam już do końca. Jedynie od czasu do czasu nerwowo obracała w dłoni buteleczkę aromatu rumowego, którą wyciągnęła z szuflady. Tak samo jak ja lubiła intensywne zapachy, które pomagały się jej rozluźnić. Mężczyzna obok mnie odsunął się lekko na krześle i odchrząknął. Myślałam, że chce coś powiedzieć, ale on jedynie siedział cicho i lustrował wzrokiem wszystko oprócz mnie. Pierwszy odezwał się Sasha.
- Co tam u ciebie?
Zbił mnie z tropu tym pytaniem. Spojrzałam mu głęboko w oczy, a jego tęczówki były tak bladoniebieskie, że nie potrafiłam oderwać od nich wzroku. Byłam mu wdzięczna. Nie chciałam słuchać rzewnych historii, ani sama takich opowiadać. To tak jakby zapytał mnie co jadłam na kolację. Krytyk kulinarny rozpocząłby wywód na temat wybornych przegrzebków w sosie szafranowym. Normalni ludzie odpowiedzieliby, że zimną pizzę, bo nie mieli czasu jej odgrzać.
- Wszystko w porządku.
Po wypowiedzeniu pierwszego, prostego zdania od dobrej godziny poczułam jak moje ciało się rozluźnia. Opadłam na oparcie krzesła i wypuściłam chusteczkę z rąk. W powietrzu już wyczuwałam niezręczną ciszę, ale Sasha wygonił ją za drzwi.
- Nie katowali cię tam, co nie?
Zamarłam na chwilę przed odpowiedzią. Pojęcie katowanie miało wiele znaczeń. Chodziło im o fizyczne czy psychiczne? Pokręciłam głową.
- Wcale nie jest tak źle.
Czułam na sobie przenikliwy wzrok kobiety. Postanowiłam ją zignorować. O wiele bardziej podobało mi się zachowanie mężczyzny. Siedział cicho i słuchał. Zapewne.
- Poznałaś kogoś?
Mogłabym zacząć wywód, że, a i owszem, mam mnóstwo wrogów tak samo jak i przyjaciół. W końcu poznanie jest pojęciem z natury obiektywnym. To, że kogoś znasz, nie oznacza od razu, że jesteście najlepszymi przyjaciółmi. Odniosłam jednak wrażenie, że nie na taką odpowiedź czekali.
- Mam... paru znajomych.
Sasha pokiwał głową, jakby starał się przetrawić to co powiedziałam. Rzuciłam okiem na Gilberta. Ten siedział jak trusia i jedynie od czasu do czasu podnosił wzrok. Kiedy napotkał moje spojrzenie uśmiechnął się blado. Zadziwiające jak niepewnie unosząc wargi, roztaczał wokół siebie ciepłą aurę. Miał urocze dołeczki w policzkach. Przez chwilę poczułam się zazdrosna. Rozchylił usta, ale zaraz potem je zamknął. Wbiłam w niego wzrok. Sasha już chciał coś powiedzieć, ale kiedy zauważył moje zainteresowanie drugim bratem zaniechał tego czynu. Miałam niezmierną ochotę usłyszeć co Gilbert ma do powiedzenia. Przez cały ten czas siedział cicho i przysłuchiwał się naszej rozmowie. Chciałam, żeby wreszcie coś z siebie wykrztusił. Posłałam mu pytające spojrzenie. Gilbert spuścił wzrok, a kąciki jego warg znów uniosły się nieznacznie.
- Tylko takie... głupie pytanie. Nie chciałabyś opowiedzieć nam jak to wygląda? - każde słowo wymawiał coraz ciszej. Wbiłam paznokcie we wnętrze dłoni. Gilbert widocznie zauważył moją reakcje i uniósł ręce w geście kapitulacji.
- Oczywiście jak nie chcesz, to do niczego cię nie zmuszam!
- Nie - odparłam szybko. Zabrzmiało to lekko wulgarnie i agresywnie. Musiałam szybko się sprostować.
- Znaczy... nie - starałam się by mój głos brzmiał łagodnie. - Oczywiście, że to nie problem. Mogę wam wszystko opowiedzieć.
Przełknęłam ślinę. Spodziewałam się tego pytania. To była tylko kwestia czasu, kiedy moja rodzina zacznie być wścibska. Rodzina. Mój umysł prychnął. To niewiarygodne. Z pokoju obok dobiegło ciche pikanie. Kobieta siedząca w rogu podniosła się szybko.
- To tylko pranie. Zaraz wracam.
Po chwili zniknęła za drzwiami, a pikanie ucichło. Uznałam, że to idealny moment.
Zaczęłam opowieść od pierwszego dnia, który zapamiętałam. Przyjazdu do obozu. Starałam się brzmieć rzeczowo. Żadnego bólu czy radości. Suche fakty. Potem przeszłam na system domków i identyfikacji wszystkich obozowiczów. Sama zdziwiłam się, jak dużo zapamiętałam. Zaczynając od spraw organizacyjnych, a kończąc na podchodach, kiedy prawie wszyscy obozowicze pogubili się w lesie. W międzyczasie do kuchni wróciła kobieta i postawiła w wejściu miskę z upranymi ubraniami. Po chwili wszędzie roznosił się zapach proszku do prania zmieszanego z wodą. Po raz kolejny usiadła na taborecie w rogu i przysłuchiwała się mojej opowieści. Lubiłam, kiedy ludzie mnie słuchali. Gdy zaczęłam mówić o tym jak zamknęli mnie na dyscyplinarnym, a Harriet i Alex pomogli mi przecisnąć się przez malutkie okienko przy suficie, dopadł mnie tłumiony chichot. Opowiadałam ze wzrokiem wbitym we własne dłonie, a gdy znów spojrzałam w górę, zobaczyłam jak Gilbert zakrywa usta dłonią. Na jego policzkach znów pojawiły się śliczne dołeczki. Ramiona unosiły się i opadały.
- Gilbert - skarciła go kobieta. Chłopak spojrzał na nią i w momencie wybuchł śmiechem. Złapał się za brzuch i przechylił do przodu. Zamarłam. Poczułam dziwne mrowienie w kącikach ust. W podbrzuszu zatrzepotały skrzydełka motylków. Podobnego uczucia często doznawałam, kiedy rozmawiałam z Kivi lub Ethanem. Po chwili także i ja się śmiałam. Tylko cichutko.
- No co? - parsknęłam, wpatrując się w Gilberta. Ten znów zasłonił usta dłonią i uspokoił oddech. Usłyszałam coś na kształt "Moja przepona...", kiedy spojrzał na mnie cały zarumieniony. Kobieta, mężczyzna i Sasha wbijali w nas zdziwiony wzrok. Widocznie albo nie rozumieli co śmiesznego powiedziałam, albo widok roześmianego chłopaka nie był częsty.
- Stary, dobrze się czujesz? - Sasha nachylił się do Gilberta. Ten spojrzał na niego jakby to, dlaczego się zaśmiał, było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie.
- Czy kiedykolwiek przypuszczałeś, że z naszej siostry wyrośnie taka cwaniara?
Sasha prychnął.
- Czy przypuszczałem? Bracie, to było przesądzone od dnia, kiedy pomogła nam wkraść się do tamtej opuszczonej stacji. Od tamtej pory mogła pełnoprawnie nosić nazwisko Seveneel.
Rzucił mi krótkie spojrzenie z chytrym uśmiechem. Wytężyłam umysł.

Miałam wtedy sześć lat. Gilbert i Sasha postanowili wejść do opuszczonej stacji przez okno. Pamiętałam tylko ścianę pomalowaną czerwonym sprejem. Kocham Mayę. Stałam na czatach, kiedy z wnętrza budynku dopadł mnie śmiech. Zazdrościłam braciom dobrej zabawy. Usiadłam na zniszczonym, betonowym otworze wentylacyjnym i zaczęłam machać nogami. Obserwowałam jaskółki wlatujące do dziur w ścianach i gołębie siadające na kablach. Dłubałam w paznokciach u stóp, które wystawały ze znoszonych sandałek. Miałam ostrzec Sashę i Gilberta, gdyby nadjeżdżał pociąg. Inaczej, kiedy cały peron zapełniłby się podróżnymi, ktoś mógłby odkryć, że są w środku. Mielibyśmy wtedy spore kłopoty. Jeżeli prędzej budynek nie zawaliłby się od wstrząsów. Tory przebiegały zaraz przy ścianie. Przypatrywałam się parze wron bijących się o kawałek bułki, kiedy śmiechy z wnętrza budynku zakłócił odgłos opadającego szlabanu. Poderwałam się z miejsca i stanęłam na paluszkach, zaglądając do środka przez okno. Krzyknęłam na moich braci. Gilbert wychylił głowę i rozejrzał się dookoła.
- Co jest?
- Pociąg jedzie!
Gilbert zniknął we wnętrzu i chwilę potem dwie pary kościstych nóg zwisały po mojej stronie okna. Zeskoczyli na otwór wentylacyjny, a potem na szarą trawę, rosnącą pomiędzy kupkami żwiru. Już po chwili biegliśmy ze śmiechem na Górkę. Zdążyłam przewrócić się parę razy, ale silne ramiona zawsze zdołały mnie podnieść. Nie zwracałam uwagi na przetarte kolana i skołtunione włosy, zasłaniające mi twarz. Wydeptana przez nas ścieżka prowadziła pomiędzy pojedynczymi krzakami. Dookoła walały się foliowe siatki i rozbite butelki po piwie. Stanęliśmy na samym szczycie i obserwowaliśmy jak wszystko drży od sunącego po szynach pociągu. Machaliśmy podróżnym, którzy nawet nas nie widzieli. Nad naszym małym miasteczkiem nigdy nie latały samoloty, więc musieliśmy zadowolić się pociągami. Zawsze marzyliśmy, żeby takim pojechać, lecz nigdy nie mieliśmy okazji. Ale wbrew pozorom byliśmy bardzo szczęśliwymi dziećmi. Ostatnie co pamiętam, to jak zakryłam uszy dłońmi, żeby zagłuszyć okropny huk i zapytałam, starając się przekrzyczeć pędzący pociąg:
- Co znaleźliście?!
Sasha uśmiechnął się szeroko. Uniósł w rękach plecak, jakby był łupem wojennym i odkrzyknął ze śmiechem:
- Stare komiksy!

Pokiwałam głową i opuściłam wzrok. To takie żenujące śmiać się przy obcych ludziach.
- Pamiętasz? - Gilbert nie potrafił ukryć rozbawienia. Przytaknęłam.
- Stałam na czatach.
Obaj wybuchnęli śmiechem. Po twarzy mężczyzny przebiegł cień uśmiechu, a kobieta w rogu chichotała cichutko.
- Dowiaduję się o was ciekawych rzeczy.
Odetchnęłam, żeby stłumić śmiech. Chusteczka w mojej dłoni była już doszczętnie zniszczona. W kuchni było bardzo ciepło. Wręcz gorąco. Obserwowałam jak w ogrodzie liście drzewa trzęsły się na wietrze. Z ulicy oświetlało je wątłe światło latarni. Dopiero teraz poczułam coś puchatego ocierającego się o moją nogę. Zerknęłam pod stół. Malutki piesek z naderwanym uchem bawił się nitką wystającą z mojej skarpetki. Na grzbiecie w szaroburą sierść zaplątał mu się pojedynczy, mały listek. Kiedy moja dłoń dotknęła jego czułego miejsca za uchem, podniósł główkę i zamerdał ogonem. Zaraz potem cały się naprężył, z gracją skoczył i wylądował na moich kolanach. Kobieta od razu podniosła się z miejsca z karcącym wyrazem twarzy. Uśmiechnęłam się tylko na widok uśmiechniętej mordki z wywalonym językiem. O wiele bardziej lubiłam zwierzęta niż ludzi. One przynajmniej nie gadały bez sensu.

Kiedyś pod schodami naszego domku okociła się pewna kotka. Z powodu powszechnego zainteresowania małymi puchatymi kuleczkami, biedna mama musiała się wynieść, by chronić swoje dzieci. Przez kilka następnych dni pod schodami siedział już tylko jeden kotek. Mama pewnie o nim zapomniała. A może miała zamiar po niego wrócić. Tego nie wiedziałam. Zabrałam go więc do domku i opiekowałam się nim najlepiej jak mogłam. Nikogo z opiekunów nie obchodziło, czy obozowicze trzymali u siebie jaszczurki, psy, czy nawet niedźwiedzie. Póki zwierzęta nie czyniły żadnych szkód, mogły spokojnie pomieszkiwać w domkach. Pan Kot był moim pierwszym przyjacielem. Nie chciałam dawać mu imienia. Był po prostu Panem Kotem. Przez pierwsze dwa lata w obozie, rozmawiałam tylko z nim. Zamykałam się w pokoju i pytałam go dosłownie o wszystko. Jak myślisz, jaka będzie jutro pogoda? Czemu nikomu nie smakują brokuły? Czy jak zrobię sobie szminką czerwone kropki na twarzy, to pozwolą mi nie iść na zajęcia fizyczne? Pomożesz mi z pracą domową? Jak to jest być kotem? Niestety nigdy mi nie odpowiadał. Zwijał się w kłębek i zasypiał, siadał mi na kolanach i domagał się pieszczot, albo uciekał przez uchylone drzwi na dwór i wracał dopiero po północy. Ale zawsze wracał. Przynajmniej tak mi się wydawało. Dopóki pewnej nocy nie usłyszałam drapania w drzwi. Czekałam jedną godzinę. Drugą. Trzecią. Cisza. Po miesiącu dotarło do mnie, że Pan Kot już nie wróci. Płakałam trzy noce z rzędu. Straciłam pierwszego przyjaciela. Jedynego przyjaciela.

- Jak się wabi? - podniosłam wzrok na kobietę.
- Lady - odparła i wyciągnęła ręce, by zabrać kundelka z moich kolan. Piesek zamerdał ogonem i gdy kobieta postawiła go na ziemię, pognał do drugiego pokoju.
- Anastasia ma fioła na punkcie bajek Disney'a - zaśmiał się Sasha. Kobieta spoważniała.
- Tyle razy ci powtarzałam, żebyś nie mówił do mnie po imieniu. Trochę szacunku - burknęła. Sasha przewrócił oczami. Mężczyzna po raz kolejny uśmiechnął się nieznacznie i zerknął na zegarek.
- Już późno - były to jego pierwsze słowa, od kiedy usiedliśmy przy stole. - Gilbert, pokaż Echo jej pokój.
Chłopak w jednej chwili poderwał się z miejsca. Kobieta zabrała mój kubek z kawą i wylała ją do zlewu. Mężczyzna jak duch zniknął w drugim pokoju. Wszyscy w ciszy rozeszli się jak gdyby po zwykłej rodzinnej kolacji. Podniosłam się z krzesła i dosunęłam je do stołu. Gilbert wskazał mi ruchem ręki dokąd mam się za nim udać.
- Dobranoc - rzuciłam jeszcze, na tyle głośno by wszyscy mogli mnie usłyszeć.
- Miłej nocy - kobieta patrzyła na mnie przez ramię, myjąc naczynia i uśmiechając się ciepło. Miała takie same urocze dołeczki w policzkach jak Gilbert. Odpowiedziałam tym samym. Ta krótka rozmowa z ludźmi, których prawie nie znałam, wywołała tyle wspomnień. O wielu z nich nie miałam nawet pojęcia. Jak to możliwe, że straciłam tyle lat, nie wiedząc co się z nimi dzieje. Jak miałam przejść z tym do porządku dziennego? Byli obcy. Tak strasznie obcy. I to tak strasznie bolało.
Mimo że atmosfera się rozluźniła, nadal towarzyszyło mi dziwne uczucie w brzuchu. Jakbym cały czas była zdenerwowana. Ruszyłam w stronę korytarza. Gilbert stał już na szczycie schodów, które znajdowały się dokładnie między salonem i kuchnią. Opierał się łokciami o balustradę, cierpliwie czekając. Ostrożnie zaczęłam stawiać kroki na stopniach. Z reguły gnałam po dwa schodki na raz, ale teraz byłoby to niestosowne. Zanim dotarłam na szczyt musiały minąć wieki. Gilbert tylko uśmiechnął się życzliwie i poprowadził mnie przez korytarz, a potem skręcił w prawo. Szłam tuż za nim, cichutko stawiając stopy na miękkim dywanie. Było bardzo ciemno i jedynie latarnie z ulicy oświetlały wnętrze. Zatrzymaliśmy się przed zwykłymi brązowymi drzwiami. Gilbert nieznacznie je uchylił.
- To jest twój pokój. Jakbyś czegoś potrzebowała, to jestem na końcu korytarza. Drzwi zaraz na wprost.
Przytaknęłam, bojąc się nawet podnieść wzrok. To jest twój pokój. Mój pokój. Mój i tylko mój. Czułam jak ręce zaczynają mi drżeć, a głos ugrzązł w gardle.
- Dziękuję - szepnęłam, starając się ukryć zdenerwowanie. Przełknęłam ślinę. Podniosłam wzrok i spojrzałam na uśmiechniętego Gilberta.
- Nie ma sprawy.
Poczułam ogromną gulę w gardle. Światło latarni zza okna na przeciwko drzwi idealnie oświetlało moją twarz. Nawet nie potrafiłam ukryć, jak oczy zaczęły mnie piec i po policzkach spłynęły pierwsze łzy. Zagryzłam wargę i już chciałam odwrócić się i wejść do pokoju, ale Gilbert mnie uprzedził.
- Wszystko w porządku...?
Nie było sensu udawać. Spojrzałam mu prosto w oczy, siląc się na szczery uśmiech.
- Chyba trochę tęskniłam braciszku.
Nie musiałam mówić nic więcej, bo Gilbert w jednej chwili zamknął mnie w uścisku. Idealny moment by wybuchnąć płaczem. Mogłam wreszcie dać upust emocjom. Pal licho dobre wychowanie. Nie kontrolowałam tego. Łzy spływały ciurkiem po policzkach, a oddech stał się płytki. Zacisnęłam palce na jego plecach i co chwila łapałam powietrze. Ściskał mnie z całej siły i wtulił twarz w moje włosy.
- Ja też tęskniłem. Strasznie tęskniłem. Wszyscy tęskniliśmy - szeptał bez przerwy te same słowa. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że to się kiedyś wydarzy. Przytulam mojego najukochańszego brata. Kiedy już myślałam, że przestałam płakać, poczułam kolejny ucisk w klatce piersiowej. Po policzkach znowu spłynęły łzy. Znowu i znowu. Nie mogłam przestać. To było zbyt... bolesne. Musiałam wypłakać się za te wszystkie dni, kiedy trzeba było chować emocje głęboko, by nich ich nie zobaczył. A Gilbert czekał. Trzymał mnie w ramionach bez ruchu dobre parę minut.
Potem usłyszałam czyjeś kroki na korytarzu. Odruchowo chciałam się wyswobodzić z uścisku, ale wystarczyło jedno spojrzenie w oczy Sashy, by zaniechać tego pomysłu. Ten uśmiechnął się bez słowa i po chwili także stał przy mnie i przytulał z całej siły. Staliśmy w grupowym uścisku i karmiliśmy się odgłosem naszych płytkich oddechów. Po tylu latach. Po wymuszonej przez władze rozłące. Tragiczne rodzeństwo znów mogło być razem.

  • awatar Lisa Angels: Och! jaka ze mnie gapa zapominalska, nie skomentowałqm rozdziału! To było takie słodkie, powrót do domu musiał być ciężki, ale dobrze, że dogadała się z rodzeństwem, czekam na kolejny rozdział :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Na początku chciałabym zaapelować do wszystkich blogerek, których opowiadania miałam w zwyczaju czytać i komentować, a nagle przestałam. Kochane, strasznie was przepraszam. Miałam tyle na głowie, że na prawdę nie miałam czasu. Nawet ten rozdział pisałam przez nie wiadomo ile tygodni. Obiecuję, że wszystko prędzej czy później nadrobię.

~~~

Niedługo potem staliśmy na otwartej, asfaltowej drodze prowadzącej prosto przez las. Niby przypadkiem przyspieszyliśmy kroku, żeby iść z przodu i mieć lepszy widok niż reszta. Od zejścia ze skarpy nikt nie odezwał się już ani słowem. Wymienialiśmy jedynie znaczące spojrzenia i uśmiechy. Las schodził w dół, a potem nagle urywał się, zastąpiony przez rozległe pola. Księżyc oświetlał bladą poświatą sporą grupkę dzieci, idących opuszczoną drogą w stronę małego miasteczka. W powietrzu wisiała ciężka, gęsta, niezręczna cisza. Szur butów na asfalcie, kojący szmer wiatru pędzącego przez rozległe pola. Niby magicznie, ale odnosiłam wrażenie, że to wszystko jest jedynie realistycznym snem. Z uporem maniaka wbijałam wzrok w ubłocone buty, kopiąc nimi malutkie kamyczki. Przymykałam oczy, na które opadały ciężkie powieki. Raz po raz wykrzywiałam twarz i ziewałam cicho. Ramię Ethana zaciskało się coraz mocniej na moim. Kivi bez przerwy pociągała nosem, chowając głowę pod kapturem. Zachowywaliśmy się jak na zwykłym wieczornym spacerze. Z tą różnicą, że nikt nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa. Utkwiły w gardle i nijak nie chciały go opuścić. Podniosłam wzrok i zaczęłam wpatrywać się w pojedyncze światełka miasteczka, odbijające się na tle ciemnej mgły. Majaczyły w oddali, przypominając lampki, którymi w święta dekoruje się domy. Chłodny wiatr zmieszał się z lodowatym oddechem przy moim uchu.
- Masz tendencje do wyobrażania sobie nie wiadomo czego, a potem i tak wszystko bierze w łeb?
Zmierzyłam Ethana wzrokiem. Jego głos drżał, a oczy wodziły po polach, zatrzymując się na ułamki sekund na światłach miasta. Odbijały się w jego tęczówkach pod postacią małych, żółtych plamek.
- Tak - odparłam, nie przestając się w niego wpatrywać. Nawet na mnie nie spojrzał.
- Ja chyba też.
Ucisk na lewym ramieniu zaczął stopniowo odpuszczać, aż w końcu Ethan zabrał rękę i schował ją do kieszeni.
- Śmieszne, co? Przez chwilę będziemy mogli cieszyć się wolnością, a potem znów nas zamkną - zgarbił się i wbił wzrok w ziemię. Z jego ust wypłynął cichy, gardłowy śmiech.
- Chyba, że nas złapią. Nie dość, że dowiedzą się o tym miejscu, to skończymy na dyscyplinarnym i... - głos mu się złamał.
Jedyne do czego byłam zdolna to wzruszyć ramionami. Nastała cisza. Nie musiał po raz kolejny tego wywlekać. Doskonale wiedział, że byłam tego świadoma od kiedy pierwszy raz zamknęli mnie w izolatce na cały dzień. Nie było to może jedno z najprzyjemniejszych wspomnień, ale parę godzin na zimnej podłodze w towarzystwie wilgoci, brudu i myśli o podłożu egzystencjonalnym nie napawały mnie jakimś ogromnym strachem. Ethana wręcz przeciwnie. Harriet nie omieszkała donieść mi, że kiedy siedziałam za ścianą, mój niedoszły chłopak umierał ze zdenerwowania i z uporem maniaka liczył minuty, kiedy wreszcie wrócę. Mogłam się tego domyślić, bo przez kolejne parę dni nie chciał mnie nigdzie puścić samej. Paranoja. Niezliczoną ilość razy proponowałam mu, żeby wybrał się do psychologa, który może wreszcie wyleczy go z tego przewrażliwienia. Powinien brać przykład z Alexa. Ale nie. On wolał głaskać każdego napotkanego kota, dbać o innych bardziej niż o siebie, pić rozpuszczoną białą czekoladę i rozpaczać nad swoją niekontrolowaną innością. Gdybym go nie znała, powiedziałabym, że jest gejem. Po paru latach znajomości stwierdziłam, że to choroba psychiczna. Jak potrafiłam wyobrazić sobie nadopiekuńczą matkę, albo dziewczynę, która nie chce puścić nigdzie swojego chłopaka, bo szaleje z zazdrości, tak nijak nie umiałam wykreować w głowie wizerunku chłopaka przewrażliwionego na punkcie swojej dziewczyny. Niezliczoną ilość razy Harriet truła mi nad uchem jak bardzo nam zazdrości. Świergotała o wielkiej miłości i życiu w szczęściu, cytując przysięgę małżeńską. Czasami potrafiła poruszyć moje sumienie, zmuszając mnie do żałowania tego, że to nie ona była obiektem, który upodobał sobie rzeczony chłopak. Byłaby pewnie zdolna wykorzystać to "szczęście" lepiej niż ja. Zacisnęłam pięści. Byłam rzeczywiście zbyt sentymentalna, wulgarna i nie doceniająca tego co mam.
- Zamknąłbyś się wreszcie - wypaliłam.
Ethan zmierzył mnie wzrokiem.
- Słucham? - zapytał zakłopotany.
- Nigdzie nas nie zamkną i o niczym się nie dowiedzą. Przecież wiele razy ludzie uciekali z obozu i nikt nawet tego nie zauważał. Myślisz, że obchodzi ich czy uciekniemy na parę dni i wrócimy w przekonaniu, że dookoła nie ma nic prócz lasu, czy będziemy siedzieć w jednym miejscu nie robiąc problemów?
Ethan odwrócił wzrok. Wymamrotał coś mało istotnego i tak już pozostał.
- To, że się boisz jest całkowicie naturalne - jęknęłam i brutalnie zwróciłam jego twarz w moją stronę. - Ale na bogów, nie truj mi tych depresyjnych historyjek, bo jestem gotowa na zawsze zmienić o tobie zdanie.
Nie czekając na odpowiedź przyspieszyłam kroku i zostawiłam go w tyle, dołączając do Sophie i Lee szepczących coś o systemie jaki może stosować Oaza, by pozostać niezauważoną przez radary obozu. Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało, wręcz przeciwnie, nie chciałam wnikać w tak szczegółowe analizy, ale wolałam pozostać we własnym, egoistycznym świecie. Gdzieś, gdzie nie musiałam prowadzić z nikim zażartych dyskusji. Gdzieś, gdzie cała moja wściekłość mogła wreszcie znaleźć ujście, nie szkodząc przy tym innym. Całe moje ciało przeszedł chłodny dreszcz. Kochałam swój egoizm. Była to jedyna rzecz, która chroniła mnie przed moją innością. Siedziała ukryta pod płachtą strachu i milczenia gdzieś na dnie mojej osobowości, a egoizm pozwalał mi trzymać ją z daleka od wszystkiego na czym mi zależało. Gdyby wyszła na światło dzienne, rozniosłaby wszystko w drobny mak. Nikt nigdy nie spojrzałby na mnie tak jak wcześniej. A wtedy straciłabym jedynych ludzi na których mi zależało. Zaśmiałam się pod nosem. Widocznie paranoja udzieliła się także i mi. Po przybyciu do obozu obiecałam sobie, że nie będę się do nikogo przywiązywać. Kolejny dowód na to jaka byłam głupia i naiwna. Za plecami usłyszałam cichy chichot Kivi i Harriet. Mimowolnie odwróciłam głowę i zmierzyłam je wzrokiem. Przez jedną chwilę miałam ochotę dołączyć ożywionej rozmowy, którą prowadziły, ale wystarczyło, że Alex pojawił się koło ich, by skutecznie mnie odstraszyć. Kiedy pierwszy raz go poznałam było wiadomo, że będziemy darzyć się ogromną nienawiścią. Nie żeby był jakimś strasznym człowiekiem. Wręcz przeciwnie, jego wygląd nie odstraszał, głupi też nie był, ale coś w jego zachowaniu odpychało. Może była to kwestia mojego dystansu do ludzi, a Alex zdecydowanie za bardzo się spoufalał? Może jego alholowo-narkotykowe iluzje za bardzo go pochłaniały,a ja szczerze nienawidziłam jakichkolwiek używek? Po obejrzeniu tysięcy amerykańskich filmów doszłam do wniosku, że w prawdziwym świecie uchodziłabym za nudziarę. Ale my nie żyliśmy w prawdziwym świecie. Tutaj jeżeli ktoś czegoś nie robił to po prostu nie robił i nikt go o to nie posądzał. Wbrew wszystkiemu byliśmy bardziej tolerancyjni niż reszta świata. Wszelkiej maści introwertycy, ekstrawertycy, pesymiści, optymiści, realiści, cholerycy, flegmatycy, sangwinicy, niedoszli samobójcy, hipisi, feministki trzymali się razem, w grupkach które nigdy nie powstałyby w normalnym świecie. W naszym przypadku nie było wcale inaczej. Siedmioosobowa ekipa składająca się z sangwinika, introwerytka, realistki, optymistki, niedoszłej samobójczyni, ekstrawertyka i mnie. Nie ważne ile razy próbowałam zdefiniować się jednym z tych trudnych słów, nigdy mi się to nie udało. Widocznie byłam typowym kundlem. Trochę tego, tamtego, siego i owego. Nic nadzwyczajnego. Ale czy człowieka da się określić jednym słowem? Nawet w ich przypadku były to tylko ogólne stwierdzenia. Ale przynajmniej po nich wiedziało się na co ma się być gotowym. Wepchnęłam skostniałe dłonie do kieszeni bluzy i kopnęłam niewidzialny kamień. Uciszając przytłaczające myśli, z każdym krokiem coraz bardziej zbliżaliśmy się do Oazy.

***

Oaza okazała się mieć swoją własną nazwę. Nic dziwnego, w końcu takich miast było na świecie setki tysięcy. Przecież wszystkie nie mogły nazywać się tak samo. A Oaza nie była zbyt oryginalną nazwą. Nie dość, że brzydka, to jeszcze prosta. Służyła jedynie do krótkiego określenia wszystkich tego typu mieścin, wsi, a nawet całkiem sporych miast. "Kolonia wita" Po przekroczeniu tabliczki z wdzięcznym napisem "Witamy w piekle" namalowanym czarnym sprejem, który skutecznie zakrywał miłe powitanie, nic się nie wydarzyło. Nie poczułam żadnej dziwnej aury, ani niepohamowanego szczęścia czy chociażby niepewności. Dziarskim krokiem ruszyliśmy wzdłuż głównej drogi, od której co jakiś czas odchodziły mniejsze czy większe uliczki. W jednej chwili cała grupa ożyła. Szeptane rozmowy przerodziły się w całkiem śmiałe i głośne. Chowane w głębi krtani śmiechy w końcu odnalazły drogę na zewnątrz. Pierwszy raz od wielu lat oglądaliśmy prawdziwe miasteczko z bliska. Szeregi domów ustawione wzdłuż drogi wyłaniały się w blasku latarni. W jednym z nich świeciło się pojedyncze światło. Ogródki przed gankami z posadzonymi kwiatami i krzewami. Jedne bardziej, drugie mniej zadbane. Na filarach, podtrzymujących zadaszenia nad drzwiami, wisiały drewniane dzwoneczki, kołysane przez nocny wiatr. Do bramy jednego z domów podbiegł pies i zaczął głośno szczekać, kręcąc się od jednego do drugiego końca ogrodzenia. Miasto nic sobie z tego nie zrobiło. Zacisnęłam palce na wewnętrznej stronie kieszeni. Robiło się coraz chłodniej, a ja odnosiłam wrażenie jakbym bawiła się w Alicję, która pierwszy raz trafia do Krainy Czarów. Kręciliśmy się po śpiącym mieście jak w tanim horrorze. Poczułam jak ktoś wpycha rękę pomiędzy moje ramię, a materiał bluzy. Kivi przysunęła się blisko mnie i wskazała ręką na budynek, obok którego właśnie przechodziliśmy.
- Kiedyś będę mieć taki dom! - pisnęła podekscytowana. Parterowy, pomalowany na ciemny kolor z kamieniami wychodzącymi spod fundamentów, sięgającymi na wysokość ganku. Duże okna skrywały wnętrze za drewnianymi żaluzjami. Przed drzwiami stał wiklinowy fotel z kremową poduszką, na której leżał spory stos gazet.
- Ciekawe kto tu mieszka - mruknęłam niby do siebie, ale Kivi podchwyciła temat.
- A jak myślisz, gdzie my będziemy spać? - stanęła na palcach i wychyliła głowę ponad ludzi idących przed nami. Wzruszyłam ramionami.
- Mają pewnie jakiś przytułek. Dadzą nam łóżka polowe i po sprawie.
- Łóżka polowe?!
Przytaknęłam.
- Gdzieś nas na pewno ulokują. Z resztą to tylko jedna noc.
Kivi zrzedła mina.
- Sądziłam, że skoro mieszkają tutaj ludzie z takim majątkiem - wskazała palcem na ogromy, piętrowy dom - to dostaniemy pokój w jakimś hostelu. Nie mam zamiaru kisić się w jednym pomieszczeniu ze śmierdzącymi bezdomnymi.
Odruchowo chciałam ją skarcić za wyrażanie tak dosadnych opinii, ale po chwili dotarło do mnie, że myślę dokładnie tak samo. Zapewne nie dysponowali żadnym, pożal się Boże, przytułkiem czy hostelem. Mieli określoną liczbę mieszkańców i nie byli przygotowani na trzydziestoosobową grupę. Chyba, że planowali to od dłuższego czasu. Poczułam łaskotanie w brzuchu. Ta myśl była zbyt piękna, by była prawdziwa.
- Ale ładnie tu, co? - rzuciłam, chcąc zmienić temat rozmowy i odrzucić płonne nadzieje.
- Ładnie? To się nawet nie umywa do tego naszego żałosnego obozu! - zza moich pleców dopadł mnie niski głos z lekką chrypą. Alex szedł z rękami w kieszeniach i rozglądał się na boki. Harriet próbowała przepchnąć obcą dziewczynę idącą z jego lewej strony i wejść na jej miejsce. Poczułam jak w moich płucach zaczęły żarzyć się węgielki wściekłości.
- Ale ładnie tu, co? - warknęłam dobitnie w stronę Kivi. Ta jednak była zajęta wywlekaniem rękawu bluzki spod bluzy Lee, który podwinął się aż za łokieć. Ten, który ją jej pożyczył był zdecydowanie zbyt uległy, a Alex coraz bardziej działał mi na nerwy.
- No przecież... - zaczął ze śmiechem. Zanim dokończył, posłałam mu mordercze spojrzenie.
- Wydaje mi się, że wszedłeś nam w rozmowę - syknęłam i złapałam ramię Harriet, przysuwając ją do siebie. Alex został odepchnięty na drugi plan. Otworzył usta by coś powiedzieć, ale po chwili machnął ręką i zwolnił kroku, zostawiając nas z przodu. Dziewczyna idąca po jego lewej stronie zmierzyła mnie wzrokiem pełnym politowania. Zignorowałam ją. Harriet drżała warga, kiedy jej wzrok oddalał się wraz z Alexem.
- Jesteś okropna - wyjąkała.
- Harriet - spojrzałam na nią całkiem poważnie. - Nie wydaje ci się, że warto dać sobie z nim spokój przynajmniej dzisiaj?
Przeczesała włosy ręką i odwróciła wzrok.
- Tak. Chyba masz rację...

***

Po parunastu, ciągnących się niemiłosiernie minutach, stanęliśmy przed potężnym gmachem ratusza. Podświetlany zegar wybijał za piętnaście północ. Dookoła nas rozciągał się spory plac z dokładnie zadbanym trawnikiem, paroma ławkami i tablicą informacyjną, na której powiewały przyczepione niedbale ogłoszenia. Za nami krzyżowały się dwie ulice. Ta, którą przyszliśmy i pięknie oświetlona ulica z całkiem pokaźnymi willami. W ratuszu z prawie każdego okna sączyło się jaskrawe światło. Ginewra, która od początku prowadziła naszą grupę, ruszyła w stronę schodów i skacząc co dwa stopnie, dopadła drzwi. Nie zdążyła nawet w nie zapukać, kiedy otwarły się one i wyjrzała zza nich czyjaś głowa. Zamieniła z nią kilka słów i tajemnicza osoba pokazała się w całej swej okazałości. Światło z wnętrza budynku oświetlało ją od tyłu. Był to wysoki, chudy mężczyzna, ubrany w granatowy garnitur. Naciągnął okulary na nos i przestępując z nogi na nogę, zmierzył nas wzrokiem, by potem opuścić wzrok na plik kartek, które trzymał w dłoniach.
- Nie ma czasu na formalności - mruknął i zwrócił się do nas. - Niech każdy po kolei poda swoje nazwisko. Skierujemy was tam, gdzie będziecie spać. Może łazić sobie po mieście, ile wam się żywnie podoba, byleby nie zakłócać ciszy nocnej. Jutro zbiórka tutaj o godzinie piątej. Rozumiemy się?
Większość skinęła głową, przerażona rzeczowością obcego człowieka.
- Świetnie - wskazał ręką na Lee, który stał najbliżej. - Nazwisko.
Chłopak, zbity z tropu, rozejrzał się dookoła, nie wiedząc czy mężczyzna aby na pewno mówił do niego.
- Nazwisko - ponaglił go. Lee otrząsnął się szybko i wyprostował plecy.
- Lee Ba...
- Jezu Chryste, nazwisko! Tylko nazwisko, bo zajmie nam to wieki! - krzyknął, drżąc z zimna i spoglądając to na kartki to na Lee.
- Costanza.
- Costanza - powtórzył i przebiegł wzrokiem po kartce. Wszyscy stali w ciszy, czekając na odpowiedź.
- Andersena 9b - przeczytał, rzucając nam grymaśny uśmiech. - Pani burmistrz wyjaśni wam, gdzie dokładnie macie się udać.
Ginewra odciągnęła Lee na bok i zaczęła mu coś tłumaczyć, wskazując rękami na wszystkie strony świata. Lee przytakiwał co chwila, by potem, odwracając się ostatni raz w naszą stronę, ruszyć oświetloną ulicą, którą dopiero co przyszliśmy. W tym czasie urzędnik, wyglądający jak bajkowy sekretarz króla, czytał ulice i numery, pod które mieli się udać. W pewnym momencie, kiedy czytał nazwisko Harriet z listy, jego mina spoważniała, a przez twarz przebiegł cień.
- Panienka Leaves?
Harriet przytaknęła niepewnie. Urzędnik skinął głową, a jego usta westchnęły cicho.
- Panienka zostanie z nami.
Harriet nie zaprotestowała. Stanęła z boku z przerażonym wyrazem twarzy, kryjąc go pod lekkim, bestroskim uśmiechem. Powoli dołączyło do niej parę innych osób, w tym Joshua. Za każdym razem twarz urzędnika tężała i przybierała współczującego wyrazu.
Kiedy nadeszła moja kolej, uniosłam głowę najwyżej jak umiałam i wyprostowałam plecy. Chciałam brzmieć pewnie i dumnie.
- Seveneel - mój głos mimo starań cały drżał. Urzędnik przebiegł wzrokiem po kartce.
- Alternatywy 2.
Skinęłam głową i ruszyłam w stronę Ginewry, która właśnie tłumaczyła coś Sophie. Kiedy skończyła, spojrzała na mnie znudzonym wzrokiem.
- Która ulica?
- Alternatywy 2.
Ginewra wydała się wdzięczna.
- Idź za nią - wskazała ręką Sophie, która oddalała się powolnym krokiem. - Mieszkacie na tej samej ulicy.
Przez chwilę poczułam ulgę, że nie muszę iść sama, ale zaraz potem dotarł do mnie tragizm sytuacji. Sophie Marie Chapman i Echo Seveneel. Same. W ciemnej ulicy. To mogło się źle skończyć. Pozostało mi albo iść za nią niezauważona niczym desperatka, albo dołączyć do niej jak gdyby nigdy nic i czekać na cud. Druga opcja była o wiele bardziej racjonalna. Ruszyłam biegiem w jej stronę.
- Hej ty! Czekaj chwilę!
Sophie odwróciła głowę. Zignorowała mnie i przyspieszyła kroku. Kiedy ją dogoniłam, wepchnęła ręce do kieszeni i zapytała grobowym głosem:
- Czego chcesz?
- Mieszkamy na tej samej ulicy. Ginewra kazała mi iść za tobą - poprawiłam kaptur bluzy. Sophie prychnęła.
- Bosko.
Nastała cisza. W oddali szczekał pies, a nasze buty miarowo uderzały o asfalt. Dookoła unosił się zapach deszczu. Zabłąkana ulotka poszybowała do nieba i opadła na chodnik. W jednym z okien zapaliło się światło. Zacisnęłam palce na rękawie bluzy i zaczęłam bawić się nim, okręcając go wokół nadgarstka. Kątem oka spojrzałam na Sophie. Miała grobową minę i nie zdradzała najmniejszego zdenerwowania. Blond włosy zakrywały połowę jej twarzy, która i tak schowana była w cieniu pod kapturem nieprzemakalnej kurtki. Zagryzłam wargę i wbiłam wzrok w latarnię przed nami. Nienawidziłam tak przeszywającej ciszy.
- Jakiekolwiek sugestie czemu nie śpimy wszyscy w jednym miejscu?
Sophie odbarzyła mnie władczym spojrzeniem. Poczułam ciarki na całej długości kręgosłupa. Jej głos był głęboki i niski:
- Miejscowi zostali poinformowani o naszym przybyciu i niektórzy zgodzili się zaoferować nam gościnę na jedną noc.
Jej rzeczowość zbiła mnie z tropu. Wbiłam w nią pusty wzrok. Przewróciła oczami i wróciła do spokojnego obserwowania drogi.
- Masz jakieś inne?
- Żadne - wybąkałam. Resztę drogi przebyłyśmy w ciszy. Może to i lepiej. Nie miałyśmy czasu pokłócić się o jakąś bzdurę. Trzeźwość myślenia Sophie czasami naprawdę potrafiła zadziwić. Jeżeli dobrała się w parę z Lee, trudno było prowadzić z nią jakąkolwiek konwersację. Odnosiłeś wrażenie jakbyś był skończonym idiotą, niezależnie co mądrego powiedziałeś. Skręciłyśmy w ulicę odchodzącą od głównej. Była słabiej oświetlona i nie miała chodnika. Rzuciłam okiem na dom zaraz po lewej stronie. Na ogrodzeniu wisiała tabliczka z napisem "Alternatywy", a pod oknem pierwszego piętra zawieszono numer 2. Dom miał kremowy kolor i nie wyróżniał się na tle innych. Na nie przystrzyżonym trawniku stał zraszacz, a w cieniu ktoś niedbale rzucił rower. Z prawie wszystkich okien sączyło się światło. Zwróciłam się w stronę Sophie.
- Mam iść po numer 4 - wskazała ręką na ładnie oświetlony dom, który bardzo przypominał ten mój. - To pewnie tamten. Widzimy się jutro.
Ruszyła szybkim krokiem w tamtym kierunku. Rzuciłam coś na kształt pożegnania i zwróciłam się w stronę furtki. Była przyozdobiona metalowymi kiśćmi winogron, a w niektórych miejscach odchodziła z niej farba. Złapałam za klamkę. Nie stawiała najmniejszego oporu. Niepewnie ruszyłam na ganek. Metalowe schody i balustrada pasowały do ciemnych drzwi, które po prawej stronie miały małe okienka. Z nich też wypływało światło. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie wiedziałam czego miałam się spodziewać. Czy to normalne, że wchodzę do domu kompletnie obcych ludzi? Moja dłoń zawisła nad dzwonkiem. Zdąrzyłam wytrzeć buty o wycieraczkę i nacisnęłam przycisk. We wnętrzu rozległ się piskliwy, rozrywający bębenki dźwięk. Ktoś krzyknął, rozległo się szczekanie, a potem dało się słyszeć szybkie kroki.
- Idę, już idę! - kobiecy głos dopadł drzwi.
- Anastasia, ile razy ci mówiłem, że mamy wymienić ten dzwonek! - tym razem męski głos rozległ się z okna po lewej stronie - Siedzisz cały dzień w domu! Mogłabyś to załatwić!
Perlisty śmiech towarzyszył kobiecie, kiedy powoli otwarła drzwi.
- I kto się dobija o tej porze?! - mężczyzna nie dawał za wygraną. Przełknęłam głośno ślinę i cofnęłam się parę kroków. Sytuacja miała być naprawdę niezręczna. Kiedy drzwi uchyliły się nieznacznie, wypadł przez nie mały piesek, dopadł mych stóp i zaczął je obwąchiwać. Był to mały, brązowy kundelek z rozcięty uchem. W tym momencie drzwi otwarły się na oścież. Stała w nich średniego wzrostu blondynka z włosami spiętymi w koka. Była ubrana w szorty i bluzkę bez ramiączek. Uśmiechała się życzliwie, uwydatniając drobne zmarszczki na czole i dołeczki w policzkach. - Dobry wieczór - zaczęłam, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Wyciągnęłam ręce z kieszeni i z bijącym sercem, zaczęłam bawić się palcami.
- Nazywam się Echo Seveneel. Kazano mi przyjść...
- Słucham? - przerwała mi, podnosząc głos. Uniosłam wzrok znad ziemi i spojrzałam jej prosto w oczy. Miały szary odcień i przypominały burzowe chmury. Zrobiła krok w moją stronę, a ja krok w tył. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć kobieta złapała moje ramiona, a jej głos był coraz bardziej zdesperowany.
- Jak się nazywasz? Powiedz jak się nazywasz?
Przełknęłam ślinę, przerażona bliskością obcej kobiety.
- E-Echo... Echo Seveneel? - wyjąkałam, niepewna czy ta odpowiedź aby na pewno jest prawidłowa. Ale na bogów, chyba wiem jak się nazywam! Kobieta zabrała dłonie z moich ramion, a jej twarz momentalnie zmieniała wyraz. Oczy zaszkliły się, kiedy zakryła usta dłońmi, jakby się czegoś bała. Zrobiła parę kroków wstecz, zatrzymując się w progu. Z wnętrza dopadł nas gromki głos.
- Co tam się dzieje?!
Zaraz za roztrzęsioną kobietą wyłoniła się druga twarz. Mężczyzna z siwiejącymi włosami, zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. Wpatrywaliśmy się w siebie dobrą chwilę, kiedy mężczyzna otworzył usta i wyjąkał coś bez sensu. Złapał kobietę za łokcie i przytrzymał, żeby nie upadła. W tym momencie zauważyłam, że jej włosy miały rude refleksy, dokładnie takie same jak ja. Przy pomieszaniu z odcieniem blondu, dawały kolor, który nazywałam miodowym. Zakręciło mi się w głowie. Mężczyźnie drżała warga. Przez moment dałabym sobie rękę uciąć, że wyglądał kubek w kubek jak ja. Moje oczy zapiekły i poczułam jak powoli wilgotnieją. Nogi zmiękły, przez co nie wiedziałam jak długo dam radę się na nich utrzymać. Jedyne do czego byłam zdolna, to wybełkotać słowo, którego tak dawno nie chciało mi przejść przez gardło.
- Mamo?



Mam nadzieję, że się podobało. Mi osobiście nie, ale to szczegół. Nie byłam pewna jak może wyglądać spotkanie rodziców i dziecka po latach. Trudne. A tak poza tym to stwierdziłam, że w wielu książkach dzieci nie mają rodziców i to zbyt mainstreamowe. Zdecydowanie zbyt dużo myślę. Do tego myślałam, czy nie napisać oddzielnych krótkich historii o życiu w obozie. Żeby przybliżyć relacje między bohaterami i obraz tego wszystkiego. Jak będzie mi się chciało to tak zrobię.
  • awatar Lisa Angels: Czemu nie skomentowałam? No cóż już to nadrabiam. Cieszę się że wróciłaś do tego opowiadania, bo już się bałam, że doczekam się kolejnego rozdziału. Zaskoczyłaś mnie tak z tym że odnalazła rodziców, że aż szczena mi opadła :D Bezcenne. Ja już się szykowałam, że kto wie, a nóż widelec ich ukatrupią w nocy a tu bum! Wielki plus za to. Czekam na ciąg dalszy :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

soundsoftheworld
 
opowiadanierpg
 
Dobry deń, wstawiam opis mojej bohaterki ^-^

~~~

1. Imię i nazwisko: Natalija Ražnatović
2. Wiek: 18 lat
3. Pochodzenie: Jej rodzina pochodzi z Rosji, przez co, od ciągłego porozumiewania się w domu po rosyjsku, Natalija ma w zwyczaju zaciągać wyrazy i wplatać w wypowiedzi rosyjskie słowa.
4. Zainteresowania: Natalija uwielbia tańczyć, chociaż nigdy by się do tego przyznała. Czasami, zamiast spędzać czas z innymi ludźmi, woli zagłębić się w lekturze jakiejś książki. Uwielbia rządzić i rozstawiać, jak to sama określa, "niższą klasę" po kątach. Poza tym, mało o niej wiadomo.
5. Wygląd: Natalija jest całkiem wysoką, bardzo jasną blondynką o niebieskoszarych oczach. Jej włosy są proste i sięgają do połowy pleców. Gdy czesze je w kitkę, wypadają z niej pojedyncze, krótsze kosmyki, co niezwykle ją irytuje. Źrenice jej oczu są prawie zawsze zwężone, przez co może sprawiać wrażenie lekkiej psychopatki. Jest wiecznie wyprostowana i trzyma głowę podniesioną wysoko w górze, by pokazywać innym swą pozycję. Ma dość kobiecą figurę, szczupłe nogi i szerokie biodra, przez które może sprawiać wrażenie grubszej niż jest w rzeczywistości. Ubiera się prawie zawsze tak samo: nosi obcisłe, ciemne spodnie, a biodra chowa pod długimi swetrami w chłodnych kolorach. Nie nosi biżuterii, oprócz małej, złotej bransoletki na lewym nadgarstku. Jedyną częścią garderoby, z którą lubi eksperymentować są buty, które są jej jedyną miłością. Czuje się niekomfortowo w makijażu, więc go nie nakłada. Wyjątkiem są usta, które maluje ze względu na bardzo blady odcień. Ma jasną, wręcz białą cerę bez śladów rumieńców. (nie wstawiam zdjęcia, ponieważ jestem zagorzałą przeciwniczką ograniczania wyobraźni)
 

 
Jeżeli nie czytałeś/aś 1 części to zjedź na dół.

~~~

Z tymi słowami rzuciła się na Niemca. Wystarczyła chwila, żeby wbiła pazury w jego krtań i przycisnęła go do ziemi. Niemcy zawył. Wilczur wyszczerzył zęby i podkulił ogon. Przez moment wpatrywała się w jego żółte ślepia. Miała ochotę je wydłubać. Łyżeczką do ciasta. Uniosła pięść i wymierzyła cios w twarz. Kolejne trafiały w ramiona, brzuch i gardło. Nie patrzyła w co celuje. Dopóki była pewna, że sprawia mu ból, napawało ją to radością. Nie obchodziło ją, jak daleko będzie musiała się posunąć. Jego wrzaski koiły nerwy niczym kołysanka. Palący ból w klatce piersiowej, serce rozpadające się na kawałki, skurcze mięśni. Wszystko to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyła się wolność, tylko do tego dążyła. Oboje z Polską pragnęli jedynie świętego spokoju. Wolnej ojczyzny, z dala od wojen, mordów, niepotrzebnego rozlewu krwi. A tymczasem nie potrafili się nawet obronić. Wziąć w swoje ręce walki o ojczyznę. Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata zrobili się tacy delikatni? Przecież nawet nie miała siły walczyć. Posłała młodych ludzi na śmierć w imię czego...? Jak mogła być taka głupia... Serce zabiło ostatkiem sił, a w oczach wezbrały łzy. Nim się obejrzała, leżała na brudnej ziemi i zanosiła się od płaczu. Niemcy nachylał się nad nią i zgniatał jej nadgarstki. Chwila nieuwagi i znów była na straconej pozycji. Wilczur zawył triumfalnie. Warszawa połknęła słone łzy i grzebała paznokciami w ziemi. Palce krwawiły, a głowa pękała z bólu. Na źrenicach pojawiły się czarne plamki, przez które świat zaczął się rozmazywać. Jakby miała go już nigdy więcej nie zobaczyć. Twarz okupanta rozpływała się wśród bladych kolorów. Nie była pewna czy się uśmiecha, czy może znów jest wściekły. Oba uczucia były przecież tak podobne.
- I co teraz? - warknął Niemcy, sapiąc ciężko. Miał podbite oko i rozciętą wargę. Warszawa zignorowała go i zwróciła twarz w stronę Polski, który klęczał na ziemi i wpatrywał się w tę makabryczną scenę. Nawet nie wiedziała jak ma mu powiedzieć, że już dość. Nie mogła dalej walczyć. Ich spojrzenia się spotkały, a Warszawa nie potrafiła uwierzyć, że już nigdy nie zobaczy jego uśmiechu. Była na skraju wyczerpania. Musiała ochronić chociaż jego.
- Przepraszam braciszku... - jęknęła, łykając powietrze. Miała wrażenie jakby w jej płucach wywiercono milion dziur. Polak uśmiechnął się lekko i skinął głową. Drobna osóbka leżała, przygnieciona do ziemi, ale jej oczy nadal świeciły tym samym blaskiem co wcześniej. Dopiero wtedy dotarło do niego, jak bardzo mylił się co do swojej siostry. Była silna i to nie ulegało wątpliwości. Musiał jedynie przekonać ją, żeby wytrzymała jeszcze chwilę. Zaczęła tę farsę, więc miała ją skończyć.
- Za co ty mnie przepraszasz, kochanie? - wyjąkał. - Przepraszać mnie będziesz, jeśli go porządnie nie spierzesz.
Ale skończyć nie znaczy przegrać. Znaczy zmielić Niemcy na miazgę. Warszawa otworzyła usta, żeby powiedzieć, że nie da rady, ale Polska uprzedził ją szczerym śmiechem.
- Pokaż co to znaczy zadrzeć z Warszawą. Niech pies zna swoje miejsce - uśmiechnął się promiennie. Jeszcze tylko chwilę. Musiała wytrzymać tylko momencik. Przecież Rosja już tu zmierzał. Anglia i Ameryka mówili, że pomogą. Warszawo droga, broń się. Przyjdą posiłki, dasz radę. Wiem, że dasz. Zaklinał w duchu, żeby to wszystko nie okazało się wierutnym kłamstwem.
- Przyłóż mu też w moim imieniu.
Marny podjudzacz. Warszawa uniosła wzrok na okupanta. Twarz Niemczech przybrała trupio blady kolor. Oderwał się od niej, puszczając jej nadgarstki i pognał do Polski. Przy akompaniamencie wrzasków i przekleństw, kopnął go prosto w twarz.
- KAZAŁEM SIĘ WAM ZAMKNĄĆ!!! TAK CZY SIAK JESTEŚCIE MARTWI!!! NIE WAŻNE CO ZROBICIE!!!
Warszawa podniosła się na łokciach. Gorący prąd przebiegł przez jej kręgosłup. Odetchnęła ciężko, zaciskając zęby. Spojrzała na Polskę, którego uśmiech przebijał się przez skąpaną we krwi twarz. Miał świętą rację. Podniesie się i sprawi, że Niemcy raz na zawsze ucieknie za granicę i pożałuje, że kiedykolwiek z nią zadarł. Nawet za cenę własnego życia? Potrząsnęła głową. Nie. To nie jej życie się teraz liczyło. Była jedynie miastem. Ją dało się odbudować. Ale Polska? Skąpany we krwi, zmęczony ciągłą walką, nie miał szans pokonać wroga sam. Jej prawa dłoń zacisnęła się na czymś zimnym i twardym. Przez chwilę wydawało się jej, że nadal ściska różaniec, ale kiedy odwróciła wzrok, serce zabiło mocniej. Na ziemi leżał ogromny, drewniany kij do baseballa. Zacisnęła usta w cienką linię i spojrzała na Niemcy, znęcającego się nad jej bratem. Miała go pokonać tym kijem? Ameryka raczył sobie żartować! Podniosła się na kolana i chwyciła go obiema rękami. Kiedy zacisnęła na nim palce lewej dłoni, musiała powstrzymać się by nie krzyknąć z bólu. Połamane kości gruchotały i trzaskały, gdy nimi poruszała. Jej ciało przeszedł dreszcz. Zacisnęła oczy i podniosła się na nogi. Mięśnie łydek napięły się i wołały o łaskę. Uniosła kij, który wydawał się być o wiele za ciężki jak dla takiej osoby. Nie była pewna czy uda się jej uderzyć nim mężczyznę dwa razy większego od siebie. Ale musiała spróbować. Zemsta miała być słodka. Zacisnęła palce na drewnie. Drzazgi wbiły się w jej dłonie. Na boku wyryte było jedno słowo. Liberty. Tylko na tyle było go stać?! Przecież miał przylecieć! Kolejny sukinsyn imający się jakiejkolwiek walki. Miał masę broni, a przysłał jej drewniany kij?! Postawiła pierwszy krok, a mięśnie na całym ciele rwały się w agonicznym bólu. Zacisnęła zęby, które zachrzęszczały. Niemcy kopał Polskę po twarzy i ryczał niezrozumiałe niemieckie słowa. W jej oczach wezbrały łzy. Nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała go w takim stanie. Obraz brata konającego pod ciężkimi, wojskowymi butami i pazurami rozwścieczonego wilczura napawał ją lękiem. Bała się wykonać jakikolwiek ruch. Nogi grzęzły w ziemi, a palce coraz ciaśniej zaciskały się na rękojeści kija. Jedyną rzeczą, która osłaniała jej, skostniałe z bólu, serce była nadzieja. Szepcząca dwa słowa. Wolność i rodzina. Przywoływała mgliste wspomnienia, których prawdziwości nie była do końca pewna. Ale czy mogła być czegokolwiek pewna w obliczu takiej tragedii? Polska nachylający się nad nią z szerokim uśmiechem na ustach.
- Warszawo ma, kochana, jesteśmy rodziną, a rodzina musi trzymać się razem. A ja, jako twój starszy brat, mam w obowiązku dbać o twoje bezpieczeństwo - mrugnął okiem ze śmiechem. - Twoja siostra Kraków zwykła mówić: Wszyscy odchodzą, przyjaciele, kochankowie, ci którym ufaliśmy najbardziej, ale rodzina nigdy cię nie opuści. Bo od tego właśnie jest.
Warszawa dokładnie zapamiętała sobie te słowa. Na jej twarz wypłynął uśmiech. Wspomnienie przepełniało ją szczęściem. Dodawało sił i karmiło nadzieję. Uniosła wzrok. Polska leżał przygnieciony do ziemi. Jego jęki roznosiły po placu i mieszały się z donośnym śmiechem Niemiec. Poranione ręce bezwładnie opadały na gruz, a z gardła raz po raz wypływały strumienie krwi. Przez umysł Warszawy przepłynęło jeszcze jedno wspomnienie. Głęboki, czysty i niezwykle kobiecy głos, którego zawsze tak siostrze zazdrościła. Kraków stała nad nią z poważnym wyrazem twarzy i palcem uniesionym w górze.
- Żelazna zasada każdego miasta: Jeżeli kiedykolwiek ktoś zbliży się do Polski, masz obowiązek go bronić. Zniszczyć w zarodku wszystko co go krzywdzi. Ochronić go za wszelką cenę, nie bacząc na konsekwencje. Jasne? Pamiętaj o tym. Takie jest zadanie każdej stolicy. Jeżeli temu nie podołasz to znaczy, że nie zasługujesz na to miano. Natomiast możesz być pewna, że nie ważne jak bardzo cię kiedyś znienawidzę, w tej kwestii zawsze możesz liczyć na moją pomoc. Siedzimy w tym razem... siostro...
Powiedziała to zaledwie parę dni przed tym jak Warszawa stała się stolicą. A potem faktycznie ją znienawidziła. Teraz pewnie wyśmiałaby ją, widząc w jakim jest stanie. Nie mogącą zrobić kompletnie nic by ochronić najdroższą osobę. Dała się porwać walce, bitwie której nie miała szans wygrać. Połknęła słone łzy. Posłała wszystkich na pewną śmierć. Nie miała prawa nazywać się stolicą.
Polska wypluł zbierającą się w przełyku krew. Niemcy stał nad nim i przypatrywał się jak Polak próbuje podnieść się z ziemi. Palący ból przepływał przez jego ciało przy każdym ruchu. Czuł na twarzy ciepłą ciecz, spływającą ze złamanego nosa. Zacisnął zęby na języku, by odwrócić uwagę od panicznego bólu. Żwir i piach dostawały się pod skórę. Wilczur wżynał pazury w jego plecy, liżąc go po karku. Ślina działa niczym kwas i wyżerała w nim dziury, jakby był skrawkiem materiału. Wbił paznokcie w ziemię i zaśmiał się cicho. Mięśnie klatki piersiowej napinały się, potęgując ból przy każdym wdechu. Uniósł wzrok i przeszył Niemcy spojrzeniem wesołych, zielonych oczu. Przynajmniej na chwilę był w stanie odwrócić jego uwagę od Warszawy. Nie mógł narażać jej na większe niebezpieczeństwo. Przecież był jej starszym bratem. To on powinien dbać o jej bezpieczeństwo. Niemcy podsunął czubek buta pod jego brodę i uniósł ją do góry.
- I co teraz? – syknął. Jego wyraz twarzy był chłodniejszy niż lodowe pustynie Syberii. Niż lufy pistoletów przytkniętych do skroni młodych Polaków. Niż ściany wagonów wiozących ludzi do obozów koncentracyjnych. Był gorszy od jakiegokolwiek bólu. Nie było w nim nic humanitarnego. Wszelkie zasady moralne zostały zniszczone w zarodku. Wyplewione niczym chwasty. Z bladych ust spływała czerwona strużka krwi. Parę blond kosmyków uciekło spod idealnie ulizanej fryzury i opadało na czoło. Swastyka na ramieniu raziła w oczy, przypominając najkrwawsze sceny, które nadal nie zostały wyprane z pamięci. Brakowało mu tylko wąsika. Polska zaśmiał się cicho na samą myśl o Niemczech przypominającego Hitlera. Świnia. Pieprzony sukinsyn. Kąciki ust uniosły się do góry. Przecież nic nie irytowało okupanta bardziej niż jego pełen wiary, beztroski, szczery uśmiech. Pieśni, przepełniające nadzieją nawet najtwardsze serca, niosły się echem po tonącej we krwi Warszawie, doprowadzając go do czerwoności. Niesubordynacja, ślepe dążenie do wolności i brak jakichkolwiek uprzedzeń co do zła wyżerającego ich kraj krok za krokiem. Polska doskonale wiedział jak wzbudzić w Niemczech iskierki furii. A co potem, to już tylko Bóg raczył wiedzieć. Niemcy poklepał go czubkiem buta w policzek.
- Nie sądzisz, że to dobry moment by się poddać, hm? Polen?
Wyszczerzył białe zęby w pełnym pogardy uśmiechu. Polska odwdzięczył się tym samym. Poczuł jak wilczur wbija pazury coraz głębiej i głębiej. Krew sączyła się z jego pleców i tworzyła wokół niego ogromną szkarłatną kałużę. Niemcy postawił buta na jego głowie i brutalnie przytrzymał twarz przy ziemi. Polska zacisnął usta. Jego własna krew pomieszana z piachem dostawała się do ust. Przez obrzydliwy metaliczny smak mięśnie przełyku zacisnęły się w odruchu wymiotnym. Wypluł krew i uniósł wzrok. Świat przed jego oczami zaczął się rozmazywać. Niemcy niknął w mroku, ale przez ciemność przebijała się blada poświata. Drewniany kij wiszący nad głową okupanta.
- Nie wydaje mi się... - wyjąkał. - Nikt cię nie nauczył, że to nierozsądne odwracać się tyłem do wroga?
Niemcy nie zdążył odpowiedzieć, bo ciężki kij uderzył go w tył głowy. Wrzasnął z bólu i przewrócił się na ziemię bez tchu. Na twarz Polski wypłynął uśmiech. Z tumanów kurzu wyłoniła się drobna sylwetka z ogromnym drewnianym kijem w rękach. Warszawa miała przekrwione oczy, włosy oblepione szkarłatem, a wychudzone, poranione nogi i ręce trzęsły się z bólu. Wykrzywiła krwawiące usta, próbując zapanować nad łzami. Podbródek drżał, a ręce opadły pod ciężarem broni. Wpatrywała się w Polskę, ignorując Niemcy wijącego się pod jej stopami. Po policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Przepraszam braciszku... - jęknęła, pociągając nosem. - Nie byłam w stanie... Kraków mówiła... Nie jestem wystarczająco silna...
Wyciągnęła chude ręce w jego stronę niczym małe dziecko wołające swoją mamę. Polska złapał jej dłonie i z wysiłkiem uniósł kąciki warg. Ręce Warszawy były ciepłe i szorstkie. Wyniszczone walką, skostniałe od wysiłku, połamane butami okupanta. Oczy tonące we łzach błagały o chwilę życiodajnego snu. Powieki same opadały, chowając zielone tęczówki za firanką spalonych rzęs. Popękane usta schły od braku wody. Włosy przylepiały się do twarzy od potu i opadały ciężko na ramiona. Cała twarz skąpana w szkarłatnej, brudnej krwi. Ale mimo to Polska uważał, że była piękna. Kolor munduru, z biało-czerwoną opaską na ramieniu, ukryty pod warstwą piachu i sadzy. Pamiętał dokładnie dzień, w którym jej go dał. Bał się, że będzie na nią za duży, że to jeszcze nie czas, ale kiedy go założyła, nie potrafił powstrzymać łez. Jego mała siostrzyczka dorosła. Była stolicą, co wiązało się z ogromną odpowiedzialnością. Od tamtej chwili jej życia miało się diametralnie zmienić. Dotarło to do niego dopiero w 1830. Powstanie listopadowe. Wtedy zrozumiał, że już nie jest w stanie upilnować swojej siostry. Była dorosła, a słowa Krakowa musiały trafić ją bardzo mocno. Czuła się odpowiedzialna za jego bezpieczeństwo, przez co porywała się na niemożliwe. Była kompletnym przeciwieństwem swojej rozważnej, trzeźwo myślącej, starszej siostry. Być może właśnie dlatego Kraków tak bardzo jej nienawidziła. Wypomniała mu to, że przekazał losy kraju w ręce kogoś tak nieodpowiedzialnego. Ale teraz to wszystko nie miało najmniejszego znaczenia. Warszawa potrzebowała pomocy, a on nie potrafił się nawet podnieść. Ścisnął jej dłonie z całą siłą na jaką było go stać.
- Kocham cię. I wiem, że to trudne...
- Ale Kraków...
- Nie słuchaj jej. Kto inny, jak nie ty ma szansę go pokonać? A jeśli tobie się nie uda, to my zawsze będziemy stać za tobą... Nie jesteś sama...
Co prawda nie był mistrzem w głoszeniu mów, ale twarz Warszawy lekko się rozjaśniła, gdy pokiwała głową. Dłonie Polski ściskały jej, a uśmiech nie znikał z jego twarzy. Był wyczerpany. Nie mogła zostawić go w takiej chwili. Pociągnęła nosem i połknęła słone łzy.
- No już... - przyciągnął ją do siebie i przytulił. - Nie możesz płakać.
Jego zimne ciało, wyprane z życia, całe drżało, ale trzymał ją w ramionach najmocniej jak umiał. Gładził jej włosy i szeptał kojące słowa do ucha.
- Jeszcze będziemy się śmiać. Musisz tylko mocno zbić go tym kijem...
Niemcy jęknął i podparł się na łokciach. Wilczur na nowo otworzył żółte ślepia i zaczął węszyć. Warszawa oderwała się od Polski i złapała drewniany kij. Stanęła dokładnie między okupantem, a bratem, osłaniając go własnym ciałem. Przez tyle lat był dla niej oparciem. Teraz przyszła pora by to on schował się za jej plecami, gdy ona będzie odwalać brudną robotę. Ledwo trzymała się na chwiejnych nogach. Ręce drżały, gdy uniosła broń do góry. Niemcy zwrócił twarz w jej stronę. Z tyłu głowy spływała strużka krwi, wpływając za kołnierz munduru. Blada twarz mieszała się z niebieskimi oczami. Źrenice przypominały główki od szpilek. Uśmiechnął się szeroko i zarechotał.
- Warschau... naiwna...
Warszawa trzymała kij wysoko w górze, ale nie była w stanie zrobić żadnego ruchu. Nogi ugrzęzły w piachu, a zawiasy w łokciach zaklinowały się i nie pozwalały wyprostować ramion. Całe jej ciało kazało uciekać jak najdalej w panicznym strachu. Rozchyliła usta, oddychając ciężko.
- Idź sobie! Nikt cię tu nie chce! WYNOŚ SIĘ!!!
Uśmiech Niemiec rozrywał policzki. Złowieszczy, nienawistny rechot rozniósł się po placu. Powracał echem, które trzęsło ziemią i niebem. Zwalało budynki, mordowało ludzi, paliło wszystko dookoła, porywało dusze do nieba. Siało spustoszenie, którego nie sposób zatrzymać.
- Śmiesz mi rozkazywać, Untermensch?
Złowieszcze słowo wpadło do jej ucha, potem przepłynęło przez całe ciało, aż dotarło do ramion. Kij opadł na jego czoło. Warszawa zacisnęła powieki by nie patrzeć jak masakruje jego twarz. Spodziewała się usłyszeć wrzask, krzyk, przekleństwo, cokolwiek, ale nic takiego nie nastąpiło. Jedyne co poczuła to zatrważającą siłę naciskającą na jej kij. Ścisnęła go mocniej, a w jej palce znowu wbiły się setki drzazg. Otworzyła oczy. Niemcy zatrzymał cios jedną ręką. Leżał na ziemi, podparty łokciami i trzymał jej broń w dłoni. Wyglądał na niewzruszonego. Jego oczy mierzyły ją od stóp do głów. Mięśnie ramion napięły się, kiedy powoli podniósł się z ziemi.
- Będziesz potrzebowała trochę lepszej broni by mnie pokonać Warschau - syknął i załapał kij obiema rękami. W jednej chwili Warszawa została odepchnięta na bok. Ale jej palce ani myślały puszczać ostatniej deski ratunku. Niemcy rzucił nią niczym szmacianą lalką, ale kij nadal znajdował się w jej rękach. Jęknęła cicho, gdy znów uderzyła ramieniem w ziemię. Zdarta skóra na łokciach krwawiła i piekła. Podparła się nimi i uniosła wzrok. Kosmyki włosów zasłoniły jej oczy, ale mało ją to obchodziło. Poderwała się z ziemi, ignorując palący ból w klatce piersiowej i rzuciła się w stronę Niemiec. Gruz chrzęszczał pod jej butami. Parę razy potknęła o wystające z kawałów murów metalowe druty. Pędziła prosto na niego, a napięte mięśnie spowalniały jej ruchy. Ale to nie przeszkodziło by kij trafił w zamierzone miejsce. Gruchot żeber dopadł jej uszu niczym najpiękniejsza melodia. Niemcy złapał się za bok i wrzasnął głośno. Warszawa uniosła kij by zadać kolejny cios, ale okupant uderzył ją prosto w twarz. Siła odrzuciła ją o parę kroków. Niemcy dyszał ciężko i wpatrywał się w nią z czystą nienawiścią. Odpowiedziała mu tym samym. Zaschnięte na policzkach łzy drapały ją w twarz, a nos pulsował po ciosie. Ból zelżał, a adrenalina rzuciła serce na większe obroty, które zaczęło bić szybciej niż kiedykolwiek. Dawno się tak dobrze nie bawiło. Warszawa bez uprzedzenia uderzyła Niemcy kijem prosto w twarz. Okupant zgiął się w pół pod wpływem ciosu, a z jego nosa trysnęła krew. Przez chwilę stał ze wzrokiem wbitym w ziemię. Otarł twarz ręką i westchnął ciężko. To było już kolejne skuteczne uderzenie, a on wydawał się w ogóle nie przejęty. Tak jakby jej ciosy były niczym piórka muskające jego twarz. Uniósł wzrok i posłał jej pełen pogardy uśmiech. Ugięła nogi w kolanach i schyliła głowę, gdy wymierzył kolejne uderzenie. Wbiła kij pomiędzy żebra, które znalazły się dokładnie przed jej twarzą. Ale na tym skończyła się dobra passa. Niemcy złapał jej ramię, okręcił plecami do siebie i uderzył w zgięcie łokcia. Palce automatycznie puściły kij, który upadł z hukiem na ziemię. Warszawa wrzasnęła z przerażeniem. To było jak mrugnięcie okiem. Odór śmierci znów ją otoczył. Poczuła chłodny oddech na karku. Nie było ratunku.
- Dosyć tego...
Wszystkie mięśnie odmówiły posłuszeństwa, posyłając ją na ziemię. Na jej nieszczęście Niemcy nie pozwolił jej upaść. Chwycił ją za gardło i uniósł do góry. Nie miała nawet chwili by się obronić. Jęknęła cicho i złapała jego dłonie. Zgniatał jej gardło ze szczęśliwym uśmiechem na ustach. Warszawa rozchyliła usta i poruszała nimi jak ryba, starając się złapać oddech. Płuca paliły ją od środka, błagając o powietrze. Niemcy ścisnął ją mocniej. Źrenice zwężyły się, kiedy wpatrywał się w wyczerpaną Warszawę. Widok błagającej o litość stolicy napawał go niezmiernym szczęściem. Führer będzie z niego zadowolony...
- To koniec Warschau.
Jedno słowo, które niszczyło każde, choćby najmniejsze iskierki nadziei w zarodku.
- Przegrałaś.
Polska leżał na ziemi w kałuży krwi, nadal przygnieciony ogromnym cielskiem wilczura. Wpatrywał się w Warszawę wiszącą jak na szubienicy, obwiązaną sznurem z długich macek Niemca. Ruszała usteczkami, bezgłośnie wołając o pomoc. Szamotała się na wszystkie strony, próbując wydostać się z uścisku. Ale nie mógł nic zrobić. Wyciągnął jedną rękę w jej stronę, próbując wyczołgać się spod ciężkiej masy, wżynającej pazury w jego skórę. Palący ból nie pozwalał mu się ruszać. Wszelkie próby były bezskuteczne. Piach podrażniał rany, które krwawiły coraz większym strumieniem. Zacisnął zęby, napinając wszystkie mięśnie. Musiał tylko się podnieść. Otworzyć usta i zawołać o pomoc. Przecież powinni tu być, przysłać żołnierzy, a tymczasem na placu byli tylko on, marionetka Hitlera i konająca stolica. Odór krwi i zgnilizny drażnił go coraz bardziej. Kostucha wymachiwała kosą i zbliżała się wielkimi krokami, rozsyłając kruki na wszystkie strony, by głosiły dobrą nowinę. "Warszawa umiera! Warszawa umiera! Gnije! Płaszczy się przed Niemcami!!!" Czarne ptaszyska krążyły nad nimi i skrzeczały na cały głos. Tumany kurzu wzbijały się w powietrze. Jęki Warszawy wtórowały wrzaskom tysięcy dusz. Niemcy trzymał ją w dłoniach niczym wojenny łup. Kolejna kamienica runęła wśród swoich martwych sióstr. Koniec świata. Polska nigdy nie wyobrażał go sobie w ten sposób. Tak naprawdę nigdy o tym nie myślał. Wolał nie wywoływać wilka z lasu. Tymczasem koniec świata nadszedł. Bynajmniej nie dla niego, ale dla najpiękniejszej istoty w jego życiu. Konała w mackach nieludzkiego państwa. A potem miała zamienić się w proch. Świat rozmazywał się, tonąc w szarych barwach. Powieki opadały ciężko na oczy. Kiedy znów je otworzy świat jaki znał dotychczas przestanie istnieć. W końcu jak będzie w stanie istnieć cokolwiek bez niej. Bez jej pięknego uśmiechu i napawających nadzieją słów. Bez tramwajów sunących po szynach, kolorowych kamienic, brukowanych uliczek, wypełnionych przyjemnym gwarem ludzkich słów i jadących pojazdów. W końcu cóż z tego, że Niemcy przegra wojnę i będą wolni, jeżeli jej nie będzie? Przysięgał, że ją obroni, a tymczasem umierała na jego oczach. Rozchylił usta i wyszeptał słowa jedynej piosenki, która mogła przejść mu przez gardło.
"Warszawo ma, o Warszawo ma
Wciąż płaczę, gdy ciebie zobaczę
Warszawo, Warszawo ma."
Pieśń w jego ustach nie miała ni krzty melodii. Dawała jedynie upust myślom, których nie potrafił wyrazić zwykłymi słowami. Do oczu napłynęły łzy. Położył głowę w szkarłatnej kałuży własnej krwi i zacisnął powieki. Nie był w stanie się ruszać. Dym płonącej stolicy wrzynał się do płuc. Nie było ratunku. Przepona zaciskała się w bólu, gdy nabierał wdech, by zaśpiewać kolejną zwrotkę. Oddech śmierdział krwią, a wargi pękały przy każdym ruchu.
"Warszawo ma,
Patrz w oku mym łza
Bo nie wiem czy jeszcze zobaczę cię jutro
Warszawo ma."
Nie potrafił otworzyć oczu. Patrzenie na nią było zbyt bolesne. O wiele wygodniej odwrócić wzrok i udawać, że nic się nie dzieje. W końcu jak mógłby pomóc komukolwiek, kiedy on sam też potrzebował pomocy. Oddychał ciężko i grzebał paznokciami w ziemi. Odwracał ból od głębokich ran na plecach. Przeżycie było priorytetem. Naród na niego liczył. Chłodna kalkulacja. Warszawa zginie, ale on nie może. Oczami wyobraźni widział świńskiego blondyna, szczerzącego zęby w szyderczym uśmiechu i jadowite słowa:
- Jedno miasto wiosny nie czyni, czyż nie?
Inna sprawa, gdy tym miastem była sama stolica. Wyrzucił z głowy obrzydliwe myśli. Nie miały prawa w ogóle się pojawić. Jego zadaniem było stanąć w jej obronie. Uniósł wzrok. Zamrugał z niedowierzaniem. Źrenice rozszerzyły się. Serce zabiło szybciej. Spojrzenie się wyostrzyło, ukazując widok jak z obrazka. Cały plac usłany żółtymi płatkami. Wirujące w powietrzu, opadające na gruzy, świecące niczym słońce. Pojawiły się nagle i znikąd. Sprawiały wrażenie jedynie przyjemnego złudzenia. Zabawy wyobraźni, stęsknionej za spokojem i ciepłem. Słoneczniki. Płatki zawitały w Warszawie razem z odorem gorszym niż jakikolwiek inny. Polska wszędzie rozpoznałby ten smród. Rozbiory, carat, powstania, Katyń. W oddali zamigotał szalik, odbijający się bielą na tle szarej stolicy. Rosja. Ofensywa dotarła do Warszawy. A to znaczyło, że byli uratowani. Polska w jednej chwili poderwał się z ziemi. Mięśnie kuliły się z bólu, ale adrenalina hamowała okropne uczucie. Jeszcze nigdy nie cieszył się tak na myśl o obecności wschodniego sąsiada w jego kraju. Przebiegł wzrokiem po placu. Wilczur warczał na niego, starając się ponownie przycisnąć go do ziemi. Wpatrywał się w mglistą chmurę pyłu, unoszącą się nad ziemią, z nadzieją w oczach. Wypatrywał białego szalika, który świecił się w oddali. Warszawa będzie ocalona. Oczy zapiekły. Po policzkach spłynęły pierwsze od tygodni łzy szczęścia. Jeszcze tylko chwila i wszystko będzie dobrze. Powtarzał te słowa jak mantrę, rozglądając się dookoła. Wytężył wzrok i wtedy go zobaczył. Rosja, w ogromnym szarym płaszczu sięgającym samych stóp i grubym, zimowym szaliku owiniętym wokół szyi, wyłonił się z mgły. Białe, niczym lodowe pustynie Syberii, włosy, nie nosiły na sobie żadnych śladów brudu. Rumiana twarz uśmiechała się do niego, przesiąknięta sztuczną życzliwością. Płatki słoneczników otulały go niczym koc. Nikt nie spodziewałby się, że ta z pozoru sympatyczna, nieszkodliwie wyglądająca osoba, ma całe ręce splamione krwią milionów ludzi.
- Priglashayem Polsha - spokojny, słodki głos. Rozchylił usta w uśmiechu. Uniósł dłoń i pozdrowił go ruchem ręki. Polska czołgał się w jego stronę, odpychając wilczura, wtapiającego pazury w jego buty. Tarzał się pod jego stopami niczym pies, ale nie miał innego wyjścia. Tylko on był w stanie pokonać Niemcy.
- Rosjo! Bogu niech będą dzięki... - wycharczał resztkami sił. - Warszawa... ona...
Rosja patrzył się na niego pytającym wzrokiem. Polska uniósł rękę i wskazał palcem mglistą postać Niemczech znęcającego się nad Warszawą. Jej krzyki wpadały w najmniejszą uliczkę, najciaśniejszą dziurę. Rozrywające bębenki wrzaski rozpaczy i bezsilności. Szamotała się na wszystkie strony, osłaniając przed kolejnymi ciosami w twarz. Broniła się rękami i nogami przy akompaniamencie trzech słów:
-Masz już dość?! MASZ JUŻ DOŚĆ?!
Z jej ust wypływała tylko jedna odpowiedź:
- Chyba śnisz! - pyskata riposta przed wymierzeniem okupantowi kolejnego ciosu prosto w twarz. Tarzali się po ziemi, wyzywając jedno przez drugie i obrzucając śmiercionośnymi uderzeniami. To niemożliwe przejść obok takiej sceny obojętnie. Rosja przypatrywał się im dobrą chwilę, by potem zwrócić twarz w stronę Polski.
- Szto? - jego oczy nie zdradzały żadnych emocji. Jedynie błogi spokój. Chłód w obliczu śmierci.
- Pomocy... - szepnął, wpatrując się w chłodne oczy Rosji. - Błagam, musisz jej pomóc...
Rosja uśmiechnął się życzliwie od ucha do ucha. Polska myśląc, że za chwilę ruszy w stronę Niemiec, cały się rozpromienił. Usta wygięły się w sztywnym uśmiechu i odetchnął z ulgą. Ale ten stał w miejscu. Rozłożył ręce i zaśmiał się cicho.
- Polsha - patrzył się na niego z błogim wyrazem twarzy. - Polsha, ja ne ponimayu.
Polska zamarł. Rosja nie ruszał się z miejsca, przeszywając go zdziwionym spojrzeniem. Warszawa krzyczała wniebogłosy. Nie mogła wytrzymać kolejnej chwili. Musieli działać. Tymczasem Rosja stał, jak gdyby kompletnie nie wiedział o co chodzi. Grzebał butem w ziemi i rozglądał się na wszystkie strony, byle nie w stronę konającej, walczącej resztkami sił stolicy. Polska zacisnął pięści. W jego gardle wyrosła ogromna gula, a serce łomotało ze zdwojoną siłą. Całe ciało oblał zimny pot.
- J-Jak to? - wyjąkał, połykając zbierającą się w przełyku ślinę. - Jak to nie rozumiesz?! Pomocy! Musisz ją ratować!!!
Z twarzy Rosji nie znikał uśmiech. Uniósł dłoń by uciszyć, szamoczącego się Polskę.
- Polsha, ja ne govoryu pa polski.
Łomoczące serce. Miliony pytań, na które miał nigdy nie dostać odpowiedzi. Błogi spokój w obliczu śmierci. Czemu otaczali go ludzie bez sumienia? Polska zacisnął pięści i uniósł wzrok, wywiercając nim dziurę w twarzy Rosji.
- Pomocy! Po-mo-cy!!! Jak to nie rozumiesz?! - darł się wniebogłosy, chwytając brzegi burego płaszcza. - Rusz się no! Jak możesz tak tu stać?! Wpatrywał się w niego z przerażeniem w oczach. Błagał, aby to wszystko okazało się jedynie chwilową zabawą jego kosztem. Rosja nachylił się i z niezwykłą brutalnością, niby przypadkiem, odsunął go na bezpieczną odległość.
- Ja ne gavoryu pa polski, da? - powtórzył, akcentując każde słowo. Polska dałby głowę, że kąciki jego warg unosiły się w pełnym pogardy uśmiechu. Współczuciu wobec kompletnej bezsilności i braku jakiejkolwiek chęci udzielenia pomocy.
- Ja gavoryu TOLKA pa russkiy, da? - rzekł cicho. - Ponimayu Polsha?
Polska uderzył pięścią w ziemię, z której wzbiły się tumany kurzu. Brudziły jasne jak słońce płatki słoneczników. Skostniałe palce piekły przy każdym uderzeniu, a kolana szczypały od ciągłego wrzynania w ziemię. Wbił w Rosję nienawistny wzrok i wrzasnął:
- NIE! Nie ponimayu!!! Warszawa umiera, musisz jej pomóc!!! WARSZAWA! To chyba rozumiesz!!!
Co chwila wskazywał palcem na swoją siostrę, duszoną pod ogromną czerwoną flagą ze swastyką na środku. Rosja uśmiechnął się szeroko i przytaknął. Nachylił się nad twarzą Polski i pokiwał głową, jakby zaczął rozumieć. Mniejszy naród uniósł wzrok, a źrenice rozszerzyły się w wyczekiwaniu na jakąkolwiek sensowną odpowiedź
- Varshava, da? Da, da, Varshava eta krasivyy gorod.
Polska zamrugał. Piękne miasto. Piękne miasto?! Słowa odbijały się echem w jego głowie. Rosja uśmiechał się szeroko. To wszystko musiało być jakąś marną komedią. Z jednej strony atakowały go wrzaski i huk granatów, a z drugiej błogi spokój wschodniego sąsiada. Gdzie niby zniknęła ta piękna stolica? Nigdzie. Jej już po prostu nie było. I Rosja doskonale o tym wiedział. Z każdą chwilą coraz bardziej utwierdzał Polskę w przekonaniu, że jest tylko pionkiem w jego rękach. Chciał cały świat trzymać w szachu. I jak na razie idealnie mu to wychodziło. Wiara w pomoc ze strony wschodniego sąsiada była jedynie ślepą nadzieją. Zabawą serca, śmiejącego się mu w twarz z jego naiwności. Tak, naiwnością przebijał nawet samą Warszawę.
- W takim razie po co tu jesteś? - podniósł na niego lodowaty wzrok. Wbił paznokcie w brzeg burego płaszcza. Rosja tym razem go nie odepchnął. Z jego twarzy nie znikał uśmiech, ale oczy toczyły nienawistną walkę ze spojrzeniem Polski. Trudno stwierdzić, który z nich darzył drugiego większą nienawiścią. Najchętniej obaj rzuciliby się sobie do gardeł, ale Rosja nie był tak lekkomyślny, żeby skupiać na sobie uwagę także i Niemiec. Pozostało im jedynie mierzyć się chłodnymi spojrzeniami.
Polska kulił się z bólu, ale nie mógł pozwolić by Rosja to zauważył. Każda cząsteczka jego ciała wołała dość. Najmniejszy ruch spowalniał pracę serca, torując drogę czarnej kostusze. Prostował plecy i mocniej wrzynał kolana w ziemię, żeby nie upaść na twarz. Przy każdym wdechu, płatki słoneczników wpadały do gardła i mieszały się z resztkami krwi. Szkarłatna substancja zbierała się w przełyku, ale nie mógł jej wypluć. Nigdy w życiu nie pokazałby przed Rosją swojej słabości. Zamiast tego, raz po raz łykał własną krew. Gorzki, metaliczny smak. Myślał, że za chwilę zwymiotuje. Rosja zrobił krok w tył.
- Ja ne...
- JASNE! Skończysz tę szopkę?! Obaj dobrze wiemy, że rozumiesz!!! - warknął Polska, a jego uścisk się zacieśnił. Mordercze spojrzenie łudząco przypominało ślepia wilczura. Rosja zaśmiał się gromko i odepchnął go brutalnie na ziemię. Polska jęknął, wypluwając krew, która ponownie zebrała się w przełyku. Rosja, odchodząc powoli we mgłę, uśmiechał się do Polski od ucha do ucha.
- WIĘC PO CO?! - mniejszy naród nie dawał za wygraną. Czołgał się za nim, domagając się odpowiedzi. Rosjanin wzruszył jedynie ramionami, ale zanim zniknął w tumanach kurzu i dymu, jego kroki zatrzymał cichy krzyk.
- R-Rosja?! - przez wrzaski przebił się ochrypły, dziewczęcy głos. Rozchodził się echem. Przesiąknięty nadzieją. Warszawa leżała przygnieciona do ziemi. Przeszywała Rosję przerażonym spojrzeniem. Całe jej ciało drżało z bólu. Połowa twarzy skąpana była we krwi od rany na głowie. Przebijał się przez nie jedynie blask zielonych, przepełnionych nadzieją oczu. Wyciągała ręce w jego kierunku, grzebiąc paznokciami w ziemi. Podparła się na łokciach i powoli podniosła w górę. Nogi grzęzły w piachu, ale uparcie stawiała kroki w ich stronę. Łapała się za krwawiące ramię, starając się nie upaść. Jeszcze nigdy nie czuła takiego bólu. Był wszędzie. Nie oszczędzał żadnego miejsca. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a płuca domagały się tlenu, mimo, że łykała powietrze potężnymi haustami. Powoli zaczęła tracić świadomość, ale uparcie parła do przodu. Świat rozpływał się we wszystkich odcieniach szarości. Jedyne co widziała to nikłą postać, znikającą we mgle.
- Rosjo! Pomocy! B-Błagam! - wyciągnęła wolną rękę w stronę oddalającego się mężczyzny. Jej kroki były coraz cięższe. Jeszcze chwila i miała runąć na ziemię. Ale nie mogła stanąć, póki go nie dogoni. Ten jedynie uśmiechał się, poprawiając szalik. Nim jednak zniknął, na chwilę stanął w miejscu. To co chciał zrobić, wyraźnie go ekscytowało.
- Polsha. Varshava - skinął głową w stronę mizernych, ledwo żywych postaci, a z jego ust wypłynęło piękne, polskie zdanie: - Powiedzmy, że wasza klęska przyniesie mi pewne korzyści.
Z tymi słowami i uśmiechem na ustach zniknął we mgle. Jedyny ratunek przepadł. Polska krzyczał niezrozumiałe słowa, ale wilczur kompletnie stracił nim zainteresowanie. Warczał i szczerzył kły w stronę Warszawy, która nadal podążała za Rosją niczym dziecko we mgle. Do końca udawał głupiego, odwracając uwagę Polski od Warszawy, a potem zniknął. Obserwował ich klęskę ze stoickim spokojem. Prowadził w głowie chłodne kalkulacje wszystkich korzyści. Śmiał się im w twarz, gdy wołali o pomoc. Warszawa jednak zaprzątała sobie głowę zupełnie czymś innym. Jej mózg nie przyswajał już niczego. Nie rozumiała ani słowa.
- R-Rosjo? Rosjo!!! POMOCY!!! Nie... GDZIE JESTEŚ?! - jej nogi same ruszyły za postacią, która dawno zniknęła z pola widzenia. Działała instynktownie. Chwytała się brzytwy. Jedynego ratunku przed śmiercią. Miała wrażenie jakby była ślepa. Oczy zaszły mgłą. Świat rozmazał się, pozostawiając jedynie kontury. Potykała się o kawały gruzu. Oddychała dymem, który wyniszczał jej płuca. Ufała jedynie własnemu przeczuciu. Ale parła naprzód. Stąpała po ziemi, ignorując ból w klatce piersiowej. Strach rozprzestrzenił się po całym ciele. Wyżerał ją od środka. Dostawał się w takie zakamarki, o których istnieniu sama nie była do końca świadoma. Nigdy wcześniej nie czuła go tak wyraźnie. Dotykał serca, które nie miało już siły się opierać. Wiele razy Polska opowiadał jej, że przed rozbiorami czuł dokładnie taki sam strach. Nie był podobny do żadnego innego. Nie dało się go pomylić z żadnym innym. Poczuła na karku żrący oddech kostuchy i ostrze kosy przy gardle.
- Boisz się śmierci, co?
Nie, nie, nie... Nie bała się śmierci! Nie bała się niczego! Walczyła ponieważ miała jakiś cel. I nawet śmierć nie miała prawa jej przeszkadzać. Jej jedynym pragnieniem była wolność. Jak śmierć mogłaby coś takiego zrozumieć? Zaśmiała się pod nosem. Otóż nie mogła. Gorący prąd przeszył jej kolana i upadła na ziemię. Piach wzbił się w niebo. Zdarta na dłoniach skóra krwawiła i piekła. Dyszała ciężko. Łykała powietrze potężnymi haustami, ale nic to nie dawało. Kropelki potu mieszały się z krwią i spływały po twarzy. Ręce drżały od ciągłego podpierania całego ciała, żeby nie upaść na twarz. Za jej plecami rozniósł się gromki, szyderczy śmiech. Zatrząsł murami, a kawały gruzu obok niej, stukały i obijały się o siebie. Zawtórował mu złowieszczy chichot. Przekręciła się z trudem na plecy, spoglądając na swoich oprawców. Niemcy stał nad nią i mierzył ją pogardliwym spojrzeniem. Jego sylwetka mieszała się z kostuchą ukrytą pod ogromnym czarnym płaszczem. Stali obok siebie niczym brat i siostra. Bezduszne, pełne złudnych przekonań rodzeństwo. Kostucha zaciskała kościste palce na kosie, a spod kaptura, który zasłaniał jej twarz, wyłaniał się jedynie szeroki uśmiech zepsutych zębów. Czerwone dziąsła idealnie komponowały się ze szkarłatną krwią spływającą z nosa Niemczech. Ten przetarł twarz rękawem munduru, krzywiąc się przy tym z obrzydzeniem. Przy jego nogach spacerował wilczur, szczerząc kły i przebijając ją szklistym spojrzeniem żółtych oczu. Niemcy wyciągnął rękę w jej stronę mierząc do niej z pistoletu. Broń błyszczała w promieniach zachodzącego słońca. Jego palce niebezpiecznie spoczęły na spuście.
- To koniec Warschau.
Jego głos był chłodny i spokojny. Za spokojny. Nie czuć w nim było ni krzty uradowania z powodu zwycięstwa. Tak jakby dokładnie obliczył co się stanie. A Warszawa miała ogromną ochotę zedrzeć mu ten spokój z bladej twarzyczki. Zacisnęła usta w cienką linię. Jej serce biło miarowo i wolno. Nie czuła strachu. Wręcz przeciwnie, z jej ust wypłynął cichy, perlisty śmiech. Uniosła wzrok i obdarzyła Niemcy rozbawionym spojrzeniem.
- Czy mi się zdaje, czy już to kiedyś mówiłeś?
Niemcy zamarł. Jego twarz znów przybrała bladozielony kolor. Rozwścieczenie go naprawdę nie należało do trudnych rzeczy. To był jej chleb powszedni. Warszawa odnosiła wrażenie jakby przez wszystkie lata od rozpoczęcia wojny nie robiła nic, tylko grała mu na nosie. Śpiewała antynazistowskie piosenki prosto w twarz bez mrugnięcia okiem. A jego złość przyprawiała ją o przyjemne dreszcze. Nie wywołuj wilka z lasu? Mało ją to obchodziło. W końcu co miała do stracenia? Już i tak była martwa. Od pierwszego dnia powstania była świadoma jaki wyrok postawił nad nią Hitler. Dlaczego więc miała odmawiać sobie tych prostych przyjemności?
- Masz jeszcze siłę gadać? Untermensch? - syknął Niemcy. Jego niebieskie, chłodne oczy kipiały złością. Warszawa uśmiechnęła się z trudem.
- Wina genów. Tak już mam, buzia mi się nie zamyka. Ale co zrobisz - rzuciła jakby od niechcenia, wzruszając ramionami. Palce Niemczech zacisnęły się na broni. Mięśnie ramion napięły się, a twarz stężała.
- Nawet nie wiesz jaka jesteś irytująca - warknął. - Nie mam ochoty się z tobą bawić. Jesteś jak dziecko. Nie potrafisz pogodzić się z przegraną.
Warszawa zamrugała parę razy. Oczy zapiekły. Warga drżała hamując świerzbiący język. Niestety w pewnej chwili nie wytrzymała i zaniosła się od śmiechu, który rozniósł się hukiem po placu. Chichot rozpieszczonego dziecka. Kostucha zastygła w miejscu i opuściła kosę. Wilczur zjeżył się niczym kot. Niemcy zamarł, wybałuszając oczy. Warszawa śmiała się wniebogłosy, drżąc z bólu od każdego ruchu. Trzęsła się i zaciskała dłonie w pięści, ale śmiech nie ustawał. Wrak człowieka, kąpiący się we własnej krwi, miał jeszcze ochotę na zabawę. Setki martwych dusz śmiały się razem z nią, kiedy stolica zaczęła opadać z sił.
- Tak sądzisz? - prychnęła. - Może i jestem martwa, ale dobrze się przypatrz.
Uniosła wzrok, nachylając się w ich stronę i wyraźnie ruszając ustami, szepnęła:
- Też tak skończysz.
Ostatni gwóźdź do trumny. Niemcy nacisnął spust. Huk wystrzału. Wrzask Polski. Warszawie pociemniało przed oczami. Chyba ze strachu, bo nie czuła żadnego bólu. Czyżby tak szybko umarła? Do jej uszu dopadł powodujący dreszcze chichot. Śmiech kostuchy. Bynajmniej nie cieszyła się z powodu kolejnej duszyczki, dołączającej do jej kolekcji. Chichotała, trzymając rękę Niemiec i odpychając ją na bok. Zmieniła trajektorię strzału. Kulka uderzyła w kupę gruzu, omijając głowę Warszawy. Zapadła cisza. Niemcy zastygł w miejscu. Wpatrywał się w rękę kurczowo trzymającą broń. Kostucha uniosła kosę wysoko w górę i zaśmiała się głośno. Jej płaszcz zatrzepotał.
- Was?! - Niemcy zwrócił się w jej stronę. - Dlaczego to zrobiłaś?!
Kostucha rozciągnęła blade usta w uśmiechu. Zamachnęła się kosą, podrywając płaszcz, który otulił ją całą i rozsypał się w popiół. Kobieta wyparowała, zostawiając po sobie jedynie złowieszcze, tryskające żarem pożegnanie:
- Widzimy się w piekle!!!
Jej krzyk powoli rozniósł się po placu i zniknął w małych, ukrytych pod tonami gruzu, uliczkach. Natomiast na jego miejsce wpadło głośne nawoływanie.
- Herr Deutschland! Herr Deutschland!!!
Na plac wpadli dwaj żołnierze. Obaj ubrani w niemieckie mundury. Twarz pokrywał brud, a o boki miarowo obijały się ogromne, przewieszone przez ramię, karabiny. Dopadli Niemcy i leżącą pod jego stopami Warszawę. Powitali go uniesionymi rękoma w hitlerowskim geście pozdrowienia.
- Was?! - warknął Niemcy, ładując do pistoletu kolejny nabój. Obaj żołnierze spojrzeli się na siebie ze strachem przed postawnym mężczyzną w oczach i odparli jednocześnie:
- Herr Deutschland! Meldujemy, że Warschau się poddała!
Nastała cisza. Niemcy patrzył się to na nich, to na stolicę. Warszawa zamarła. Serce uderzało miarowo w klatce piersiowej. Dziewczyna zmierzyła wzrokiem dwóch żołnierzy. Znała ich doskonale. Ci dwaj od wielu lat czatowali pod jej domem. Nasłani przez Niemcy, czaili się na klatce i śledzili aż do przystanku, kiedy gdzieś wychodziła. Doskonale wiedzieli, że jest tego świadoma, ale nadal ślepo wykonywali dane im rozkazy. Miała ich serdecznie dość. Najchętniej wymierzyłaby im kulki w łeb. Ale nigdy nie mogła. Ograniczała się do nucenia skocznych polskich piosenek, kiedy obok nich przechodziła, by potem pędzić do tramwaju, gdy gonili za nią, wołając o okazanie papierów. Sukinsyny. Przecież dobrze wiedzieli, że nie miała papierów. Jak miasto mogłoby je mieć? Akt urodzenia? Paszport? Niby skąd miałaby je mieć? Podparła się łokciami i usiadła na ziemi. Obrzuciła Niemcy znużonym spojrzeniem i ostatni raz splunęła mu pod buty. Wbrew własnej woli uniosła ręce do góry w geście kapitulacji. Tego pragnęli ludzie, a więc nie miała prawa protestować. Nie mogła narażać ich na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Gdyby opierała się choć chwilę dłużej, miałoby to tragiczne skutki.
A więc to tak wyglądały minuty przed śmiercią. Koniec. Faktycznie przegrała. I to z kretesem. Niemcy uśmiechnął się pod nosem i wskazał na nią palcem. Jego wyraz twarzy wyrażał nieopisaną dumę. Tak jakby pokonał nie Warszawę, a samą Moskwę.
- Zabierzcie ją. Führer kazał zrównać to miasto z ziemią. Z wielką chęcią wykończę ja u siebie.
Obaj żołnierze złapali Warszawę pod pachami. Unieśli ją niczym szmacianą lalkę. Nie stawiała oporu. Jej mięśnie w końcu na dobre odmówiły posłuszeństwa.
- Co?! Coś ty powiedział?! - po placu rozniósł się ostatni, wyczerpany krzyk Polski. Unosił się na łokciach, patrząc na Niemcy przerażonym wzrokiem. Ten odwrócił się w jego stronę i poprawiając kołnierz munduru, odparł chłodno:
- Zrównać z ziemią - powtórzył ze stoickim spokojem. - Mam zrównać to miasto z ziemią.
Wrzask Polski na nic się nie zdał. Protesty, prośby, wręcz błagania. Warszawa miała umrzeć. Targana w stronę wyznaczoną przez Niemcy. Prowadzona na śmierć. Pięty tarte o gruz, tworzyły dwie wąskie dróżki wśród piachu. Spalone kosmyki włosów unosiły się na lekkim wietrze. Zmęczone, szkliste od płaczu oczy spoglądały w stronę brata. Poparzona, krwawiąca skóra piekła od piachu, który się pod nią dostał. Zwiotczałe mięśnie, nie słuchające usilnych starań by nimi poruszyć. Serce bijące resztkami sił. Mundur brudny od błota i dymu. Jedynie biało-czerwona opaska odbijała się jasnymi barwami. Podarta, trzymająca się na zaledwie jednej nitce. W pewnym momencie i ona nie wytrzymała. Opaska zsunęła się z ramienia i opadła na piach. Zniknęła pod warstwą kurzu, kiedy Niemcy nadepnął na nią butem nawet tego nie zauważając. Warszawa uniosła prawą rękę resztkami sił i wbijając smutny wzrok w Polskę, zasalutowała po raz ostatni. Miała zejść z pola bitwy pokazując im wszystkim, że z dumą przegrywa, zrobiwszy wszystko co w jej mocy by wygrać. Niech wiedzą, że tę młodą dziewczynę nauczono co to honor. Niech wiedzą, że jeszcze tu wróci z uśmiechem na ustach. Niech wiedzą, że się ich nie boi. Polska jednak leżał na ziemi prawie nieprzytomny. Gest jego siostry pozostał nie zauważony. Widząc to, Warszawa odważyła się na jeszcze jeden, ostatni znak niezachwianej nadziei. Tylko ona im przecież została. Coś co powinno utkwić w ich sercach niczym modlitwa. Otworzyła spierzchnięte usta, a jej ochrypły głos rozniósł się jeszcze głośniej niż zwykle, w pieśni bliższej jej sercu niż jakakolwiek inna.
"Jeszcze Polska nie zginęła..."
Została uciszona ciosem w twarz.
  • awatar Lisa Angels: Ty! Ty! Ty! Kurcze przez ciebie zamiast się uczyć na spr z historii i test z bieżmowania co kolwiek to będzie, to ja siedzę i czytam ekstra długie opowiadanie. Miałam łzy w oczach i warszwę tuż przed oczami. Cudownie ci wyszły opisy, bardzo malownicze i realistyczne. fragment z krukami o ten z rosją powala na kolana. Największym zaskoczeniem jednak był kij bejzbolowy :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zaraz usłyszę ciężkie westchnienia pod tytułem "Jak ona śmie o tym pisać?! Toż to herezja!" otóż tak. Jakoś śmiałam o tym napisać. Chyba widziała to już cała moja rodzina i nawet polonista. Jeżeli kogoś to irytuje, to niech od razu sobie stąd idzie. Dla tych, którzy jednak zdecydują się to przeczytać: proszę bardzo, gnojcie mnie w komentarzach ile wlezie. Nie obrażę się. Opowiadanie jest podzielone na 2 części ponieważ kochany pinger chyba nie radzi sobie z tak długimi tekstami w jednym poście.

~~~

Polska dokładnie pamiętał dzień, w którym pierwszy raz wziął ją w ramiona. Malutka, wykrzywiająca różowe usteczka w grymasie pełnym śliny, który wszyscy nazywali uśmiechem, łapiąca jego palce drobną rączką. Gaworzyła i śliniła się jeszcze bardziej, kiedy ktoś mówił do niej, albo nosił na rękach niczym porcelanową laleczkę. Była taka krucha, bezbronna i niewinna. Kompletnie nie wiedział jak się z nią obchodzić. Bał się, że może zrobić krzywdę tak małej istotce. Ręce drżały, a usta wypowiadały nieskładne zdania w stronę machającej rączkami księżniczki. Nie miał zielonego pojęcia jak zachowywać się względem dzieci. Szczególnie tak drobniutkich. Z resztą nigdy za nimi nie przepadał. Panikował gdy płakały, nie potrafił być delikatny. Zawsze wydawało mu się, że nigdy ich nie polubi. Dopóki nie pojawiła się ona. Z nią było inaczej. Pierwszy raz poczuł się za kogoś odpowiedzialny. Uczył ją chodzić, prowadził za rączkę, tłumaczył pierwsze słowa. Brał ją na ręce i podrzucał, pokazywał świat, czuł się jakby to on sam poznawał go od podstaw. Na jego oczach rosła, ładniała, rodziła nowe uczucia, kształtowała charakter. Dorastała. Miała piękne blond włosy, oczy o dokładnie takim samym odcieniu zieleni jak jego własne. Kiedy była już małym, biegającym brzdącem, zabrał ją na jabłka. Wkradli się na czyjąś posesję i Polska pokazał jej jak wspinać się po drzewach, po czym poznać dojrzałe owoce, kazał obgryzać je do samego ogryzka mimo, że mała grymasiła. A ona słuchała go z zaciekawieniem i wpatrywała się w niego jak w obrazek. Rozchylała usteczka w zachwycie i szczerzyła bieluśkie zęby w szerokim uśmiechu. Nazywała go "braciszkiem" i wszędzie za nim chodziła. A Polska czuł się za nią odpowiedzialny. Była jego ukochaną młodszą siostrzyczką, uroczym aniołkiem. Z czasem, z biegiem lat stała się piękną młodą damą. Nosiła długie, dworskie suknie i upinała blond włosy w modny kok. Jednak, kiedy w progu jej dworku stawał Polska, zrzucała drogie szaty i oboje szli na łąkę, ubrani w tradycyjne, ludowe stroje, zbierać kwiaty i czytać Mickiewicza, Kochanowskiego, Sienkiewicza, zanurzeni w trawie. Kiedy uczył ją tańczyć mazura, przypatrywał się lekkości jej ruchów, warkoczom wirującym razem z nią i sukience otulającej jej ciało niczym aksamit. Zimą, zamykali się w nagrzanym piecem domu i malowali nosami rysunki na oszronionych szybach. Ubierali ciepłe, puchowe kurtki i śmiejąc się jak dzieci, ślizgali po zamarzniętym jeziorze. A kiedy patrzył na jej uśmiech, zaróżowione od mrozu policzki i kosmyki blond włosów wystające spod puchowej czapki, zastanawiał się co by się z nim stało gdyby jej zabrakło. Była najpiękniejszą ze wszystkich. Ona kochała jego, a on kochał ją. Czasem dochodziły do Polski pogłoski, że Kraków jest o nich zazdrosna. Ale cóż mógł poradzić na to, że ona była dla niego całym światem. Nigdy jeszcze nie czuł się do nikogo tak przywiązany. Nie wyobrażał sobie bez niej świata. Była niczym promyczek słońca na pochmurnych, splamionych krwią kartach historii. Chciał ją chronić przed całym złem tego świata, a jeśli to było konieczne, walczyć z nią ramię w ramię.
Dopiero tamtego roku ujrzał w niej odważną, trwałą w swoich przekonaniach i waleczną kobietę. Chociaż nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie musiał zostawić ukochaną Warszawę, samą walczącą o swoje prawa. Zobaczyć ją w najgorszej odsłonie, skąpanej we krwi.
- Nie chcę ich tu, rozumiesz?! - po pomieszczeniu rozniósł się huk tłuczonego szkła. Warszawa rwała sobie włosy z głowy i krzyczała z rozpaczą w głosie. Kopała co popadnie, rozrywając materiał znoszonej sukienki, niczym rozwścieczone dziecko. W oczach miała złość, ból, strach i nienawiść. Tonęła w tych uczuciach coraz głębiej. Dusiła się, kiedy dostawały się do jej płuc i rozrywały ją od środka. Darły ją na strzępki niczym papier. Niczym nic nie warty kawałek wczorajszej gazety.
- Niech te nazistowskie świnie zabiorą swoje manatki i się stąd wynoszą!!! - wrzasnęła i rzuciła porcelanowym talerzem. Kawałki posypały się po podłodze, wydając huk, mieszający się z jej spazmatycznym szlochem. Upadła na kolana, a ostre odłamki wbiły się w jej skórę, raniąc ją do krwi. Wrzasnęła z bólu i zaczęła walić pięściami w podłogę.
- NIENAWIDZĘ ICH!!! NIECH ICH PIEKŁO POCHŁONIE!!! ZABIJĘ!!! POMORDUJĘ JAK PSY!!! - szloch przybrał barwę demonicznych wrzasków. Trzęsła się jak przy ataku padaczki i płakała. Łzy zatykały jej gardło, gdy starała się je połknąć, przez co głos drżał i przypominał agoniczne jęki. Krew sączyła się z jej kolan i rąk, ale nie dawała za wygraną. Raz po raz łapała się za głowę i jęczała. Zanosiła się od płaczu, chwytała powietrze potężnymi haustami i wypuszczała przy tym wiązkę kolejnych przekleństw. Nagle poczuła jak coś oplata jej talię. Wyobraziła sobie długie macki Niemiec, blond włosy i trupią czaszkę na czole. Jego oddech przypominał odór śmierci, wydzielany przez gnijące, martwe ciała. Wrzasnęła i zaczęła go od siebie odpychać. Nienawidziła go. Nienawidziła z całego serca. Macki oplatały się coraz ciaśniej, nie pozwalając jej oddychać. Wydała cichy jęk, nadal próbując się uwolnić. Nagle do jej uszu dopadł cichy, miękki głos.
- Spokojnie Warszawo... Ja tu jestem. Nie dam cię skrzywdzić...
Macki zamieniły się w ciepłe ręce. Odór zgnilizny zamaskował oddech, pachnący jak pszeniczne pole. Polska przytulał ją mocno i wtulał twarz w jej włosy. Szeptał kojące słowa, tuląc ją siebie i kiwając na boki, jakby była małym dzieckiem. Oddała uścisk. Nie czuła pieczenia na kolanach, ani dłoniach. Oddech się wyrównał, a płacz złagodniał.
- Już dobrze braciszku... - wyjąkała. - Kiedyś ich stąd przepędzimy... Hen... hen...
Polska nie przypuszczał, że spełni swoją obietnicę tak szybko. 1 sierpnia, niedługo po 17.00 dotarły do niego wieści. Zrobiła to. Wywołała powstanie. Rzuciła się w objęcia śmierci, nie bacząc na konsekwencje. Polska czuł, że to nieuniknione. Natłok uczuć, nacisk ze wszystkich stron, ją przytłoczył i w końcu wybuchła. Niczym granat.
Znów, tak jak tamtego pięknego dnia, gdy się poznali, trzymał ją w ramionach. Tym razem nie uśmiechniętą i rumianą. Wychudzoną, zmarnowaną, bladą. Tulił jej zmasakrowane ciało do piersi. Kazał jej nie zamykać oczu. Tłumaczył, że jest silna, tak jak każdy Polak. Z jej usteczek zamiast śmiechu, wypływały prośby o wodę. Choćby kropelkę. Oczy świeciły pustką. Jedynie w kącikach żarzyły się iskierki nienawiści. Nienawiści do czerwonej flagi i mundurów ze swastyką naszytą na ramię. Jej dłonie drżały, gdy chwytała jego. Skóra przybrała kolor i fakturę kartki. Bał się, że jeżeli zrobi jakikolwiek ruch, jej ciało rozsypie się w jego dłoniach niczym zgniecione twardą ręką, ususzone płatki róż. Bał się wtedy dokładnie tego samego. Była taka krucha i bezbronna. Tak jak tamtego pięknego dnia, kiedy się poznali. Jego mała siostrzyczka. Najpiękniejsza na świecie. W oddali, a może całkiem blisko, spadały granaty. Jęk tysięcy dusz, walczących o życie jego kochanej Warszawy, unosił się do nieba. Złapał jej dłoń i ucałował ją czule.
- Tu nie jest bezpiecznie - wyjąkał, hamując łzy. - Zabiorę cię gdzie indziej, dobrze?
Skinęła głową. Wyprana z kolorów, zarzuciła ramię na jego szyję i pomógł jej wstać. Wychudzone nogi, sama skóra i kości, liczne blizny, stare i te nadal krwawiące. Ruszyli powoli w stronę wyrwy w ścianie. Ich twarze owionęła chmura pyłu i spalin. Wdzierała się do płuc. Zatykała drogi oddechowe. Oboje zakryli usta i nos kołnierzami od mundurów. Pędzili przez zmasakrowane ulice, byle szybciej, byle dalej. Grzmot granatów, huk strzałów, krzyki, piski. Warszawa zamknęła oczy i dała się ponieść nogom. Nie chciała tego słyszeć. Nie chciała, nie chciała! Jedyne czego pragnęła to zobaczyć go w agonii. Jak wije się pod jej stopami z bólu i błaga o łaskę. Chciała się go pozbyć. Wyrzucić za granicę kochanego Polski. Pomóc mu pokonać tę świnię! Jedyne co poczuła to ból. Przeszywający ból w kolanie. Klęczała na ostrej ziemi i drapała w niej przekrwionymi paznokciami. Dyszała ciężko. Nie mogła biec dalej, płuca paliły ją od walki o każdy wdech, pełen kurzu i dymu. Kolana krwawiły, a żwir dostał się pod skórę. Poczuła ciepłą dłoń na plecach. Polska stał i wpatrywał się w nią z przerażeniem w oczach. Uniosła wzrok i wykrzywiła usta w uśmiechu. Kiedy rozciągnęła wargi, spierzchnięta skóra popękała i zaczęła krwawić. Oblizała je i poczuła metaliczny posmak. Polska pomógł jej wstać. Stawy w kolanach zagruchotały, a przez stopę przeszedł ostry prąd. Skurcz. Zawyła z bólu i postawiła ją równo na ziemi, czując jak okropne uczucie rozchodzi się i powoli znika. Jednak mało ją to obchodziło. W oddali rozniósł się huk bomby. Krzyki i jęki zniknęły wśród natłoku strzałów i gruchotu padających ścian. Piękne kamienice leżały wśród gruzów, kłaniały się okupantowi. Warszawa jęknęła, kiedy z jej oczu popłynęły słone łzy. Nie mogła płakać. Była silna. Stolica musiała być nieugięta! Stanęła o własnych nogach, odpychając pomocną dłoń Polski. Wyprostowała plecy i dumnie spojrzała przed siebie. Zignorowała ledwo trzymające się ze sobą kości, przeszywający ból w klatce piersiowej i brzuch, błagający o choćby kromkę chleba. Nie miała zamiaru dawać mu tej satysfakcji. Nigdy w życiu nie zobaczy jej na kolanach, błagającą o litość. Jednak widok rozciągający się przed jej oczami był gorszy niż najstraszniejsze koszmary, przez co jej oczy na nowo zaczęły piec i łzawić. Wisła skąpana w ogniu. Płomienie wznoszące się wysoko do nieba, mosty powoli znikające pod wodą. Wrzask tysięcy dusz. Strzały, rozkazy, zmasakrowane ciała. Jej kochane dzieci. Leżały w kałużach krwi, ale nie wydawały się smutne. Wręcz przeciwnie, śmiały się perliście i grały Niemcom na nosie. Tak samo jak ona teraz.
Wtedy go poczuła. Szedł w jej stronę. Głęboko, na dnie uschniętego serca coś zachichotało. Zapach dymu zmieszał się z coraz silniejszym odorem śmierci. Smrodem gnijących ciał. Był coraz bliżej. Serce wyszczerzyło zęby w uśmiechu, a chichot przerodził się w szczery śmiech. Niemcy zbliżał się jak ogromny wilczur, gotowy w każdej chwili zaatakować. Serce natomiast nadal się śmiało. Wilczur, z trupią czaszką na czole, wyszczerzył zęby. Wywęszył ją i już tu zmierzał. Serce złapało strach za ręce i zaczęło tańczyć do pieśni ginących warszawiaków. Wilczur był tuż tuż. Wołał ją. Skowyczał do księżyca, pewien zwycięstwa.
- Ja, ja. Zaiste przepiękny widok.
Ale Warszawa się go nie bała. Zwróciła się w stronę rosłego, muskularnego mężczyzny. Ubrany w wojskowy mundur ze swastyką na ramieniu i ulizanymi blond włosami. Wyglądał obrzydliwie. Uśmiechał się nieznacznie i patrzył z pogardą na dwójkę wyczerpanych, drobnych Polaków. Warszawa zacisnęła ręce w pięści, a rany zapiekły ją ponownie. Serce śmiało się niczym dziecko i skakało dookoła, wołając innych do zabawy. Wyciągnęła jedną rękę w górę, gotowa w każdej chwili zaatakować. Głos Niemca przypominał syk tysięcy, przepełnionych nienawiścią węży. Odór zgnilizny i prochu buchał od niego niczym żar.
- Ah, Warschau... Naprawdę nie mam ochoty brudzić sobie tobą rąk...
Twarz Warszawy rozjaśnił uśmiech. Wargi nadal krwawiły, spalone brwi szpeciły twarz, a brud tworzył smoliste obwódki pod oczami. Tak, jej ciało miało ogromną ochotę dołączyć do zabawy uradowanego serca. Chciała zmieszać go z błotem, rozszarpać na kawałki, taplać się w jego wnętrznościach. Każda cząsteczka jej umysłu wyobrażała sobie moment, w którym świński blondyn ucieka z podkulonym ogonem za granicę, do swojej nory. Nienawidziła go tak bardzo, że jej mózg domagał się mordu. Zamieniła się w bezwzględnego mordercę. Ten jeden, jedyny raz musiała porzucić wszelkie zasady moralne, tak samo jak on. Zniżyć się do jego poziomu, żeby mieć jakiekolwiek szanse.
- Chyba jednak będziesz musiał - syknęła. Niemiec zaśmiał się, a złowieszczy rechot rozniósł się i powrócił echem, odbity od ruin kamienic, rozrywając jej bębenki. Ból. Czymże był ten ból, w porównaniu z rządzą zemsty. Cały świat Warszawy zatrząsł się w posadach i runął jak mury jej dziedzictwa. Czegoś, co budowała przez tyle lat, wraz z Polską. Nawet przez myśl jej nie przyszło by to porzucić. Miała stanąć w obronie swych praw i wolności, nawet za cenę własnego życia. Mogli zrównać ją z ziemią, splamić krwią rodaków, traktować jak pierwszego lepszego psa, ale nie po to jej ukochany brat odradzał się przez 123 lata, nie po to wygrzebał się spod gruzów rozgrabionego państwa, żeby dała za wygraną. Póki trwała narodowość Polaków, trwała i ona. Warszawa, stolica Polski, kraju prowadzonego do walki przez Boga, honor i ojczyznę.
- Polacy... taki zabawny naród - Niemcy potarł palcem odznakę na mundurze. - Pyszni, pewni swego, samolubni, a tymczasem, tylko oni nie zauważają tego, że nie mają najmniejszych szans - każde jego słowo poprzedzały jęki konających ludzi. Lekki, podły uśmiech nikł pod mroczną aurą mordu. Warszawa zaśmiała się resztkami sił. Serce tarzało się po ziemi, rechocząc. Płomienie były coraz bliżej, oczy zaczęły piec, a wilczur stał niewzruszony i oblizywał się, myśląc o smacznym posiłku.
- W takim razie powiedz mi dlaczego nadal tu stoję?! - rozpostarła ramiona niczym skrzydła i okręciła się wokół własnej osi. Kości krzyczały z bólu, a mięśnie odmawiały posłuszeństwa, ale Warszawa śmiała się perliście niczym rozbawione dziecko. Miała ogromną ochotę tańczyć i śpiewać. Zrobić coś co go doprowadzi do szaleństwa. Uderzyła stopami o ziemię, z której wzbiły się tumany kurzu, jak podczas tańca. Tłuste, spalone włosy wirowały na wszystkie strony, kiedy podskakiwała. Tupała stopami w rytm mazura i wyrzuciła ręce w górę, przecinając powietrze. Z jej gardła wypłynęła ochrypła melodia.
"Jeszcze jeden mazur dzisiaj,
Choć poranek świta.
Czy pozwoli panna Krysia?
Młody ułan pyta."
Piosenka roznosiła się i zataczała kręgi wokół blondyna. Niemcy stał niewzruszony, dopóki pieśń nie zaczęła zacieśniać się wokół jego nóg. Płynęła rwącą rzeką, zalewając go do kolan. Pył tańczył tak jak mu zagrała, wrzynając się do jego płuc. Piosenka dudniła w uszach. Polska stał zasłuchany i obserwował lekkie ruchy Warszawy. Przypominały taniec śmierci.
"I tak długo błaga, prosi,
Boć to w polskiej ziemi,
W pierwszą parę ją unosi
A sto par za niemi."
Melodia oplotła okupanta i zacisnęła z całej siły, hamując dopływ krwi do nóg.
- Zamknij mordę! - Niemiec odpędzał się od niej jak od muchy. - Wiedźma!
Ale Warszawa ani myślała przestać. Wyprostowała plecy i spojrzała wilczurowi prosto w żółte ślepia. Ochrypły głos niósł się echem, zatrzymywany przez niemieckie przekleństwa. Były niczym muzyka dla uszu. Chciała go rozwścieczyć, widzieć złość na jego twarzy, jakiej jeszcze nikt nie widział. Doprowadzić go do takiej furii, której miała potem żałować. Przymknęła oczy, żeby zaśpiewać kolejną zwrotkę, kiedy jej policzek przeszedł gorący prąd. Przez chwilę jej zmysły trwały w mroku. Była głucha, ślepa i niema. Dopiero po chwili do jej uszu dopadł czyjś głos. Ktoś krzyczał w panice. Uniosła wzrok, a oczy powoli wyostrzały obraz. Nad jej głową stał Niemcy. Jego ręka wisiała w powietrzu zaraz po ciosie w policzek. Wpatrywał się w nią z władczym uśmiechem na ustach.
- Nie dotykaj jej! Nie dotykaj, rozumiesz?! Jeżeli tkniesz ją choćby palcem sukinsynu, to pożałujesz!!! - Polska wił się na kolanach, trzymany w miejscu przez niewidzialną siłę.
Niemcy nachylił się nad jej uchem i syknął.
- Jeszcze raz zanucisz te swoje piosenki... to zgniotę ci gardło i już nigdy nie zaśpiewasz.
Jego zimna jak lód ręka dotknęła jej policzka. Przez całe ciało przeszedł lodowaty prąd. Niemcy gładził jej szorstką skórę i jeszcze raz nachylił się i zionął w nią odorem morderczego szeptu.
- Rozumiemy się?
Zacisnęła oczy, żeby na niego nie patrzeć. Stała w miejscu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Polska nadal darł się wniebogłosy.
- Nie dotykaj jej!!!
Coś ściskało jego ręce i nie pozwalało ruszyć z pomocą Warszawie. Wbijało paznokcie w skórę i powodowało paniczny ból. Krzyczał, wyrywał się, ale nic to nie dało. Otuliła go woń gnijących ciał. Jeszcze mocniejsza niż zwykle. Wilczur drapał skórę i syczał szydercze słowa do ucha.
- Nie przeszkadzaj nam, dobrze? - żarzący oddech otulał go i palił skórę. - Tobą zajmę się później.
Polska zacisnął zęby i wpatrywał się w scenę tuż przed jego oczami. Warszawa, drobniutka i bezbronna wobec rosłego, muskularnego Niemca, pochylającego się nad nią. Gotowego w każdej chwili dźgnąć ją nożem w brzuch. Jak mogła do tego doprowadzić?! Jak mogła doprowadzić się do takiego stanu?! Nie potrafił pojąć jak mogła być tak nieodpowiedzialna. Wznieciła powstanie mimo, że była już wystarczająco wyczerpana. Przecież tyle razy jej tłumaczył, żeby nie robiła głupstw.
- Warszawo, nie walcz z nim! Chodź tutaj! A ty jej nie dotykaj! Nawet palcem! Warszawo, bądź poważna, razem będzie nam łatwiej! - w jego oczach wezbrały łzy. Nie mógł jej stracić. Nie teraz. To działo się zbyt szybko. Zaczął bredzić. Jak mógł odwodzić ją od walki z Niemcami, kiedy on także pragnął zmieszać go z piachem. Pragnął tego tak samo mocno jak ona. Warszawa odwróciła twarz w jego stronę. Czerwony ślad ręki Niemiec odbijał się na bladej jak kartka skórze. Tłuste, potargane włosy przylepiały się od potu do skóry. Uśmiechnęła się z trudem. Usta rozrywały uschnięte policzki.
- Nie martw się braciszku. Nic mi się nie stanie, w końcu jestem dzielna, prawda? Sam tak mówiłeś...
Polska przestał się wyrywać. Przed oczami stanął mu dzień, w którym powiedziała dokładnie te same słowa. Jechali tramwajem, a Warszawa złapała go za rękę i zaczęła przepychać się w stronę przedziału "Nur für Deutsche". Stanęła jakiemuś Niemcowi prawie nad uchem i zaczęła nucić piosenkę.
"Siekiera, motyka, styczeń, luty,
Niemiec z Włochem gubią buty.
Siekiera, motyka, linka, drut,
I pan malarz jest kaputt."
Była taka nieodpowiedzialna. Kierowała się jedynie młodzieńczymi pobudkami. Ale jego obowiązkiem było stanąć w jej obronie. Wyrzucić okupantów za granicę, pozbyć się ich raz na zawsze. Ze świata wspomnień wyrzucił go mrożący krew w żyłach widok. Niemcy znów uderzył Warszawę w twarz, tak by odwróciła się w jego stronę.
- Teraz rozmawiasz ze mną! - warknął. Polska wrzasnął i na nowo zaczął wyrywać się ze szponów rozwścieczonego zwierzęcia.
- Jeszcze raz ją dotkniesz, to cię zabiję!!! Rozumiesz?! ŁAPY PRECZ PSIE!!!
Niemcy zignorował jego słowa, a szpony wilczura zacisnęły się na krtani i nie pozwalały krzyczeć.
W oczach Warszawy wezbrały łzy. Uniosła wzrok, a nad jej twarzą wyłonił się szyderczy uśmiech równych, białych zębów.
- Te wasze piosenki są takie irytujące... westchnął Niemcy, okręcając jej włosy wokół palców. Warszawa zacisnęła usta w cienką linię i wbiła paznokcie w skórę. Jego uśmiech wzbudzał w niej furię, jakiej jeszcze nikomu się nie udało.
- Ale już niedługo będziecie skomleć tylko te pieśni, które ja wam każę - złapał kosmyk jej włosów i pociągnął za nie z całej siły. Głowa Warszawy uchyliła się przed okupantem wraz z siłą nacisku, a nogi ugięły w kolanach z wyczerpania. Przeszywający ból wyrywanych pojedynczych włosów zmusił ją do pisku. Polska krzyknął niezrozumiałe słowa, ale go nie słuchała. Niemcy zrobił coś niewybaczalnego. Musiała mu pokazać, gdzie jego miejsce. Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się pod nosem. W jednej chwili wyrwała się z uścisku i wymierzyła blondynowi cios prosto w twarz. Niemcy złapał się za nos i odchylił głowę, robiąc parę kroków w tył, zszokowany kontratakiem. Z przerw między palcami popłynęło kilka kropel krwi, które skapnęły na kołnierz. Wilczur zaskowyczał i polizał obitą łapę. Warszawa potarła kościstą dłoń. Pulsujący ból po ciosie udzielił się także i jej. Serce zabiło mocniej pod wpływem adrenaliny. Wykrzywiła usta w uśmiechu. Przypatrywała się jak Niemcy wyciąga z kieszeni chusteczkę i wyciera nią nos z ciężkim westchnieniem. Wyglądał żałośnie.
- Nie przypuszczałem, że negocjacje będą przebiegać w tak niekorzystny sposób.
- Niekorzystny dla kogo?! - śmiech Warszawy rozniósł się po placu. - Chyba dla ciebie! Ja bawię się wybornie!
Pulsujący ból nie dawał jej spokoju, ale trzymała plecy prosto i przeszywała Niemca wesołym spojrzeniem. Jednak głęboko, w kącikach oczu, żarzyły się węgielki strachu. Były niczym rak. Rozprzestrzeniały się w niekontrolowany sposób i pożerały ją od środka. Serce natomiast broniło się przed nimi, jak ona przed Niemcami. Jej ciało prowadziło własną wojnę, której nie potrafiła powstrzymać. Musiała zmagać się z podwójnym wrogiem. Ale tym razem strach nie mógł zwyciężyć. To ona miała trzymać gałązkę oliwną i machać nią w powietrzu z okrzykiem "Victoria" na ustach. Niemcy poprawił kołnierz, a jego twarz przybrała zimny odcień bieli. Zwiastujący kłopoty.
- Ubrudziłaś mi mundur, Untermensch - ze stoickim spokojem podniósł na nią wzrok. W oczach czaiła się, trzymana na wodzy, furia. Z nosa spływała zaschnięta strużka krwi. Na kołnierzu jego munduru widniało parę kropel obrzydliwie czerwonej substancji. Niemcy powoli postawił pierwszy krok w jej stronę. Uśmiech Warszawy powoli znikł pod aurą strachu. Zacisnęła pięść, gotowa zaatakować. W jednej chwili wilczur rzucił się na nią. Wbił pazury w jej ramiona i zakneblował usta zimną dłonią. Warszawa zaskomlała i stała ze wzrokiem wbitym w Niemcy, trzymającego ją w uścisku i nachylającego się nad jej twarzą.
- Nawet sobie nie wyobrażasz ile sprawiasz problemów - warknął. Jego twarz wykrzywiła się w chłodnym grymasie. Zaciskał dłoń na jej ustach, zgniatając policzki i nie pozwalając oddychać. Warszawa wpatrywała się z nienawiścią w jego przenikliwie chłodne, niebieskie oczy. Mieszały się z żółtymi ślepiami wilczura i przeszywały ją na wylot. Nachylał się nad nią i złapał kołnierz jej munduru, unosząc ją brutalnie w górę. Stopy oderwały się od podłoża. Wydała cichy jęk. Mundur wrzynał się w jej kark, kiedy próbowała dosięgnąć palcami ziemi.
- Nie masz pojęcia co przez ciebie przechodzę! - wrzasnął. - Nic nie rozumiesz! Stawiasz się po raz kolejny!? Nie nudzi ci się to?! Przecież wszyscy wiedzą, że już nie żyjesz!!! Jesteś MARTWA!!! NIE ROZUMIESZ TEGO?!!
Trząsł nią jak szmacianą lalką i coraz mocniej zaciskał dłoń na policzkach. Warszawa wpatrywała się w niego z przerażeniem. Zielone oczy odbijały się na tle brudnej, wyczerpanej twarzy. Raz po raz jęczała cicho, próbując wydostać usta z uścisku. Niemcy darł się na nią, klnąc i wyzywając ją od kundli.
- Zrównam cię z ziemią! OBOJE BĘDZIECIE MI SIĘ KŁANIAĆ!!!
Wrzaski Niemca rozchodziły się po placu, za budynki, aż za samą Wisłę. Jego twarz lśniła od potu, a oczy zionęły pustką. Wypełniała je jedynie nienawiść. Uniósł wyczerpaną Warszawę jeszcze wyżej i trząsł nią na wszystkie strony. Ręka na jej ustach zsunęła się na brodę.
- DOSYĆ TEGO!!! NA LITOŚĆ BOSKĄ, PRZESTAŃ!!! - wrzasnął Polska. Warszawa skorzystała z okazji i ugryzła Niemcy w dłoń. Blondyn zawył i odepchnął dziewczynę na ziemię. Warszawa wrzasnęła z bólu, kiedy z impetem uderzyła lewym ramieniem w kupę gruzu. Tumany kurzu wzbiły się w powietrze. Przez całe ciało przepłyną przeszywający ból. Zatrzymał się na skroni i tam już pozostał. Skuliła się na brudnej ziemi. Leżała i trzęsła się, cierpiąc katusze od rany na głowie. Uniosła dłoń i dotknęła pulsującego miejsca. Było całe mokre. Zacisnęła oczy, nie patrząc na dłoń, całą skąpaną we krwi. Nogi drżały i odmawiały posłuszeństwa, kiedy próbowała nimi poruszyć. Uniosła wzrok. Niemcy stał nad nią pocierał dłoń po ugryzieniu. Warszawa leżała dokładnie pod jego stopami, a Polska powoli tracił przytomność, duszony przez wilczura. Niemcy poprawił rękawy munduru i pochylił się nieznacznie nad ledwo trzymającą się przy życiu stolicą. Jego zimne spojrzenie się uspokoiło. Zwiastując największą burzę w historii. Wpatrywała się w niego zmordowanymi, zapłakanymi oczami, ale nie odezwała się ani słowem. Uśmiechnął się pod nosem. Lewa ręka Warszawy opadała bezwładnie zaraz koło jego nogi. Uniósł stopę i powoli postawił ją na jej palcach. Ciężki, wojskowy but przycisnął jej palce do ogromnego kawałka gruzu. Rozległ się trzask gruchotanych kości. Warszawa wrzasnęła. Wiła się i skomlała pod stopami okupanta. Cały ból przeniósł się ze skroni, do palców, łamanych jeden po drugim. Palące uczucie rozchodziło się po całym ciele. Każda cząsteczka piszczała i darła się wniebogłosy. Złapała ramię, desperacko próbując uwolnić rękę spod buta. Płakała jak dziecko, piszczała i łykała powietrze potężnymi haustami. Niemcy nachylił się nad nią.
- Pragniesz coś wyszczekać?
Przycisnął but do jej palców mocniej i miażdżył je, wykręcając go na wszystkie strony. Warszawa skuliła się i wybuchła jeszcze większym szlochem. Serce biło ostatkiem sił i broniło się przed otuloną czarną aurą kostuchą, zbliżającą się wielkimi krokami. Po placu rozniósł się wrzask rozpaczy.
- Jak śmiesz faszystowski śmieciu!!! Może weź się za kogoś swojej postury?! Tak nisko upadłeś, że atakujesz kobietę?! - Polska mierzył Niemcy wzrokiem. Wyrywał się wilczurowi, który trzymał go przy ziemi, a jego wrzask roznosił się po placu i wywiercał okupantowi dziurę w uchu. Niemcy zwrócił się w jego stronę. Kopnął Warszawę w brzuch, która jęknęła cicho i ruszył powolnym krokiem w stronę Polski. Skrzyżował ręce za plecami i uśmiechnął się chłodno. Gruz pod jego stopami gruchotał z każdym krokiem.
- Wchodzisz na grząski grunt, Polen... Ani ty, ani ona nie jesteście dla mnie godnymi przeciwnikami - wyprostował plecy i spojrzał na nich z góry. Zaśmiał się gromko, unosząc wyczerpaną twarz Polski, za podbródek, zmuszając go do podniesienia wzroku. W oczach obu państw nie było nic oprócz nienawiści i bólu.
- Poza tym, dobrze wiesz, że bycie państwem nie ma z tym nic wspólnego. Mógłbyś być drobną, bezbronną dziewczynką, a i tak zmieszałbym cię z błotem - nim zdążył dokończyć, Polska splunął mu w twarz. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy Niemcy zrobił się cały czerwony.
- JAK ŚMIESZ, UNTERMENSCH?! - uniósł dłoń, by uderzyć go w twarz, ale w ostatniej chwili jego ręka zawisła w powietrzu. Do ich uszu dopłynęły ciche słowa. Spokojne i miękkie. Zamarli. Polska uniósł wzrok. Niemcy opuścił dłoń. Cały plac wypełnił się ledwo dosłyszalnym, dźwięcznym szeptem. Gęstą mgłą niezrozumiałych słów. Pojawiły się znikąd i unosiły się wokół nich, niczym nasiona dmuchawca. Polska zawsze porównywał je do małych spadochroniarzy. Uwielbiali z Warszawą zrywać, a potem dmuchać w nie, obserwując jak unoszą się do nieba. Poczuł przyjemne ciepło. Przymknął oczy i uniósł głowę, pozwalając by dmuchawce muskały jego twarz. Przypominały dom. Ten sam co tutaj, ale nie skąpany we krwi. Dom pełen zapachów, miłości i spokoju. Świętego spokoju, którego tak dawno nie zaznał. Już zdążył zapomnieć jakie to uczucie. Jak to jest czuć wolność. Wziąć ukochaną Warszawę pod ramię i ruszyć przed siebie. Bez strachu o ojczyznę. Bez demonów wojny krążącymi nad nimi niczym kruki, zwiastujące śmierć. Bycie państwem było najgorszym przekleństwem. W jego życiu nie istniało coś takiego jak spokój. Do oczu napłynęły łzy. Skoro płeć nie miała znaczenia, mógł płakać do woli. Cichy szept koił jego zmysły. Tulił go do piersi niczym dziecko i leczył rany.
- Was? - Niemcy podniósł się z ziemi i okręcił dookoła. Słowa, wypełniające plac, nie dotykały go jak piosenka. Nie dotykały go w ogóle. Otulały Polskę, którego twarz nabrała rumieńców. Nie czyniły żadnych szkód. Niemcy zbladł. Musiał odnaleźć ich źródło. Odwrócił się w stronę Warszawy. Stolica leżała na ziemi, cała w piachu. Rana na głowie przestała krwawić. Zaschnięty płyn odbijał się szkarłatem na kamieniu obok niej. Skulona, zaciskała coś w prawej ręce i niezauważalnie poruszała ustami. Przypominała martwe szczątki. Wrak człowieka. Niemcy zrobił parę kroków w jej stronę. Kiedy podszedł wystarczająco blisko, poczuł buchające od niej przyjemne ciepło. Szeptane, kojące słowa, które wracały Polsce sił, wypływały z jej ust. Podniosła wzrok i wlepiła w niego zielone, pełne kolorów, oczy.
- Was...? - wymamrotał. - Co tam szepczesz, Untermensch?!
Warszawa uśmiechnęła się nieznacznie, nadal mamrocząc słowa pod nosem. Jej skóra nabierała kolorów, a rany zasklepiały się, zostawiając jedynie blizny. Niemcy zacisnął pięści.
- Odpowiedz jak do ciebie mówię!!!
Warszawa odwróciła wzrok, ignorując jego wrzask. Niemcy stanął nad nią i wsłuchał się w szept.
- Aniele Boże, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój...
Niemcy zbladł. Warszawa modliła się po cichu, a słowa leczyły jej rany i dodawały sił. Płynęły w stronę Polski, napawając go nadzieją. A nadzieja była jego największym wrogiem.
- ZAMKNIJ MORDĘ!!!
- Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy...
Niemcy złapał jej nadgarstki i przycisnął ją do ziemi. Warszawa jęknęła. Jej oczy nabrały kolorów i mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni. Skóra nosiła liczne blizny, a po ranie na skroni została jedynie szkarłatna plama, odbijająca się na brudnych, tłustych, blond włosach. Warszawa uśmiechnęła się pod nosem.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje...
-ZAMILCZ!!! - Niemcy potrząsnął nią parę razy i przygwoździł ją do szczątków dawnej kamienicy. Warszawa, oparta o ścianę, przyciśnięta przez muskularnego Niemca, straciła dawny blask. Była jedynie małą, bezbronną dziewczynką. Nie zostało w niej nic z dawnej, dumnej, potężnej stolicy. Tonęła w jeziorze martwych dusz, ale nie miała zamiaru przegrywać. Pragnęła wygrać. Za wszelką cenę. Recytowała słowa modlitwy z jeszcze większą determinacją. Wilczur zmierzył ją od stóp do głów, a jego żółte ślepia zatrzymały się na jej dłoni.
- I odpuść nam nasze winy... jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...
Jej palce przesuwały się powoli po koralikach różańca. Źrenice Niemiec zwężyły się. Jego twarz przybrała trupio blady kolor.
- I nie wódź nas na pokuszenie... ale nas zbaw ode złego...
- Powiedziałem zamknij się!!! - wymierzył jej cios prosto w twarz. Warszawa wrzasnęła, a z jej nosa trysnęła krew. Głowa opadła z wyczerpania, ale ona uparcie ściskała różaniec i podniosła wzrok.
- Nigdy w życiu... - jęknęła. Zacisnęła pięść i oddała cios. Niemcy zdążył złapać jej nadgarstek i wlepił w nią mordercze spojrzenie.
- Mam ci połamać wszystkie kości? - wycharczał. - Mit Vergnügen!
Przytrzymał jej ramiona i brutalnie uderzył nią o ścianę. Warszawa zaśmiała się, wykrzywiając krwawiące usta w uśmiechu. Palący ból w czaszce nie dawał jej spokoju i hamował oddech, ale nie potrafiła wyobrazić sobie przyjemniejszego uczucia. Tego właśnie potrzebowała. Mocnego wstrząsu. Czegoś co obudzi w niej najgorsze instynkty, żeby mogła wreszcie porządnie mu przywalić.
- Przyjemnie, co? - wyszeptała. Niemcy ściskał jej ramiona, ale jego ruchy zwolniły. Warszawa przez chwilę poczuła niezmierną ulgę. Ból w czaszce zelżał i mogła porządnie odetchnąć.
- Was? - Niemcy spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Warszawa jedynie uśmiechnęła się promiennie.
- Co mówisz, Untermensch?!
Stolica nachyliła się do jego ucha i zionęła w niego szeptem pełnym zapachu świeżej krwi.
- Nienawidzę cię.

 

 
Raz zapytałam się mojego taty co sądzi o tych wszystkich rzeczach, o których teraz tak dużo się mówi: Rosji, islamistach i wgl.
A mój tata odpowiedział:
- Chcesz wiedzieć co myślę? W takim razie wyobraźmy sobie Ziemię z kosmosu. Na pozór wydaje się o ogromna, prawda? Ale? Teraz oddalmy się od niej o miliardy kilometrów. Mała prawda? A teraz oddalmy się o kolejne miliard kilometrów. Teraz to już jej prawie w ogóle nie widać. Więc wyobraźmy sobie, że na tej malutkiej planecie żyją tycie istotki. Ta planeta jest ich jedynym domem. A teraz wyobraźmy sobie, że te tycie istotki na tej malutkiej planecie chcą się nawzajem pozabijać. To jest właśnie to co o tym wszystkim myślę.
Odnoszę wrażenie, że mój tata właśnie wyjaśnił mi świat.

 

 
- Ciiii... nie podchodź do niej.
- Jest zła?
- Oczywiście, że jest zła! Zobacz jak jej skrzydła drżą - Rufus parsknął śmiechem.
- I aureolka pulsuje - drugi śmiech.
- CO TAM SZEPCZECIE!?
Jasnowłosa anielica zwróciła się w stronę rozbawionej pary diabłów. Rufus i Azus stali z rękoma w kieszeniach i chichotali, wymieniając znaczące spojrzenia. Dwa diabły ubrane w spodnie z szelkami do kolan i lniane koszule, w towarzystwie dostojnej anielicy z krótkimi blond włosami, nie były już niecodziennym widokiem. Lures potarła skronie z ciężkim westchnieniem.
- Problemy w robocie? - Azus zajął miejsce przy stole.
- A co mi zostało poza robotą? - Lures skinęła głową i upiła łyk piwa. Rufus przycupnął na krześle obok. Cała trójka wlepiła wzrok w drewniany, lakierowany stół i nie odezwała się ani słowem. Kelner ze znudzoną miną odebrał zamówienie i zniknął w tłumie innych stolików. Po chwili przed nimi pojawiły się dwie lampki wina i kolejny kufel piwa. Lures postukała długimi paznokciami w blat. Rufus i Azus wymienili spojrzenia.
- Anioły to takie dziwne stworzenia.
- Cnoty.
- Co?
- Jestem Cnotą. Nie porównuj mnie do tych ulizanych marionetek Boga.
Rufus odchrząknął i wziął łyk wina.
- A więc, Cnoty to takie dziwne stworzenia. Przez całe wieki sądziłem, że wielbicie swojego Pana pod niebiosa, a tu proszę, Cnota siedzi, narzeka na robotę i szuka pocieszenia w alkoholu.
- Mówisz to tak jakbyś mnie nie znał.
- Z każdym dniem coraz bardziej mnie zaskakujesz moja droga - Rufus uniósł kieliszek i uśmiechnął się znacząco. Lures uśmiechnęła się pod nosem, a jej skrzydła zatrzepotały. Azus przechylił głowę.
- No proszę - wskazał na Rufusa ręką. - Przyszliśmy tu posłuchać jak narzekasz na życie. Nie krępuj się.
Lures nie trzeba było dwa razy prosić.
- A co ja mam wam niby opowiadać? - jęknęła teatralnie. - Archanioły znowu zwalają na nas tony papierkowej roboty. Szef staje na głowie, żeby ogarnąć sajgon w firmie, a wszystko przez tych pieprzonych ludzi. Jeszcze chwila, a rzucę to wszystko w cholerę.
- Znowu schodzimy na ludzi - Rufus mruknął pod nosem.
- A Lucyfer się raduje.
- Na świecie nie ma już dobroci kochana - okręcił ogon wokół palca.
- Kiedyś - Lures westchnęła rozmarzona. - Kiedyś: średniowiecze, renesans. Ludzie byli tacy...
- Wierzący.
- Nie o tym mówię! - warknęła. - Honor, męstwo, piękno. Walczyli, kochali i szanowali się nawzajem.
- Nigdy tak nie było.
- Za młody jesteś, żeby pamiętać.
Azus stuknął w kieliszek ze znudzonym wyrazem twarzy.
- Świat się wcale nie zmienił. To my się zmieniliśmy.
- Mówisz o Bogu? Ten koleś coraz bardziej działa mi na nerwy - włosy na ogonie Rufusa zjerzyły się.
- Bóg - zarechotał Azus. - To brzmi dumnie.
- Przynajmniej nie musicie użalać się z nim w robocie.
- Ciesz się, że nie pracujesz dla Lucyfera. Gościu wymaga od nas niemożliwego!
- Mamy kusić ludzi, no to kusimy, a ten cały czas narzeka, że nie tak jak trzeba. Inna sprawa, że coraz łatwiej ich omotać.
- A komu się obrywa? - Lures wzięła łyk piwa. - NAM.
- Dziwisz się? - Rufus przewrócił oczami. - Lucyfer ostatnio złapał dobrą passę, to wasz szef może jedynie podkulić ogon i schować się w kącie. Więc stara się wrócić na prostą.
Lures parsknęła.
- Ogon - powtórzyła ze śmiechem.
- Na dole wojny, mordy, nienawiść i nagle wszyscy mają co robić. Lucyfer pławi się w dochodach i chce nabałaganić jeszcze bardziej, a Bóg lata za nim i sprząta.
Lures zmarszczyła brwi.
- Rozpuścił te swoje ziemskie laleczki jak dziadowski bicz i się dziwi, że teraz mają go gdzieś. Patrzą tylko na czubek własnego nosa, a to my musimy po nich sprzątać. Nic dziwnego, że dużo aniołów idzie na choćby, daj Boże, pół etatu do Lucyfera.
- U nas dokładnie to samo!
- Żebyś ty wiedziała co tam się wyprawia! Sam Belzebub lata z podkulonym ogonem!
Lures zaśmiała się pod nosem.
- Ma chłopak branie.
- Co jakiś człowiek umrze, to lezie do nas, bo do was już nie może. Wlatują drzwiami i oknami! Nieboszczyków pod sam sufit.
- Kiedy to ja ostatnio byłem na wakacjach - Azus wzniósł oczy ku niebu.
- Prędko nie pojedziesz - burknęła Lures. - Czynsz za mieszkanie sam się nie zapłaci.
Cała trójka zmierzyła się wzrokiem.
- Wniosek z tego jeden - Rufus uniósł kieliszek do góry. - Ludzie to zło. Gorsze niż sam Diabeł.
- Nienawidzę ich - Azus uczynił to samo.
- Gardzę nimi - Lures uniosła kufel i cała trójka upiła łyk swoich napojów. A potem zanieśli się od śmiechu.

  • awatar Echo to tylko odbicie dźwięku: @Zakira Luna: O mój boże, to naprawdę cytat z darów anioła? ;o nie czytałam tego, ten tekst był w pełni mój XD
  • awatar Zakira Luna: Świat się wcale nie zmienił. To my się zmieniliśm- Dary anioła? :P Generalnie całkiem w porządku :)
  • awatar With a little Mist...: Całkiem spoko. Mało akcji, proste, ale ciekawe. Początek troszkę niejasny, ale potem bardzi fajne. Ogółem: nawet fajne. Życzę powodzonka
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Wciągnęłam wilgotne powietrze nosem. Zapach żywicy i gnijących liści przyjemnie pieścił moje zmysły. Odgłos kroków i przyciszonych rozmów napawał mnie coraz większym szczęściem. Im bardziej oddalaliśmy się od obozu, zamkniętej przestrzeni, trzymającej nas pod kluczem przez tyle lat, tym pewniej się czułam. Las gęstniał z każdym krokiem, wciągając nas głębiej i głębiej. Nie było bardzo zimno, przecież dopiero co zaczęło się lato. A przynajmniej tak sobie wmawiałam. Przymknęłam oczy, dając się ponieść nogom. Czy to co robiłam było właściwe? Może lepiej było zostać w obozie i żywić złudną nadzieję, że Oaza to wyłącznie wymysł naszej chorej, spragnionej świata wyobraźni? W końcu tam w środku nie było aż tak źle... Nie głodowaliśmy, nie cierpieliśmy, nikt nam prawie niczego nie zabraniał. Trochę jak na dożywotnim letnim obozie. A teraz co? Zasmakowaliśmy wolności, ale zaraz znów będziemy musieli wrócić i wegetować za murami. Poznamy ludzi, którzy są wolni, których próbki krwi nie są pod stałym nadzorem władz, a to co robią zależy wyłącznie od nich samych. Czy nie lepiej było zostać i nie zaznawać tego błogiego uczucia? Tej cholernej wolności, która będzie nam się śnić po nocach niczym odległe, niemożliwe do spełnienia marzenie? Zacisnęłam palce na kurtce Ethana. Chciałam odrzucić od siebie wszystkie złe myśli i wątpliwości. Nie po to ryzykowałam nie tylko moje, ale i ich spokojne życie, żeby teraz zawrócić. Spokojny oddech, szum jeziora i ciepło promieni słonecznych na mojej twarzy... Był sierpień. Popołudnie pozwolono nam spędzić nad jeziorem, oddalonym od domków dobre parę kilometrów. Grupka osób grała w siatkówkę, śmiejąc się i krzycząc. Inni wygrzewali się na słońcu. Leżałam na piasku obok Sophie. Miałam na sobie nowy kostium, wygrzebany spod sterty świeżo dostarczonych do obozu ubrań. Bawiąc się kitką, która jeszcze wtedy sięgała mi prawie do pasa, obserwowałam jak Harriet i Kivi rozmawiają na pomoście z przystojnym, wysokim brunetem. Co chwila wybuchały śmiechem i wpatrywały się w niego jak w obrazek. Jakby to co mówił faktycznie było zabawne! Przewróciłam oczami z zażenowaniem. Zsunęłam okulary pilotki na sam koniuszek nosa, kiedy wezwały mnie do siebie ruchem ręki. Złapałam ręcznik i ruszyłam w ich stronę.
- Przystojny co? - zapiszczały jednocześnie, wymieniając znaczące spojrzenia. Wzruszyłam ramionami.
- Przeciętny.
Nie miałam nastroju na rozmowy o facetach. Miałyśmy zrobić sobie babski wypad nad jezioro, a wyszło z tego, to co zawsze. Podrywały każdego wysokiego, w miarę dobrze zbudowanego chłopaka i na dodatek zaprosiły Lee i Ethana. Zmarszczyłam brwi, kiedy do moich uszu doleciał głośny gwizd. Odwróciłam się w stronę dźwięku i zobaczyłam obu rzeczonych chłopaków, idących w naszą stronę. Obaj mieli na sobie kąpielówki i ręczniki przewieszone przez ramię. Odwróciłam wzrok speszona. Nie miałam w zwyczaju gapić się na czyjąś, nawet bosko zbudowaną, klatkę piersiową.
- Siema! - Ethan uśmiechnął się szeroko i wlepił we mnie wzrok. Zacisnęłam wargi i posłałam mu karcące spojrzenie. Nie będzie się na mnie tak bezczelnie gapić! Szczelniej otuliłam się ręcznikiem. Harriet zaśmiała się perliście i klasnęła w dłonie.
- Wskakujemy? - wskazała wzrokiem jezioro.
- Jest zimno - zza moich pleców niczym duch wyłoniła się głowa Sophie. Jak zwykle z kamienną twarzą wpatrywała się w podekscytowaną Harriet.
- No i co z tego? - prychnęła. - Jutro pewnie nie pozwolą nam znowu przyjść. Chyba, że wolisz grzać się na piasku jak gruba foka.
- Tak. Tego właśnie chcę - przytaknęła.
Kivi zachichotała, a Lee uśmiechnął się życzliwe, nic nie mówiąc. Tak zwykle kończyły się wszelkie pomysły w naszym małym gronie. Sophie zawsze miała własne zdanie i nienawidziła się integrować z grupą. W pewnym sensie ją rozumiałam. Przebywanie z wiecznie piszczącymi i podekscytowanymi dziewczynami było męczące, ale skoro taka byłam też i ja, nie miałam nic przeciwko. Ignorując ją, ruszyliśmy na pomost, żeby odłożyć ręczniki. Poczułam chłodny oddech na karku. Ethan nachylił się do mojego ucha.
- Bosko wyglądasz.
Zacisnęłam usta w cienką linię, i przygotowałam się, żeby zdzielić go po twarzy, ale ten zdążył schować się za Lee. Głupek. Jego żarty też nie były bardziej ambitne od tych, którymi rzucali na prawo i lewo inni cud chłopcy, ale trudno mi było się nie roześmiać, kiedy obdażał mnie szerokim uśmiechem. Zagryzłam dolną wargę i uniosłam głowę wysoko do góry. Nie chciałam dawać mu tej satysfakcji. Odpowiedział mi jedynie cichy śmiech.
Na pomoście nie było nikogo. W wodzie pływała tylko jedna dziewczyna z krótkimi czarnymi włosami. Co jakiś czas wynurzała głowę na powierzchnię i brała głęboki wdech. Usiadłam na ręczniku i zanurzyłam stopy w lodowato zimnej wodzie. Zadrżałam, a moje ciało przeszedł dreszcz. Po chwili obok mnie rozległ się plusk i poczułam drobinki wody na skórze. Harriet, Kivi i Ethan ze śmiechem zanurzyli się w wodzie.
- Echo! Wskakuj! - Kivi machała do mnie ręką i raz po raz podskakiwała do góry. Pokręciłam głową.
- Boję się wody!
Cała trójka wydała jęk rozpaczy i wróciła do zabawy. Zdjęłam okulary i uniosłam twarz do słońca, żeby się ogrzać. Wsłuchana w śmiech przyjaciół i plusk wody uderzającej o pomost, mimowolnie uśmiechnęłam sie szeroko. I było mi tak błogo... Tam wcale nie było źle... A przynajmniej chciałam to sobie wmówić.
Otworzyłam oczy. Dookoła było już dość ciemno. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam wtulać się w kurtkę Ethana, a ten przytrzymywał mnie blisko kościstym ramieniem. Rozmowy ucichły i słychać było jedynie szelest liści pod naszymi butami. Powietrze stało się ciężkie i wilgotne. Nie widziałam już nic oprócz mglistych sylwetek osób idących przede mną. Szliśmy w ciszy przez dobre parę minut, kiedy las zaczął się przerzedzać. Uniosłam głowę i spojrzałam w niebo. Czarna próżnia, usiana gwiazdami rozciągała się nad nami, a my podążaliśmy jej szlakiem jak za własną matką. Uśmiechnęłam się szeroko, przepełniona tą myślą i przyspieszyłam kroku. Po chwili osoby przed nami zaczęły zwalniać, aż w końcu wszyscy zatrzymaliśmy się nad stromym zboczem. Otworzyłam szeroko oczy, a serce załomotało w klatce piersiowej. Poczułam jak Ethan ściska moje ramię coraz mocniej. Pod nami, w małej dolinie, przez gęstą mgłę, przedzierało się światło setek domów. Mniejsze chatki i całkiem spore wille stały pomiędzy oświetlanymi przez latarnię uliczkami. Miasteczko rozjaśniało ciemność, która panowała dookoła. Zakryłam usta dłonią, żeby nie zacząć krzyczeć, płakać, śmiać się. Sama nie wiedziałam jak mam zareagować. Oaza, Eden naszych snów, stała tam jak żywa i zapraszała nas w swoje objęcia. A ja nie potrafiłam wyobrazić sobie piękniejszego widoku niż to z pozoru spokojne miasteczko. Wtuliłam się w lodowate ciało chłopaka, którego twarz rozjaśnił uśmiech. Staliśmy tam i ściskając dłonie, wpatrywaliśmy się w dal, razem z resztą niespokojnych, szczęśliwych duszyczek, takich jak my.
- Pięknie, co? - Kivi nachyliła się w moją stronę. W odpowiedzi wydałam z siebie okrzyk radości i złapałam moich towarzyszy za ręce, unosząc je do góry.

~~~

Akcja rozkręca się bardzo wolno. Mam nadzieję, że nikogo to nie irytuje :3

  • awatar Lisa Angels: Czekam na Eden :D
  • awatar Lisa Angels: Gdybyś czytała moje pierwsze opowadanie stwierdziłabyś, że u ciebie akcja idzie piorunem. Czytam sobie i nagle się zastanawiam, czy nie ominełam jakiegoś rozdziału, ale jednak nie. Troche zdekoncetrował mnie ten wypad nad jezioro alukurat wtedy gdy uciekali z "więzienia"
  • awatar Violetta to styl życia: fajne :* zapraszam do mnie
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Kolejne przygody naszej boskiej parki Alicji i Oskara. Krótkie i bez większego pomysłu. Kompletnie nie wiedziałam co napisać. Uwaga: występują przekleństwa i oblegi (NIE, NIE POTRAFIŁAM ICH OMINĄĆ) i życzę miłej lektury.

~~~

- CHOLERA JASNA!!! - po mieszkaniu rozniósł się rozrywający bębenki krzyk rozpaczy i frustracji. Drzwi od łazienki były szczelnie zamknięte. Przyłożyłem do nich ucho i zapukałem najdelikatniej jak umiałem.
- Wszystko w porządku, Alicjo?
- Nic nie jest w porządku! - odpowiedź doleciała do mych uszu prawie natychmiast. - Zacięłam się tą przeklętą żyletką!!!
Westchnąłem ciężko. Inaczej wyobrażałem sobie noc u Boskiej Alicji. Liczyłem na słodki wieczór, przy dobrym filmie. Najlepiej horrorze. Otuliłbym ją ramieniem gdyby się bała, wtuliłaby twarz w moją bluzę, a potem podniosła wzrok i...
- KURWA MAĆ!!!
Westchnąłem. Nie miałem na co liczyć. Prędzej to ja uciekłbym z pokoju z wrzaskiem na widok nawiedzonej dziewczynki wychodzącej z telewizora, a ona naśmiewałaby się ze mnie przez kolejną godzinę. Oczywiście gdyby nie skończyło się na oglądaniu tych dziwnych japońskich bajek. Zapukałem po raz kolejny.
- Przynieść ci plaster?
Drzwi otwarły się z hukiem. W progu stała Alicja w samej bieliźnie i krwawiącą nogą. Mokre włosy opadały jej na ramiona, a usta wykrzywiły się w grymasie. Zamrugałem parę razy. Mimo, że zdażyło mi się widzieć ją w takim stanie już wiele razy, nadal nie potrafiłem tak po prostu się na nią nie gapić. To był kolejny weekend, kiedy pozwoliła mi zostać u siebie w domu, bo nie uśmiechało mi się gnanie z Krakowa do Warszawy na marne dwa dni, ani zostawanie w internacie pośród innych krakowskich słoików.
- Nie fatyguj się. Sama to zrobię - mruknęła i ruszyła korytarzem, zostawiając na podłodze mokre ślady. Mimo woli podążyłem za nią. W końcu nie codziennie dane mi było widzieć seksowną dziewczynę w samej bieliźnie, która na dodatek nic sobie z tego nie robiła. Stała w kuchni i grzebała ręką w plastikowym koszyku z lekami. Wyciągnęła mały plaster i podskoczyła, siadając na blacie. Stanąłem na jego drugim końcu i postukałem nerwowo palcami w deskę do krojenia.
- Ktoś do ciebie dzwonił.
Podniosła wzrok i na ślepo przylepiła plaster do nadal krwawiącej rany. Podeszła do komody i złapała swój telefon.
- Kiedy?
- Niedawno. Parę minut temu.
Zmarszczyła brwi, postukała palcami w ekran i przyłożyła telefon do ucha.
- Co jest? - zapytała do słuchawki.
Cisza.
- Gdzie jesteś?
Cisza. Złapała spodnie i zaczęła je zakładać, przytrzymując telefon ramieniem.
- Nie, tylko mój przyjaciel.
Przyjaciel? Poczułem miłe ciepło w klatce piersiowej.
- Tak. No jasne, że możesz. Wbijaj. Ojciec wyjechał z bratem do rodziny, więc jesteśmy sami.
Przewróciła oczami i się rozłączyła. Wbiła we mnie wzrok z nieciekawą miną. Zachodziłem w głowę kto do niej dzwonił i po co miał przychodzić do jej domu w środku nocy. Alicja podciągnęła spodnie i, tym razem stojąc w samym staniku, wskazała ręką lodówkę.
- Wyjmuj wódkę.
Zbaraniałem. Wódkę? Przecież ona nie pije alkoholu! Ostatnio zrobiła mi nawet wykład na temat jego szkodliwych, dla młodego organizmu, właściwości. W pewnym stopniu mnie to przerażało, bo w XXI wieku właśnie korzystaniem z używek wyrabiałeś sobie opinię wśród rówieśników. Natomiast Alicja miała to wszystko w głębokim poważaniu, co z reguły dla ludzi jej pokroju było rzeczą wręcz oczywistą. Ponagliła mnie ruchem ręki i zniknęła za drzwiami. Słyszałem jedynie ciche przekleństwa i szelest przewracanych ubrań. Otworzyłem lodówkę. W środku pachniało rybą, a na drzwiach stała jeszcze nie otwarta butelka Wyborowej. Z lekkim wahaniem sięgnąłem po nią ręką, kiedy poczułem na karku ciepły oddech.
- Potrzebujesz pomocy?
Podskoczyłem przerażony. Alicja wpatrywała się we mnie z kpiącym uśmiechem. Zdążyła założyć luźną różową bluzkę, uczesać nadal wilgotne włosy i nałożyć na usta czerwoną szminkę. Jej tempo działania było zatrważające. Wzięła ode mnie butelkę i postawiła ją na stole razem z trzema kieliszkami. Poprawiła zagięty materiał beżowego obrusu i bezwładnie opadła na krzesło.
- Kto... kto dzwonił? - przekrzywiłem głowę.
Uniosła wzrok, a jej chłodne niebieskie oczy przeszyły mnie na wylot.
- Największa ofiara losu na świecie - prychnęła.
- Większa od ciebie?
Zjerzyła się.
- Co nie zmienia faktu, że nadal jestem od ciebie wyżej w hierarchii. Bycie frajerem nie ma tu nic do rzeczy.
- Jeżeli tak stawiasz sprawę - wzruszyłem ramionami. Odpowiedział mi tylko cichy pomruk, co jeszcze bardziej pobudziło moją ciekawość. Boska Alicja przecież zawsze chciała mieć ostatnie słowo. Całe mieszkanie przez chwilę stało się puste i ponure, jak gdyby ktoś wyssał z niego całe kolory. Ciszę przerwał pojedynczy dzwonek do drzwi i dźwięk poruszanej klamki. Alicja w jednej chwili podniosła się i ruszyła do przedpokoju rzucając mi spojrzenie mówiące "zachowuj się". Przełknąłem ślinę. A jeżeli to jeden z jej znajomych? Ten wysoki, wyglądający jakby wymordował połowę szkoły i na dodatek ją podpalił? Nasłuchiwałem. Skrzyp otwieranych drzwi, odgłos kroków, cicha rozmowa i w progu stanęła wysoka, czerwona na twarzy, dziewczyna z włosami do pasa. Jej oczy były opuchnięte, po policzkach spływały łzy, a usta wykrzywiły się w czymś na kształt uśmiechu. Wpatrywaliśmy się w siebie dobrą chwilę, kiedy wyciągnęła do mnie rękę, pociągając nosem.
- Madzia jestem.
- Oskar... - wyjąkałem.
Obdarzyła mnie smutnym uśmiechem. Do pokoju weszła Alicja i położyła jej rękę na ramieniu. Stojąc obok siebie wyglądały nawet zabawnie. Wyższa, mimo, że wyglądała na starszą, sprawiała wrażenie nieśmiałej i spokojnej. Natomiast niższa, chociaż z wyglądem małolaty, potrafiła wstrząsnąć twoim światem jak nic nie wartą grzechotką i rzucać ociekającymi sarkazmem ripostami na prawo i lewo.
- Trzymasz się?
- Jakbym się nie trzymała to już dawno zbieralibyście moje pogruchotane kości z chodnika - zaśmiała się ochryple.
- Optymistyczna jak zawsze - Alicja przewróciła oczami i zaprowadziła ją do stołu, sadowiąc na krześle niemal siłą. Przez chwilę nie za bardzo wiedziałem co mam ze sobą zrobić, ale Alicja przywołała mnie ruchem ręki, więc zająłem miejsce obok. Nie byłem jeszcze świadom, co tak naprawdę miało się właśnie stać i osobiście, patrząc z perspektywy czasu, wolałbym się nigdy nie dowiedzieć.
***
- Umrę! Normalnie zabiję się na śmierć! - Madzia wlała w siebie kolejny kieliszek przezroczystego płynu, krzywiąc się. Alicja patrzyła się na nią z politowaniem.
- Po co masz się zabijać skoro tak naprawdę, to wszystko, to twoja wina?
- Moja?! - warknęła. - Powiedz mi z której strony?!
- No wiesz - Alicja zamyśliła się przez chwilę - gdybyśmy wzięli za przykład sześcian, to pięć ścian na sześć jest twoją winą.
- Co? - Madzia popatrzyła się na nią tępym wzrokiem i uderzyła czołem w blat. - Nienawidzę jak gadasz do mnie gramatyką!
- Geometrią.
- Jeden pies!!! Ja tu potrzebuję pocieszenia,a ty nic tylko po mnie depczesz!
- Skaczę i trzepię po twarzy.
- ALICJO!!!
- No co? - uniosła ręce w geście kapitulacji. - Jak szukałaś pocieszenia to nie trzeba było tu przychodzić.
Warga Madzi drżała, kiedy nalała sobie kolejny kieliszek. Alicja wyrwała jej go z ręki i odstawiła na drugi koniec stołu.
- Co robisz suko?! - warknęła już upita dziewczyna.
- Co za dużo to nie zdrowo.
- Gadasz jak moja matka!
- Całe szczęście! Gdyby nie ja, to leżałabyś jak długa i spała we własnych rzygach!
- Suka!
- Szmata!
- Spieprzaj!
- Z własnego domu?!
Madzia wstała, posyłając krzesło z hukiem na ziemię. Wbiła w Alicję tysiące małych igiełek i mrucząc pod nosem, że idzie się położyć, wyszła z pokoju. Wpatrywałem się to w zamknięte za nią drzwi, to na Alicję. Ta uśmiechała się władczo, zadowolona z siebie.
- Czemu tak na nią naskoczyłaś? - zapytałem. - Przecież było jej smutno.
Boska Alicja zmierzyła mnie wzrokiem i obdarzyła dumnym uśmiechem.
- Ponieważ ja, mój drogi - zaśmiała się - nie jestem tu po to, żeby ją pocieszać, ale po to, żeby dać jej do zrozumienia jaka jest prawda.
Do dziś nie wiem o co tak naprawdę jej chodziło. Nie wiem co zrobiła Madzia, że zasłużyła na tak srogą i obszytą ironią krytykę. Ale najgorsze jest to, że nie mam zielonego pojęcia dlaczego następnego dnia obie robiły razem śniadanie, śmiały się i rozmawiały jak gdyby nic się poprzedniej nocy nie stało.

  • awatar Gość: Opowiadanie baardzo mi się nie podobało , stanowczo za dużo przekleństw , elementy erotyki i nienawiści . Dziewczyno co ty masz w głowie , daje 2/10 chociaż słownictwo było troszke bogatsze niż te przekleństwa więc wysilę się ty właśnie niestety tylko na 2.
  • awatar Paula ;33333: Świetne! *.*
  • awatar Lisa Angels: Nie ma to jak prawdziwi przyjaciele, którzy uświadomią ci twoje błędy! I pomogą wypłakać żale
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Aha... więc to tak wygląda nominacja. No heeej~! [macha] Dziękuję http://livli5.pinger.pl/ za wprowadzenie mnie na prywatny teren tej dziwnej zabawy no, ale cóż. :3 Wszystkiego trzeba czasem spróbować.

Zasady:
1. Wstawiaj zdjęcia zgodnie z poleceniami.
2. Dobrze się przy tym baw.
3. Nominuj 4 osoby.
4. Poinformuj osoby, które chcesz nominować.

Wstaw:

1. Zdjęcie, które cię rozśmieszyło.



2. Zdjęcie, które cię zasmuciło. (mam dwa i nie wiem, które jest gorsze)






3. Zdjęcie twojej ulubionej gwiazdy.
EMMM A CO JEŚLI NIE MAM TOTALNIE ŻADNEJ? MOGĘ OMINĄĆ? MOGĘ? KTOŚ MI ZABRONI? NIE? NO WIĘC DALEJ.

4. Zdjęcie z twojego ulubionego filmu/serialu/programu.






5. Twój ulubiony cytat.



6. Zdjęcie twojego ulubionego zwierzęcia.



7. Ulubione zdjęcie z twojego bloga. (czy to nie oczywiste? mam totalnego fiołaa na ich punkcie i będę wstawiać tony opowiadań z ich udziałem czy to się komuś podoba czy nie :3)



8.Sfotografuj swoje buty (jeśli nie możesz, wstaw zdjęcie fajnych butów)




9. Zdjęcie niesamowitego miejsca. (Gruzja <3 ślicznieee)



10. Zdjęcie, które cię opisuje.




11. Dowolne zdjęcie. (mrmrmrrrr obsesjaaa :33)



No, więc to na tyleee, z racji tego, że nie mam pojęcia kogo nominować będą to przypadkowe blogi? Mogę tak? Chyba tak. No dobra:
http://paulina000981.pinger.pl/
http://heartbirdy.pinger.pl/
http://kirie.pinger.pl/
http://kuczkaxd.pinger.pl/
 

 
Siedziałam przy drzwiach z założonymi nogami i książką na kolanach. W pokoju roznosił się zapach kawy i środków do czyszczenia okien. Kivi miała fioła na punkcie czystości i po skończeniu porządków w swoim domku, zabrała się za nasz. Harriet raz po raz jęczała żebyśmy byli cicho, bo boli ją głowa, kiedy Madeleine razem z Sophie prowadziły wykład na temat szkodliwych skutków picia alkoholu. Ethan opierał się o ścianę i puszczał na cały regulator piosenki Lao Che. Lee co chwila zaglądał mi przez ramię i patrzył co czytam. Pozostawanie bierną na to co działo się dookoła, po dłuższym czasie, doprowadzało mnie do wściekłości. Zamknęłam książkę z hukiem i wepchnęłam ją w ręce Lee, który już chyba od dłuższego czasu miał na nią ochotę.
- Umiera na końcu - warknęłam, żeby nie miał żadnej satysfakcji z czytania. Wstałam, żeby rozciągnąć nogi. Nie mogłam przez dłuższy czas siedzieć w miejscu, szczególnie, kiedy dzień miał być tak ekscytujący, a wszyscy zachowywali się jakby mieli to w głębokim poważaniu. Przeszłam się po pokoju, kiedy zimne ręce przyciągnęły mnie do siebie, ściskając mój brzuch. Przytuliły mnie mocno i zaczęły bujać się razem ze mną do muzyki. Pachniało od niego gumą miętową i rozgrzewającym kremem do rąk, który dostał ode mnie, gdyż żywiłam złudną nadzieję, że może jakoś pomóc. Mimo, że nie wykazywał takich właściwości Ethan codziennie smarował sobie nim ręce. Jego zachowanie przyprawiało mnie o motylki w brzuchu. Okręcił mnie dookoła i odchylił do tyłu. Nagle poczułam przeszywający ból w kostce i runęłam jak długa pociągając Ethana za sobą. Pisnęłam ze strachu, kiedy uderzyłam plecami o podłogę i jęknęłam z bólu. Ethan leżał na mnie i zanosił się od śmiechu.
- Kompletnie nie umiesz tańczyć.
Prychnęłam i zepchnęłam go z siebie. Zamiast tego złapał mnie mocno w pasie i przetoczył na plecy tak, że teraz ja leżałam na nim. Starałam się wyrwać z uścisku. Kivi stała nad nami i lustrowała go wzrokiem.
- Wczoraj z nią zerwałeś, a teraz przytulasz i nie dajesz jej wstać? Jesteś niepoważny. Wzruszył ramionami i rozłożył ręce na boki.
Zsunęłam się z jego brzucha i usiadłam po turecku na podłodze.
- Wczoraj rozważałam czy nie interweniować w waszą kłótnię. Musiałeś ją nieźle wkurzyć, bo darła się jakby ją ze skóry obdzierali.
Wymieniliśmy z Ethanem spojrzenia i wybuchnęliśmy śmiechem, zataczając się po podłodze. Nie miałam pojęcia, że tak to wyglądało z zewnątrz. Musiałam chyba naprawdę mocno się zdenerwować, gdyż Kivi interweniowała jedynie wtedy, gdy bała się o życie Ethana. Patrzyła to na mnie to na niego z tępym wyrazem twarzy.
- Oboje jesteście niepoważni - wymamrotała i odsunęła się na bezpieczną odległość. Ethan podskoczył i stanął na nogi, a potem wyciągnął do mnie rękę, żeby pomóc mi wstać. Przypomniało mi to nasze pierwsze spotkanie. Każdej zimy nasz obóz wylewał na plac wodę, która potem zamarzała i tworzyła prymitywne lodowisko. To był mój trzeci rok w obozie i poszłam tam jedynie ze względu na swoją wieczną rządzę uwagi ze strony innych. Nie przeszkadzało mi to, że kompletnie nie umiałam jeździć na łyżwach. Dopiero potem, kiedy leżałam jak długa na lodzie z rozdartymi spodniami i krwawiącym kolanem, zrozumiałam swój błąd. Wszyscy przejeżdżali obok, nie zwracając na mnie uwagi, kiedy usłyszałam ciepły głos.
- Żyjesz?
Podniosłam głowę. Stał nade mną chłopak mojego wzrostu o blond włosach i przenikliwie niebieskich oczach, miał na sobie letnie szorty i koszulkę z krótkim rękawem. Uśmiechał się szeroko i wyciągał do mnie rękę. Wyglądał jak typowy dziwak. W końcu kto normalny chodzi w letnim stroju zimą? Przez chwilę miałam ochotę odtrącić jego rękę. Zmarszczyłam brwi i oceniłam sytuację. Osobnik nie wydawał się groźny. Pozwoliłam mu sobie pomóc. Nie zdawałam sobie przecież wtedy sprawy, że chłopak, który życzliwie sprowadzał potarganą 9-latkę z lodowiska, miał zostać jednym z najpopularniejszych dziwaków w obozie.
- Wstajesz czy będziesz tak siedzieć? - poirytowany głos wyrzucił mnie ze świata wspomnień. Ta sama twarz, tyle, że o wiele dojrzalszych rysach wpatrywała się we mnie z wyczekiwaniem. Przebierał palcami i tupał nogą jak zdenerwowana dziewczynka. Usta wygięły się w szerokim uśmiechu. Jednak nic się nie zmienił. Podparta rękami o podłogę, podniosłam się bez jego pomocy. Jęknął przeciągle.
- Czy nawet raz nie możesz pozwolić mi poczuć się jak mężczyzna?
- A wątpisz w to, że nim jesteś?
- Co? - zakrztusił się i wybałuszył oczy - Nie!
- Więc nie muszę ci na nic pozwalać - wzruszyłam ramionami. Podeszłam do Harriet i dołączyłam do wykładu Sophie i Madeleine, raz po raz rzucając Ethanowi kpiące uśmiechy.

***
Stałam na ganku, opierając się o balustradę i pocierając dłonie żeby się rozgrzać. Było parę minut po 20.00 i powoli robiło się chłodno. Duszący zapach środku na komary unosił się dookoła, a w bucie utknął mi mały kamyczek. Tupnęłam nogą i nadęłam policzki. Powinni już dawno przyjść. Harriet, Kivi i Ethan poszli do swojego domku, żeby się przebrać i obiecali, że wrócą szybko. Tymczasem nie było ich dobrą godzinę, a ja zdążyłam umyć włosy, przebrać się co najmniej trzy razy i wyryć na balustradzie napis "space". Przez ostatnie parę godzin mój brzuch nieprzerwanie ćwiczył gimnastykę artystyczną. Skakał, wił się, rozbił szpagaty i gwiazdy, co skutkowało tym, że co chwila musiałam biegać do toalety. Kiedy przestałam mieć czym wymiotować, brzuch przestał mi dokuczać, ale na jego miejsce wpadło serce i zaczęło tańczyć kankana, wywijając zwiewną sukienką. Musiało się ze mnie nieźle śmiać, bo sprawiałam przez nie wrażenie jakbym miała czkawkę. Kamyczek zaczął mi okropnie dokuczać. Toczył się z jednej strony buta na drugą, wbijając się w moją stopę. Wszystkie te bodźce sprawiały, że byłam coraz bardziej zdenerwowana, przebierałam nogami i uderzałam palcami o balustradę. Jeżeli się spóźnimy to nie będzie moja wina. W końcu nie wytrzymałam, usiadałam na brudnych deskach werandy i zdjęłam kalosza z nogi. Wstrząsnęłam nim parę razy, aż mały winowajca wypadł i potoczył się, a potem wpadł w szczelinę i zniknął.
- Ehm... - ktoś nad moją głową chrząknął nerwowo. - Echo, dobrze się czujesz?
Podniosłam wzrok i zobaczyłam Harriet, Kivi i Ethana, którzy stali ze wzrokiem wbitym we mnie i buta, którego trzymałam na wysokości oczu. Musiałam wyglądać naprawdę komicznie. Opuściłam go szybko i wcisnęłam na nogę, poprawiłam włosy, zrobiąc minę jakby to właśnie oni machali swoimi butami na wszystkie strony.
- Oczywiście, że tak. Co to w ogóle za pytanie? - prychnęłam. Popatrzyli na siebie nawzajem, Harriet wzruszyła ramionami i odwróciła się na pięcie.
- W takim razie przestań tarzać się po ziemi i chodź, bo się spóźnimy.
Przeklęłam pod nosem i podniosłam się z desek. Otrzepałam spodnie z piachu i ruszyłam za nimi.
- Fajna kurtka - Ethan szturchnął mnie łokciem. Spuściłam wzrok, żeby się jej przyjrzeć. Była to trochę za duża wojskowa kurtka khaki bez zapięcia. Musiałam podwinąć rękawy do łokci, żeby czuć się w niej wygodnie. Wcześniej należała do Ethana, ale w niej nie chodził, bo uważał, że jest zbyt damska, więc mi ją oddał.
- Nie łudź się, że pozwolę ci ją kiedykolwiek założyć. Przywiązałam się do niej.
Zaśmiał się, a ja złapałam go pod ramię i przyspieszyliśmy kroku, idąc w stronę muru w starej części obozu.

***

Przy wyrwie w dziurze stało już sporo osób. Słychać było szmer rozmów i podniecenia. Stanęliśmy z boku, żeby nie zbliżać się zbytnio do reszty, opatulając się szczelnie swetrami i kurtkami. Jak na letni wieczór było dość chłodno. Kivi przebierała nogami w adidasach, co chwila sprawdzając czy ich nie ubrudziła. Mówiłam jej, żeby założyła kalosze, ale uparła się, że jeżeli w Oazie będą przystojni chłopcy, to nie może pokazać im się w prymitywnym obuwiu. Czasami odnosiłam wrażenie, że kiedy Bóg rozdawał rozumy, ona stała w kolejce po ładne włosy. Harriet wyglądała po Alexa, co chwila poprawiając włosy i smarując usta pomadką, jakby miała zamiar się z nim całować. Ethan stanął za mną i objął mnie rękami w pasie. W tłumie dostrzegłam Lee i Sophie, którzy przyszli wcześniej, bo nie mieli zamiaru czekać, aż reszta łaskawie się wyszykuje. Pomachałam im, kiedy odwrócili się w naszą stronę. Po chwili dołączył do nas Alex i staliśmy całą grupką w kompletnej ciszy. Po paru minutach szeptane rozmowy przerodziły się w całkiem śmiałe i głośniejsze. Stanęłam na palcach, żeby zobaczyć co dzieje się przy murze, niestety bezskutecznie. Widziałam jedynie czubek głowy kogoś stojącego przy wyrwie. Kolejny szmer przeszedł przez tłum. Chłopak z blond lokami, stojący przed nami, odwrócił się w naszą stronę.
- Wychodzimy. Macie nie oddalać się od grupy i być cicho. Podaj dalej.
Poczułam gulę w gardle. Zaczęło się. Tłum przed nami zaczął się przerzedzać. Kiedy przyszła moja kolej, żeby przejść, złapałam mocno druty wystające z betonu i przeskoczyłam, zgrabnie lądując po drugiej stronie. Poczułam jak moje kalosze zagłębiają się w czymś błotnistym. Rozejrzałam się dookoła, wszyscy patrzyli na drzewa i wygadali na tak samo zafascynowanych jak ja. Oddetchnęłam głośno. Mimo, że zapach był taki sam, powietrze smakowało o wiele inaczej. Świeżej. Drzewa pięły się wysoko, a na jednej gałęzi usiadła sójka i przypatrywała się nam bez cienia strachu. Pierwszy raz opuściłam obóz i mimo, że las wyglądał pusto i groźnie, czułam się tutaj naprawdę bezpiecznie. Złapałam Kivi i Ethana pod rękę, podążając za grupą w gęsty las, który zdawał się być najpiękniejszym miejscem na ziemi.

  • awatar Echo to tylko odbicie dźwięku: @Lisa Angels: nie było ich tam znowu tak dużo, ale ogólnie to opiekunowie mają ich głeboko więc mało ich to obchodzi :D
  • awatar Lisa Angels: "- Czy nawet raz nie możesz pozwolić mi poczuć się jak mężczyzna? - A wątpisz w to, że nim jesteś? - Co? - zakrztusił się i wybałuszył oczy - Nie!" Tekst ever forever. No, no zwiali, ale tak się zastanawiam, ze nikt się nie kapną, ze spora grupa osób w zakładzie zamkniętym nie zwracała na siebie uwagi
  • awatar Paula ;33333: Fajne! :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
UWAGA: przed przeczytaniem pragnę zauważyć, że jest to opowiadanie CZYSTO fanowskie. Wszystkie fakty historyczne są MOCNO naciągane, więc proszę traktować je z przymrużeniem oka. ;3

~~~

„Nie obchodzi mnie co będziesz o mnie myśleć. Ja nigdy nie przestanę cię lubić, Liciu.”

Jego głos dudnił w mojej głowie, nie mogłem się na niczym skupić. Mimo, że przywykłem do tego, że już go ze mną nie ma, nie potrafiłem przestać o nim myśleć. Czemu nie mogłem się tak po prostu pozbierać?! Byliśmy tak blisko, a przez te...

„ROZBIORY!”

Znowu ten sam głos.

„Czaisz koleś?! Liciu, oni chcą mnie totalnie całego zagarnąć!”

Pamiętam, że rozmawialiśmy wtedy przez telefon. To był rok… nie pamiętam który… ale na pewno po pierwszym rozbiorze. Wtedy dowiedziałem się co dzieje się dookoła. Jego głos drżał mimo, że starał się to ukryć. Bał się.

„Całe szczęście, że nie mają ze mną generalnie, żadnych szans!”

Nie okazywał tego, bo był zbyt dumny. A ja nie mogłem nic zrobić. Potem, nie pamiętam, kiedy, przestał dzwonić. Byłem zbyt pochłonięty pracą, więc tego nie zauważałem. Dopiero po jakimś czasie przypomniałem sobie, że dawno nie rozmawialiśmy, więc zadzwoniłem. Czekałem, aż usłyszę w słuchawce wesoły głos z pytaniem jak tam mi się żyje, i kiedy będziemy mogli się spotkać, żeby zagrać w szachy. Odpowiedziało mi jedynie przeciągłe piknięcie. Wtedy coś we mnie drgnęło, chociaż starałem się temu zaprzeczyć. To nie możliwe, żeby najgorsze sny okazały się prawdą. Polska zbyt dzielnie walczył, żeby teraz dać się zniszczyć. Nie oddałby swojego kraju tak po prostu. To niemożliwe, żeby coś mu się stało. Niestety, jak to mówią, nadzieja matką głupich.
- Panie Rosjo, zauważyliśmy, że nie dostawał Pan ostatnio żadnych listów ani dokumentów od Polski.
Staliśmy razem z Estonią i Łotwą, z wyczekiwaniem wpatrując się w naszego Pana. Jego wyraz twarzy był bardzo beztroski. Poprawił szalik i roześmiał się gromko.
- Jeszcze nie słyszeliście? - uniósł poszarzałą mapę, którą trzymał w rękach - Tego państwa już nie ma. Zniknęło z mapy. Zagarnęliśmy je całe!
Odwrócił się na pięcie i mrucząc skoczną piosenkę odszedł. Dotarły do mnie jeszcze ostatnie, ciche słowa:
- Nareszcie pozbyliśmy się tego natręta. Już nigdy nie będę musiał się z nim użerać.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Feliks… Poczułem jak oczy zaczynają mnie piec, a serce podeszło do gardła. To niemożliwe… Polski już nie ma? Zniknął? Wyparował? Tak… bez słowa? Książki, które trzymałem na rękach zaczęły być okropnie ciężkie. Ostatni raz rozmawialiśmy parę miesięcy temu. Miesięcy! Jak mogłem tak głupio o nim zapomnieć?! Już wtedy było z nim bardzo źle, ale przecież ustanowił Konstytucję… Wydawało się, że wszystko będzie lepiej, a tym czasem były to tylko płonne nadzieje. Poczułem czyjąś rękę na ramieniu.
- Litwo… - Estonia patrzył na mnie ze smutkiem - Wszystko dobrze?
Odetchnąłem ciężko i odwróciłem w jego stronę. Ścisnąłem książkę najmocniej jak mogłem, wyobrażając sobie, że trzymam w ramionach samego Polskę, tak, że krew odpłynęła mi z palców.
- Oczywiście - zaśmiałem się. - Czemu miałoby być źle?
- Byliście przyjaciółmi…
Byliśmy? To już nie jesteśmy? Uśmiechnąłem się szeroko ukazując wszystkie zęby.
- A no tak! Stare dzieje - nie miałem zamiaru obarczać swoim smutkiem też Estonię. Wolałem zachować cały ból dla siebie i zmierzyć się z nim dopiero, kiedy zostanę sam.
Nie mam pojęcia co działo się potem, jedyne co pamiętam to zimno i jego słowa. Na pewno jego. Leżałem wtedy na śniegu, z twarzą schowaną w ramionach, i przeklinałem na Polskę, zapewniając, że ja też chcę zniknąć. Ja też chcę być tam, gdzie on, bo tylko przy nim czułem się jakbym był cokolwiek wart. Chciałem wykrzyczeć wszystkie uczucia do niego. Wtedy poczułem na sobie czyjś wzrok.

„To może totalnie poczekać aż się znów spotkamy.”€

To był jego głos. Jestem pewien, że to on w tym momencie nade mną stał . Poczułem jak mój policzek gładzi ciepła ręka.

„Żyj dalej, a jak się spotkamy to wszystko mi opowiesz.”€

Od tamtego dnia minęło ponad sto lat. Nadal pamiętam jego złośliwy uśmiech, ciepły głos i lnianą koszulę, którą cerowałem mu za każdym razem, kiedy ją podarł. Jego twarz nie pojawiała się przede mną już tak często, ale nadal nie mogłem się pozbierać. Czekałem. Każdego dnia, każdej nocy, gdzie nie byłem, czekałem. Na mojego drogiego przyjaciela.
***
- Pan przyjechał! - po posiadłości rozniósł się krzyk Łotwy. Razem z Estonią zbiegliśmy po schodach do ogromnych, drewnianych drzwi wejściowych. Ukraina przebiegła koło nas, potykając się raz po raz o dywan, ze srebrną tacą. Z kuchni dochodził przyjemny zapach przygotowanego wcześniej obiadu. Wyjrzałem przez okno, pod bramę podjechał czarny samochód, hamując gwałtownie. Ze środka wypadł Pan Rosja, naciągając szalik i zatrzasnął z hukiem drzwi. Wyglądał na zdenerwowanego, bo stawiał ogromne kroki na starym, jeszcze nie stopniałym śniegu. Serce podeszło mi do gardła. Jego zachowanie oznaczało ogromne kłopoty. Spojrzałem na Estonię, który miał taki sam wyraz twarzy jak ja. Pana Rosji nie było w domu przez pięć miesięcy, bo miał dużo spraw do załatwienia w Europie. Niestety, nie udało nam się dowiedzieć dlaczego. Kiedy usłyszeliśmy szuranie ciężkich butów na wycieraczce, otworzyliśmy drzwi. Do środka wpadł rześki, kwietniowy, ciepły powiew wiatru. Pan Rosja miał całą czerwoną twarz i dyszał ciężko. Wyciągnąłem ręce, żeby pomóc mu zdjąć płaszcz. Zamiast tego zmierzył mnie wściekłym wzrokiem i odepchnął, ruszając korytarzem i głośno przeklinając. Ukraina wyszła z kuchni i podeszła do niego, trzymając tacę z porcelanową filiżanką, nad którą unosił się obłok pary.
- Panie Rosjo! Herbata! - przysunęła mu ją pod sam nos. Ten warknął, złapał całą tacę i cisnął nią o ścianę. Odbiła się z łoskotem i upadła na ziemię, filiżanka rozbiła się na milion kawałków, a rozlana herbata ubrudziła drogi dywan.
- Posprzątajcie to! - wrzasnął i ruszył schodami na górę. Rzuciłem się na podłogę, żeby zebrać pozostałości po bogu ducha winnej filiżance. Zachodziłem w głowę co musiało wydarzyć się w Europie, że wrócił taki wściekły.
- Mam dość tych całych państw Zachodu! I jeszcze ten cholerny Polska włazi ci na głowę! - Pan Rosja kopnął w stolik z kwiatami, który stał na półpiętrze i zniknął za drzwiami. Spojrzałem się w tamtą stronę, a moje serce stanęło. Polska? Czy Pan Rosja właśnie wymówił jego imię? Nie, musiało mi się przesłyszeć. Uszczypnąłem się w ramię, żeby sprawdzić czy to przypadkiem nie sen. Ukraina, klęcząca obok, lustrowała mnie wzrokiem. Podniosłem na nią wzrok, a potem odwróciłem się w stronę Estonii, który także patrzył się na mnie z wyczekiwaniem. Tylko oni wiedzieli jak się czułem po stracie Polski. To niemożliwe, ale…
- Czy on właśnie? - zwróciłem się do Ukrainy.
Przytaknęła. Kawałki filiżanki wypadły mi z rąk, kiedy zsunąłem się z kolan na tyłek. Wpatrzony we wzorki na dywanie, z trudem łapałem powietrze. On żyje? Polska żyje? Tyle lat czekania i wreszcie wrócił?

„No widzisz Liciu? Generalnie to opłaca się trochę poczekać, co nie?”

Znowu zobaczyłem jego beztroski uśmiech i usłyszałem przyjazny głos. Jak to możliwe, że po tak wielu latach udało mu się znowu powstać? Wolałem jednak nie łudzić się, zanim nie poznam faktów. Wstałem i otrzepałem spodnie z kurzu. Musiałem pójść spytać Pana czy zejdzie na obiad, bo inaczej nie będę mógł dowiedzieć się niczego. Ukraina zaczęła wspinać się po schodach, ale zatrzymałem ją ruchem ręki. Z bijącym sercem ruszyłem w stronę pokoju Pana Rosji. To ja musiałem stawić temu czoła.
***
Po godzinie wszyscy siedzieliśmy przy długim, nakrytym bogatą zastawą, stole. W kominku trzaskał ogień, pożerając kolejne kawałki drewna. Dookoła roznosił się zapach pieczonego mięsa, a Pan Rosja od dłuższego czasu wpatrywał się w swój kieliszek z wódką. Patrzyliśmy się po sobie z niepewnością wypisaną na twarzy i grzebaliśmy widelcami w talerzach. Otworzyłem usta, żeby zacząć konwersację, kiedy przerwał mi Łotwa.
- J-Jak tam spotkanie Panie Rosjo? - wyjąkał. - Nie było Pana bardzo długo.
Podniósł na niego wzrok, przez co mały skulił się i schował ręce pod stół. Jego wyraz twarzy był dość łagodny, ale po dzisiejszych wydarzeniach nikt nie miał odwagi powiedzieć chodźmy jedno słowo.
- Tak. W rzeczy samej, nie było mnie długo - westchnął i przetarł ręką twarz. - Powiem krótko. Jest źle.
Wszyscy utkwili w niego wzrok. Ten sięgnął po kieliszek i w końcu go opróżnił. Westchnął ciężko i wstał z miejsca.
- Nie mam nastroju, żeby się w to zagłębiać. Ujmijmy to tak: świat staje na głowie, żeby posprzątać po wojnie, wszędzie nic tylko protesty, a ten idiota Polska narobił zamieszania i znowu się panoszy.
Zamarłem. Czyli to prawda… Polska żyje…
- Jutro jedziemy złożyć mu wizytę. Muszę zobaczyć to na własne oczy - patrzył się na mnie, a po chwili ruszył do drzwi i zniknął. Siedziałem jak zaklęty, wpatrując się w szklankę z wodą. Myśli wirowały po całym pokoju, tworząc konstelacje ze wszystkich wspólnych wspomnień. Moich i Polski. Myślałem, że nigdy się nie spotkamy, a tymczasem on odrodził się jak feniks z popiołów. Pamiętam dzień, w którym zapewniał mnie, że da z siebie wszystko, niezależnie z czym będzie musiał się zmierzyć.

„Chciałbym, żeby ludzie porównywali mnie do feniksa. To by było totalnie genialne gdybym mógł pokazać im wszystkim, że nadal jestem coś wart, co nie!? Jeszcze kiedyś im pokażę Liciu! Zobaczysz!”

Kiedyś wydawało mi się, że przemawiał przez niego zwykły egoizm, ale teraz pojąłem co tak naprawdę miał na myśli. Chciał udowodnić, nie przede mną czy kimkolwiek innym, tylko przed samym sobą. To on był tym smutnym i samotnym, nie ja, jak zwykli nazywać mnie inni. Wiecznie odnosiłem wrażenie, że traktuje mnie z góry, a teraz zdałem sobie sprawę, że był jednym z nielicznych państw, które traktowało mnie jak równego sobie. Nawet po zawarciu unii, mimo wielkie potęgi, wydawał się jakiś mizerny. Zrozumiałem, że tak naprawdę przez cały ten czas byłem dla niego oparciem. Beze mnie czuł się słaby i samotny, więc nigdzie nie ruszał się bez mojej asysty. Zawsze, kiedy ktoś śmiał się z jego dziewczęcej fryzury i upodobania do łowickich, kolorowych sukienek, przychodził i żalił się właśnie mi. Ta sztuczna pewność siebie była jedynie przykrywką dla słabości i strachu przed innymi państwami. A teraz ten przerażony chłopiec po ponad 100 latach niewoli odrodził się jak feniks z popiołów. Tak jak marzył. Teraz ja musiałem tam wrócić i przeprosić za te wszystkie miesiące, przez które on dzielnie walczył, a ja nie miałem o tym pojęcia.
***
Następnego dnia siedziałem na tyłach samochodu Pana Rosji. Uchyliłem okno, żeby wpuścić ciepłe wiosenne powietrze do środka. Czułem coraz intensywniejszy zapach kwitnących łąk, im jechaliśmy dalej na zachód. Zaciskałem dłonie w pięści, bijąc się z myślami. A jeśli on o mnie zapomniał i mnie nie pozna? Co jeżeli ma mi za złe, że go zostawiłem? Ścisnąłem nogawki spodni na kolanach. Po paru godzinach jazdy przy drodze ukazał się znak z białym orłem w koronie, a pod nim widniał napis „Polska” . Wstrzymałem oddech. Polska naprawdę tu jest. Żyje. Nadal nie potrafiłem w to uwierzyć. Za znakiem rozciągała się długa, kręta droga z wysokimi, zieleniącymi się drzewami po bokach. Otworzyłem okno na oścież i wychyliłem przez nie głowę, żeby lepiej widzieć.
- Litwo - dopadł mnie chłodny głos Pana Rosji. W jednej chwili opadłem na siedzenie i spojrzałem w jego stronę.
- Ty znasz to miejsce najlepiej. Chciałbym, żebyś zaprowadził mnie gdzieś, gdzie jest spokojnie, i gdzie moglibyśmy chwilę odpocząć. Taka długa podróż mnie męczy.
- T-Tak, oczywiście… - przytaknąłem. Jedynym miejscem, które przyszło mi wtedy do głowy była łąka, na której niegdyś uwielbialiśmy z Polską spędzać razem czas. Miałem nadzieję, że może go tam spotkam. Może czekał na mnie? Może siedział teraz na ogromnym kamieniu, machając nogami i wygrzewał się na słońcu. Potrafiłem wyobrazić sobie, jak jego jasne włosy, przy każdym powiewie wiatru, zasłaniają mu twarz, a przenikliwe zielone oczy wpatrują się w dal. Widziałem oczami wyobraźni jak karze mi zamknąć oczy, a potem, kiedy je otwieram ma na głowie wianek i paraduje w nim przede mną, machając biodrami jak francuska modelka. Tęskniłem za tymi dniami, kiedy nie musieliśmy martwić się wieloma przyziemnymi sprawami. Mogliśmy spędzać czas razem, opowiadając sobie stare legendy i obserwować gwiazdy każdej nocy. Wpatrywałem się w mijane drzewa, kiedy moją uwagę przykuła ogromna wierzba płacząca. Jej długie gałęzie zwisały aż do ziemi, ale lekko popychane przez wiatr, ukazywały co kryje się za nimi. Ktoś tam stał. Mglista postać zdawała się przywoływać mnie władczym gestem ręki. Nie widziałem dobrze kto to, ale byłem pewien, że muszę tam pójść. Muszę sprawdzić! Muszę się upewnić, czy to na pewno nie jest on!
- Stać! Stop! Zatrzymajcie się!!! - krzyknąłem, a samochód gwałtownie zahamował. Złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi na oścież. Wyskoczyłem na zewnątrz i pędem pobiegłem w stronę wierzby. Za sobą słyszałem wściekłe wrzaski Pana Rosji i pisk Ukrainy. Niestety nie zdołały mnie one zatrzymać. Biegłem, potykając się o kamienie i piaszczyste górki, prosto do wierzby, ale im bliżej niej byłem tym tajemnicza postać stawała się coraz bardziej niewyraźna. Nie może tak być! Nie! Minąłem płaczące, przypominające mnie samego, drzewo i biegłem dalej z nadzieją, że to jednak on. Po policzku spłynęła mi pierwsza łza. Czemu go tu nie ma?! Zatrzymałem się na środku łąki, która rozciągała się kilometrami za nieszczęsnym drzewem. Krzyknąłem z wściekłości i rozpaczy. Czemu musisz mi to robić teraz?! Chociaż raz nie baw się ze mną w kotka i myszkę! Poczułem ból w ramieniu. Ktoś ściskał moją rękę i wbijał w nią palce. Zwróciłem się w jego stronę, kiedy gorący prąd przeszył mój policzek.
- Jak śmiesz tak uciekać! Nie dobry Litwa! - Pan Rosja trzymał mnie za kołnierz koszuli i wyciągnął rękę, żeby znowu mnie uderzyć. Skuliłem się, żeby uniknąć ciosu, gdy nagle poczułem jak ktoś odciąga mnie do tyłu i upadam na ziemię. Kiedy podniosłem wzrok zobaczyłem wątłą postać stojącą twarzą w twarz z Panem Rosją, trzymając jego rękę w uścisku, chroniąc mnie przy tym przed uderzeniem.
- Totalnie cię nie ogarniam Rosja! Może zabierz się za kogoś swojego pokroju!
Ten głos.
- Jeżeli jeszcze nie wiesz, to generalnie to jest teraz mój teren, co nie?! Nie chcę tu żadnych panoszących się Rosji, czaisz facet?!
Przetarłem oczy ze zdumienia.
- Poza tym, Litwa jest teraz wolny! Nadal nie potrafisz tego przełknąć?! Wojna się skończyła! Totalnie i definitywnie!
Tylko jedna osoba miała tak specyficzny sposób wyrażania się.
- Wynocha koleś! Mam cię dość na najbliższe… na najbliższe zawsze!
Pan Rosja opuścił rękę i spojrzał się w moją stronę. Czy on przez ten cały czas ukrywał to, że jestem wolny i trzymał mnie u siebie? Mierzył mnie wściekłym wzrokiem. Miałem wrażenie, że zaraz złapie mnie i karze wracać do domu.
- Mam dość problemów. Na nic mi wasza dwójka - warknął i ruszył w stronę samochodu. Przez chwilę poczułem błogi spokój. Ne ma go. Niska postać odwróciła się w moją stronę. Miała krótko ścięte blond włosy, zielone oczy, na nogach wysokie skórzane buty w które wsunięte były czerwone spodnie, a poplamiona krwią koszula nosiła liczne łaty. Jego ręce były okropnie chude i zdawał się niższy i drobniejszy niż wcześniej. Polska zmierzył mnie wzrokiem i obdarzył szerokim uśmiechem.
- Totalnie skopałem mu tyłek, co nie?
Mrugnąłem parę razy. Czy to naprawdę on? Poczułem jak moje oczy robią się wilgotne. Tyle lat czekania i w końcu stoi przede mną… taki sam jak wcześniej.
- Coś taki markotny? - przekrzywił głowę i patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Nie potrafiłem wydobyć z siebie żadnego słowa. Polska uklęknął przede mną i roześmiał się radośnie. Złapał moje ramiona i przyciągnął do siebie, ściskając tak mocno, jakby nie miał zamiaru już nigdy puścić.
- Ja też się za tobą stęskniłem…
Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Najpierw było ich zaledwie parę, ale potem przerodziły się w prawdziwy strumień. Nigdy nie czułem się tak szczęśliwy jak teraz, trzymając w ramionach mojego najdroższego przyjaciela. Zamknąłem oczy i pozwoliłem łzom płynąć. Nagle usłyszałem, jak Polska pociąga nosem i głośno łapie powietrze. On też płakał?
- T-Tak strasznie tęskniłem - wyjąkałem przez łzy. - To były aż…
- 123 lata. Liczyłem - odparł, odciągając mnie od siebie. Ściskał moje dłonie i patrzył się na nie czerwonymi od płaczu oczami.
- Ja straciłem rachubę - przyznałem się, spuszczając wzrok. Dotknął dłonią mojego podbródka i zmusił do podniesienia wzroku. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, kiedy nachylił się i złożył na moim czole delikatny pocałunek. Czułem jak ciepło przepływa przez całe moje ciało. Uniosłem jego ręce do swoich ust i je pocałowałem. Zachichotał jak mała dziewczynka. Zmarszczyłem brwi i przybrałem poważny ton.
- Polsko - zacząłem, ale mój głos znów zwiotczał - ja... chciałbym cię...
Nie zdążyłem dokończyć, bo zasłonił mi usta ręką.
- Liciu, teraz totalnie wszystko co się działo nie jest ważne. Korzystajmy z tego co jest teraz - odpowiedział z uśmiechem. - Będziemy się zaje fajnie bawić, no nie? - podskoczył i stanął na nogi, pociągając mnie za sobą. Kiedy staliśmy twarzą w twarz, żeby na niego spojrzeć musiałem schylić głowę, a on zadrzeć ją wysoko. Wykrzywił usta w grymasie.
- Nadal jestem od ciebie niższy. Totalnie niesprawiedliwe - stanął na palcach, a jego oczy sięgnęły mojego nosa. Zaśmiałem się. Zawsze robił mi o to wyrzuty i czasami kazał chodzić na kolanach, żeby mógł poczuć się wyższy.
Nadal mocno trzymał moją rękę, kiedy ruszyliśmy na łąkę. Patrzyłem na jego blond włosy i dziewczęcy chód, ale nie widziałem w nim już ciapowatego, słabego chłopaczka, ale najlepszego, lekko ekscentrycznego przyjaciela.
- Nauczyłem się robić totalnie świetne wianki! Chcesz to pokażę ci jak! - zakrzyknął radośnie i nachylił się, żeby zerwać małą stokrotkę. Uśmiechnąłem się, kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały i przytaknąłem. Po chwili zwróciłem uwagę na jego koszulę.
- Jesteś cały we krwi…
- A, to? – powiedział, nadal zrywając kwiatki. – Stare, nie miałem czasu wyprać.
Kąciki moich ust mimowolnie uniosły się do góry. Po tylu latach, przez tą jedną, krótką chwilę, znów mogło być jak dawniej.

  • awatar Gość: A to jeszcze lepsze! Świetnie napisane!
  • awatar Lisa Angels: Brak mi słów, o mały włos się nie poryczałam na końcówce. Bardzo się wczułam i kurcze, czuje niedosyt, chcę więcej takich niespodzianek
  • awatar Setton: Opiszę twój fanfic jednym słowem : Zajeglibisty :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Po upojnej nocy spędzonej na oglądaniu kolejnego odcinka "Gry o tron" w towarzystwie chłopaka i ratowaniu przyjaciółki, która w środku nocy wbiła do domku zlana w trupa, byłam wycieńczona. Nie dość, że jedyną rzeczą jaką można robić w nocy z osobą płci przeciwnej leżąc na tym samym łóżku, to oczywiście wyzywanie bohaterów serialu od jełopów, a potem śmianie się jak dwa konie, to jeszcze trzeba tą sielankę przerwać, żeby koleżanka mogła, zabijając cię odorem alkoholu, opowiedzieć o tym jak to się całowała.
- Co tam się do cholery działo?! - pomogłam Kivi doprowadzić Harriet do kanapy. Obcisła sukienka zadarła się jej do góry odsłaniając majtki, a szpilki pokrywała warstwa błota. Śmierdziało od niej tanim winem i wodą kolońską. Cały makijaż spływał jej z twarzy razem ze łzami. Pewnie zwróciła na siebie uwagę nie jednego zboczonego kolesia.
- Chlała na umór! Nie chciała mnie słuchać! - usprawiedliwiała się Kivi.
- Całowałam się z nim! - krzyknęła Harriet dumna z siebie, co chwila przeczesującą włosy ręką - Słyszysz?! Całowałam się z nim! - opadła na kanapę w spazmatycznym śmiechu. Zataczała się, ściskając brzuch i plując na wszystkie strony. Samo patrzenie na nią sprawiało, że coś we mnie wrzało. Jakby nie można było w spokoju spędzić czasu ze swoim kochanym, aczkolwiek przewrażliwionym chłopakiem, tylko co chwilę ratować komuś dupę!
- Kivi może potwierdzić! - wskazała na nią palcem: - Widziała jak się z nim CAŁOWAŁAM!
- Ethan!! - zignorowałam ją.
Odpowiedziała mi cisza. Podeszłam do drzwi i uderzyłam w nie pięścią.
- ETHAN!!!
Zza drzwi wyjrzała jego głowa, patrząc się to na mnie to na Harriet.
- Mam zatrzymać?
- Do diabła z serialem, masz tu przyjść!!!
Popchnęłam Harriet, która próbowała wstać, na poduszkę, a ta zalała się jeszcze większymi łzami i śmiechem.
- Ale kazałaś mi nie wchodzić - Ethan stał w progu wpatrując się w tę kupkę nieszczęścia. Czy on nie mógł raz na jakiś czas zacząć myśleć?!
- A może jednak się na coś przydasz i nam pomożesz?! - warknęłam, mocząc ścierkę w zimnej wodzie. Zamiast tego podszedł do Kivi i nadal wpatrując się w Harriet, nachylił do jej ucha
- To tak wyglądam jak się upije? - przekrzywił głowę i wskazał na nią ręką. Miałam ochote wyrwać mu te jego blond kudły.
- Dokładnie tak! A teraz pomóż mi ją uspokoić! - popchnęłam go w stronę kanapy. Drzwi od pokoju Madeleine otwarły się lekko. Głowa z burzą ziemistych loków wyjrzała na zewnątrz, a wraz z nią Lee i Sophie.
- Wynocha! - zdążyłam krzyknąć zanim któreś z nich zdążyło się odezwać. Spojrzałam się na nich błagalnym wzrokiem. Nie chciałam żeby oglądali ją w takim stanie.
- Proszę...
Lee położył dłoń na ramieniu Madeleine i wciągnął ją z powrotem do środka. Sophie zmierzyła mnie wzrokiem. Spodziewałam się jakiegoś złośliwego komentarza.
- Pomóc wam? - jej wyraz twarz był zaskakująco łagodny.
- Damy sobie radę - odparłam - ale dziękuje.
- Jakby coś, jestem obok - uśmiechnęła się zatroskana.
- Jasne - odpowiedziałam bladym uśmiechem. Spojrzałam się w stronę kanapy. Płacz magicznym sposobem ucichł. Ethan siedział przy Harriet i gładził ją po głowie chłodną ręką, szepczą przy tym coś. Dziewczyna miała przymknięte oczy, a wargi jej drżały. Zrobiło mi się ciepło. Ethan działał tak na wszystkich, mimo zewnętrznego chłodu był najcieplejszą osobą jaką znałam. Jego chłodne ręce idealnie przydawały się do ukojenia bólu. Tylko on sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Zawsze wydawało mu się, że potrafi tylko krzywdzić ludzi. Podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na ramieniu. Odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął. Harriet mruknęła coś ostatni raz i odetchnęła spokojnie.
- Zasnęła - szepnął.
Kivi, która przez cały czas stała w rogu, podeszła i z troską przyjrzała się dziewczynie.
- Nie wiem co w nią wstąpiło... Próbowałam jej to wybić z głowy, ale mnie nie słuchała... - w jej oczach zakręciły się łzy. - To już kolejny raz...
Złapałam jej rękę.
- Nic się nie stało - pocieszyłam ją chociaż sama w to nie wierzyłam. Harriet od dłuższego czasu tak się zachowywała. Najpierw Alex, potem imprezy co równa się alkohol i fajki, a potem było już coraz gorzej. Gdyby nie była tak wątłego zdrowia pewnie w ogóle by mnie to nie obeszło. Problemem były głosy, które słyszała w głowie, to przez nie tak marnie się czuła. Zmarli zadręczali ją tak strasznie, że musiała pójść do psychologa, który pomógł jej nad tym panować. Niestety nadal czasami nie mogła przez nie spać.
Kivi ścisnęła moją rękę i uśmiechnęła się blado. Po policzkach popłynęły jej łzy, które od razu starła.
- Dziękuje - spojrzała na Ethana.
- Drobiazg - wzruszył ramionami.
Westchnęła i potrząsnęła głową, przywracając się do porządku.
- Ja tu zostanę, a wy idźcie spać.
- Ale...
Posłała mi gniewne spojrzenie, a potem wymownie spojrzała na Ethana i puściła do mnie oko.
- Idźcie, ja się nią zajmę - wepchnęła nas do mojego pokoju i zatrzasnęła drzwi. W mroku świecił się jedynie ekran laptopa. Przeczesałam włosy ręką i westchnęłam.
- Będzie z nią dobrze, tylko się upiła.
- Nie o to się martwię - usiadłam na łóżku i opatuliłam cienką kołdrą - tylko o jej relację z Alexem.
- A co w niej złego? Tylko się spotykają.
- Nie widzisz?! Przez niego się tak zachowuje! Wcześniej taka nie była...
Ethan usiadł obok mnie i otoczył mnie ramieniem.
- Jest mądra, przejdzie jej - szepnął.
- Musisz zawsze usprawiedliwiać ludzi? To w dużej mierze jej wina i dobrze o tym wiesz!
- Całe szczęście, że ty jesteś idealna - przewrócił oczami.
- A ty? Czemu w waszym męskim gronie tylko ty jesteś normalny? - zachichotałam.
- A jestem?
Przewróciłam oczy ze śmiechem.
- No może nie do końca, ale robisz postępy.
- I co w związku z tym?
- Nie potrzebujesz alkoholu żeby się bawić, nie wyzywasz dziewczyn od dziwek i umiesz się ubrać.
Zaśmiał się.
- Powiedzmy, że masz na mnie dobry wpływ miodowa księżniczko... - zbliżył twarz do mojej.
- Czyżby? - spytałam kiedy zamknął mi usta pocałunkiem. Poczułam jak gorąco wylewa mi się w brzuchu. Przyciągnął mnie bliżej i pogładził po plecach. Zarzuciłam mu ręce na szyję i pogłębiłam pocałunek. Jego usta były lodowato zimne i czułam jak moje stają się takie same. Moje ciało zaczęło dygotać, chociaż starałam się to powstrzymać. W tym momencie oderwał się ode mnie i spojrzał na moje usta z przerażeniem, a potem na swoje ręce. Zacisnął je w pięści. Wiedziałam co to oznacza.
- Przepraszam - wyjąkał, powoli wstając.
- Spokojnie... - wyciągnęłam do niego rękę.
- Nie... Ja... Ja naprawdę nie mogę tak dłużej. Sama widzisz jak jest - westchnął i położył ręce na skroniach - To bez sensu, tylko cię krzywdzę! - bładził po ścianach przerażonym wzrokiem. Złapałam jego rękę.
- Uspokój się...
- NIE! - wyrwał się z uścisku. Otworzyłam szeroko oczy i zacisnęłam wargi.
- Ethan... proszę... - wyjąkałam ze łzami w oczach.
- Nie rozumiesz!? To nie jest normalne! Nie mogę cię dotykać! Nie chcę! Przeze mnie jesteś taka lodowata! - złapał za klamkę. Poderwałam się z miejsca i wbiłam w niego wściekły wzrok.
- A może po prostu się boisz?!
Otworzył usta i poruszył nimi jak ryba, jakby chciał coś powiedzieć.
- Nie możesz tak się zachowywać przez cały czas! Ogarnij się wreszcie! Chcę mieć mojego chłopaka przy mnie, a nie tylko na papierze!
- Echo... - patrzył się ma mnie przerażony moim gniewem.
- Nie echuj mi tutaj! - złapałam go za rękę. Moje ciało przeszedł lodowaty prąd. Miliony szpilek wbijało się w moją skórę, od palców dłoni aż po te u stóp. Pisnęłam i puściłam jego rękę. Nigdy wcześniej nie był taki lodowaty. Patrzyłam się w jego przerażone oczy, które wołały o przebaczenie. Co się z nim działo? Co się z nami działo?
- Przepraszam cię - szepnął. - Nie powinnaś się do mnie zbliżać. I ja do ciebie też nie. Po prostu dajmy sobie ze sobą spokój.
Naciągnął rękaw bluzy, zakrywając dłoń. Serce waliło mi jak oszalałe, a oczy piekły i robiły się wilgotne. Pierwsza łza spłynęła mi po policzku. Zawsze robił takie szopki, ale to co powiedział teraz rozerwało mnie na pół. Czy on chciał mnie zostawić?! Teraz?! Kiedy go tak strasznie potrzebowałam! Kiedy przyczyniałam się do nieszczęścia jakie spotka ich wszystkich kiedy powiem o jedno słowo za dużo! Teraz kiedy potrzebowałam bliskości tego cholernego sangwinika, niepoprawnego optymisty, który muchy by nie skrzywdził, tego którego nie denerwowały moje humory! Nie miałam zamiaru patrzeć jak odchodzi przez swój strach! Uchylił drzwi, wąski promień światła oświetlił moją zapłakaną twarz. Gdyby nie odwrócił się do mnie ostatni raz pewnie nawet nie przeszłoby mu przez myśl, że ta suka potrafi płakać. I to z jego powodu.
- Na bogów - szepnął zatroskany, jego mina wyrażała więcej niż pudełko Rafaello - ale nie... ale nie płacz...
- Jesteś tchórzem! - syknęłam. Nie potrafiłam już zapanować nad słonymi łzami.
- Wiem, wiem, że jestem - przytaknął natychmiast i ujął moją twarz w dłonie. Były zimne, ale nie tak lodowate tak jak wcześniej. A może tylko mi się tak wydawało.
-Ale na bogów, księżniczko, nie płacz proszę.
Złapałam jego dłonie i ścisnęłam je mocno, żeby nie mógł ich zabrać. Spoglądałam na własne stopy i połykałam gorzkie łzy, pociągając przy tym nosem.
- Królewno... - szeptał błagalnie.
Uniosłam wzrok i spojrzałam w jego zatroskane oczy. Wyglądał tak słodko, mogłabym patrzeć się na niego godzinami. Wyczekiwał aż coś powiem, wywiercając mi dziurę w głowie. Pierwszy raz widział mnie we łzach i musiało go to okropnie przestraszyć. Właśnie o to mi chodziło.
- Ładnie to tak doprowadzać damę do płaczu? - zapytałam, unosząc kąciki ust w uśmiechu.
Westchnął z ulgą, przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Wtulił twarz w moje włosy, aż poczułam zimny oddech na karku. Kolejny raz zatrzymałam go przy sobie zwykłym teatrzykiem. Czułam się podle kiedy on robił dla mnie wszystko, a ja odpłacałam mu się zwykłym egoizmem.
- Zrobiłbym dla ciebie koktail owocowy - szepnął. Miałam ochotę znowu się rozpłakać, ale to mogłoby jedynie zszargać moją opinię "tej zimnej".
- Truskawkowy?
- Jaki tylko byś sobie wymarzyła.
- A ja dla ciebie jagodowy - w końcu jagody to jego ulubione owoce. A koktail owocowy to alternatywa dla miłości. Uznaliśmy, że robienie koktailu dla drugiej osoby to idealne odzwierciedlenie młodzieńczej miłości. Która nigdy nie jest ani prawdziwa, ani wieczna. "Kocham cię" to w końcu tylko zwykłe zdanie, a robienie koktailu jest bliższe pokazaniu drugiej osobie tej właśnie miłości. Staliśmy tam więc, przytuleni, dobre pół godziny, wyznając sobie uczucia pod postacią zmielonych na miazgę owoców.

  • awatar Lisa Angels: "- Na bogów - szepnął zatroskany, jego mina wyrażała więcej niż pudełko Rafaello - ale nie... ale nie płacz..." w tym fragmencie padłam, nie dość że tekst z rafaello to jeszcze facet każe jej nie płakać, mimo, że parę sekund wcześniej ją żucił. Podobała mi się też końcówka, zabawnie brzmi ostatnie zdanie, tak... klimatycznie... ta już bredzę. Tak, więc zaskakuje mnie fakt, że nie mogą się dotykać, a tu bach i półgodziny spędzają na ckliwych rozmowach spokojnie się obejmując. Dobrze, że Echo nie zamarzła. Mam jeszcze tyle do powiedzenia, ale nie będę zanudzać i jedynie poczekam na następny rozdział. PS kocham mężczyzn związanych z lodem śniegiem itp.
  • awatar Paula ;33333: Fajne! :D Wbijaj do mnie :)
  • awatar badassgirl: Masz świetny styl! pisz dalej i próbuj wydać!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Stała tam z wzrokiem wbitym w punkt nad naszymi głowami. Miała brązowe, krótko ścięte włosy jak Królewna Śnieżka z serialu "Dawno, dawno temu" i przeszywająco niebieskie oczy. Ubrana była w zbyt duże jasne dżinsy z podwiniętymi nogawkami, wełniany niebieski sweter, spod którego wystawał kołnierzyk od białej koszuli i śnieżnobiałe tenisówki.
Przejechała wzrokiem po obecnych. Z kamiennym wyrazem twarzy odwróciła się do chłopaka stojącego za nią. Mieszkaniec 27, Fabian, który wszedł razem z nią do pokoju, skinął lekko głową. Dziewczyna jeszcze raz odwróciła się w naszą stronę, wsunęła ręce do kieszeni od spodni, a jej twarz nieco złagodniała.
- Nazywam się Ginewra Onatah. Jestem burmistrzem Oazy, miasta widmo, domu wszystkich Odmieńców.
Nastała cisza. Czy ona nie była trochę za młoda na bycie burmistrzem? A Oaza? Przecież to tylko bajka. Wieczorem opowiadali nam o tym miasteczku starsi obozowicze. Teraz, co prawda, już ich tu dawno nie było, ale zawsze kiedy o nim wspominali, oczy im się świeciły. Tak jakby to było odległe marzenie o wolności: niedoścignionej i niemożliwej. Nikt już od dawna nie traktował tego poważnie. Z uporem maniaka każdy starał się przystosować do rzeczywistości, porzucając wszelkie marzenia. Podobnie jak reszta moich znajomych ja też powinnam stracić nadzieję. Niestety, pewna osoba mi to uniemożliwiała. Siedziała teraz i lustrowała wzrokiem kochankę Lancelota.
Posłałam Ethanowi chłodne spojrzenie. Odwrócił się do mnie i zrobił minę niewiniątka, unosząc ręce w geście kapitulacji. Zarzuciłam włosy na plecy, wydymając przy tym usta. Niech wie co traci. Niemal czułam na sobie jego wkurzający, radosny uśmiech. Nic mnie bardziej nie irytowało niż jego wiecznie pozytywne nastawienie.
Zerknęłam na Harriet, który zrywała sobie skórki przy palcach i obserwując Ginewrę zapewne zastanawiała się czy jej cycki są prawdziwe. Kivi przebierała nogami i zaplatała kosmyk włosów w mały warkoczyk.
Kochanka Lancelota złapała za oparcie krzesła, na którym trzymała nogi wykolczykowana dziewczyna spod 51 i wyszarpując je, podstawiła pod swój tyłek. Dziewczyna prychnęła urażona, ale Ginewra ją zignorowała.
- Wiem, że dla niektórych może wydawać się to niemożliwe. Dlatego zanim przejdziemy do sedna chciałabym was prosić o jak największą dyskrecję. Zależy nam na dochowaniu tajemnicy. - spojrzała się na każdego z osobna.
- Ręczę za nich - odezwał się Fabian. - Dochowają tajemnicy.
Dziewczyna nic nie mówiła. Kiedy napotkałam jej wzrok, skinęłam lekko głową dla potwierdzenia naszej uczciwości. Jak to mówią: nadzieja matką głupich. Ktoś tak wysoko postawiony jak ona powinnien o tym wiedzieć. Z resztą, może nie tylko ja w tym gronie kłamałam wszystkim w żywe oczy?
- Dobrze, dziękuję - przez jej twarz przemknął uśmiech. - Przyszłam tutaj dzisiaj w imieniu Oazy. Zapewne większość z was wie nieco o tym miejscu z opowieści.
- To nie bujda? - dziewczyna z włosami do pasa i poszarpaną bluzką odsłaniającą brzuch podniosła rękę do góry.
- Nie.
- Słyszałem, że to tylko bajeczka dla dzieci - niski chłopak w brązowych lokach wysunął głowę znad innych, żeby lepiej widzieć. Po chwili dołączyło do niego parę innych głosów.
- Rozumiem - dziewczyna podniosła rękę, by ich uciszyć - że jest to dla was temat pełen wątpliwości. Zapewniam jednak, że Oaza istnieje i ma się dobrze.
- W takim razie czemu wcześniej nikt nas nie poinformował? - podniosłam głos chyba zbyt wysoko. Ginewra wbiła we mnie lodowate spojrzenie i mimo, że miało ono dość łagodny wyraz, czułam się jakby tysiące szpilek wbija mi się w ciało.
- Nie mieliśmy wystarczających środków.
- Środków do czego?
- System obrony Oazy pozostawiał wiele do życzenia.
- Więc teraz możemy tam bezpiecznie uciec?
- Byłoby to zbyt pochopne działanie.
- Wnioskuję, że wygodniej jest wam dać nam gnić tutaj kolejne miesiące czy lata?
- Tego nie powiedziałam.
- Więc?
- Ciekawska z ciebie osóbka.
Zacisnęłam wargi. Nawet nie zauważyłam kiedy mój głos przybrał agresywny ton.
Ginewra zwróciła się do reszty.
- Wasza wygadana koleżanka poruszyła ważny temat. Tak, mamy zamiar otworzyć Oazę dla mieszkańców obozu.
W pokoju zawrzało. Wszyscy szeptali między sobą podekscytowani. Ginewra podniosła się z miejsca.
- Natomiast - nacisnęła - będzie się to odbywać w ratach. Wasza grupa zostanie tam zaprowadzona na jedną noc, tak aby nikt nie zauważył waszego zniknięcia
Fabian złapał ją za ramię i wyszeptał jej coś do ucha. Ginewra przytaknęła i jeszcze raz zwróciła się w naszą stronę.
- Spotkanie zostało zaplanowane na zaledwie parę minut ze względów bezpieczeństwa. Została nam zaledwie chwila dlatego pragnę zakomunikować, iż ucieczka odbędzie się pojutrze, zbiórka przy murze w opuszczonej części obozu o godzinie 21. Nie bierzcie ze sobą nic i ubierzcie się wygodnie.
Po tych słowach zniknęła za drzwiami.
- Czaicie?! Wydostaniemy się z tej dziury! - Alex spod 20 złapał rękę Ethana i chłopaka, który siedział obok i podniósł je do góry jak sędzia na ringu, wydając przy tym okrzyk godowy. Potem dołączyły do niego inne okrzyki radości. Kivi i Harriet pisnęły i złapały mnie za ręce. Zaśmiałam się.
- Trzymaj się świecie, nadchodzimy!
- Żegnajcie obskurne domki! - zafturowała mi Harriet.
- I obrzydliwe obiady! - dołączyła Kivi.
- I wieczne rozkazy! - zawołała basem wykolczykowana emo.
- I ciszę nocną! - pisnęła mała dziewczynka w koku.
- Której i tak nikt nie przestrzega. - spocony chłopak w grubej zimowej kurtce przewrócił oczami. Odpowiedziała mu salwa śmiechu.
Wszyscy zaczęli wstawać z miejsc i zakładając kurtki, ruszać do wyjścia. Złapałam płaszcz i ostatni raz pisnęłam radośnie, ściskając ręce przyjaciółek. Nie miałam głowy żeby zamęczać się wyrzutami sumienia akurat teraz. Powinnam zrobić sobie przerwę od nękania się myślami z grupy "co ja właściwie robię ze swoim życiem".
- Widzimy się jutro? - dałam każdej buziaka w policzek.
- Odpada. Musze skompletować strój na wyjście i zostałam zaproszona na imprezę do jedynki. - zaśmiała się Kivi.
- Wszystkie zostałyśmy. - poprawiła ją Harriet.
- Ty i tak nie idziesz - wzruszyła ramionami - bo biegasz za Alexem.
Harriet zacisnęła wargi i skrzyżowała ramiona.
- Jeżeli też tam będzie to idę z tobą - zwróciła do mnie twarz. - A ty?
- Na wieczór jestem umówiona z Ethanem - włożyłam ręce do kieszeni. - Zapytam się go czy chce iść.
- No nieważne - Harriet wzięła Kivi po rękę. - Buźka.
Ruszyłam powoli w stronę drzwi, kiedy poczułam chłodną dłoń ściskającą moją. Ethan uśmiechnął się promiennie.
- Kumpel pożyczył mi rękawiczki.
- Alex? Słyszałam, że on też mówił ci, że to dobry pomysł. Ale ty oczywiście nie mogłeś nas posłuchać od razu.
Splótł palce z moimi i przyciągną mnie blisko, nic nie mówiąc. Po wyjściu w nasze twarze uderzył powiew świeżego, przesiąkniętego deszczem powietrza. Ethan skoczył z werandy na trawę, ciągnąc mnie za sobą, przepuszczając resztę osób. Oplótł ręce wokół mojej talii i pocałował w policzek.
- Mówiłem, że będzie dobrze! Niedługo będziemy przechadzać się po gorących hawajskich plażach - oczy mu się śmiały. Rozczochrałam jego krótkie, blond włosy i pociągnęłam go w stronę domków.
- Popijając drinki z palemką i całe dnie całując się na plaży - dokończyłam - a teraz chodź bo zimno.
Ruszyliśmy za rękę ubłoconą ścieżką. Spojrzałam na rozchodzących się ludzi. W tłumie dostrzegłam wysokiego chłopaka z blond włosami do ramion, który wpatrywał się we mnie ze smutkiem. Joshua. Odwróciłam wzrok. Nie było mowy o jakichkolwiek wyrzutach sumienia. Nie, kiedy wszystko układało się tak dobrze.


  • awatar Lisa Angels: Echo - śliczne imię, takie głębokie, a zarazem płytkie jak rzeka. Fabuła twojego opowiadania wciąga jak taka rzeka, nie wiadomo kiedy i jak ten strumyczek porywa głazy i przecina góry. Muszę szczerze przyznać, że masz bardzo przyjemny styl pisania, nie pomijasz opisów, co się bardzo chwali, oraz lekkość opowiadania sprawia, że czytelnik nie męczy się z każdym kolejnym rozdziałem. Widziałam parę literówek, ale każdemu może się zdarzyć :D Co do fabuły, początek kojarzył mi się z igrzyskami śmierci, ale teraz kojarzy mi się z inną książką, której tytułu nie pamiętam. Podoba mi się, że to główna bohaterka jest tą "złą", szpiegiem, to, jak ukazujesz jej wątpliwości, wahanie, lęk. Moje klimaty. No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak czekać na kolejny rozdział :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Po raz dziewiąty w środku nocy obudziło mnie przeciągłe skrzypnięcie drzwi. Ostatni pełny wdech, potem będę mógł zadowolić się jedynie tymi urywanymi. Kiedy się śpi oddech jest o wiele wolniejszy, warto to zapamiętać, kiedy co noc do twojego pokoju przychodzi tajemnicza dziewczyna. Przecież kto wie czy pod tą bluzką nie ma ukrytego tasaka, którym zaszlachtuje cię kiedy poczuje choćby najmniejszy ruch. Przechodzi małymi kroczkami przez pokój, jej bose stopy wydają głuchy dźwięk na zimnej podłodze. A następnego dnia z twojej sekretnej szuflady, w której trzymałeś czekoladę na czarną godzinę, znika parę tabliczek. Co ciekawe, nigdy pieniądze, ani iPod. Nic wartościowego.
Od razu zamknęła za sobą drzwi, przez co tylko przez chwilę mogłem się jej przypatrzeć. Mała strata, gdybym umiał rysować, naszkicowałbym jej twarz nawet z zamkniętymi oczami. Miała średniej długości blond włosy, podłużną twarz i pełne usta, które malowała czerwoną szminką. Nie byłoby w niej nic niezwykłego, gdyby nie to, że zawsze spędzała czas sama. Sama się uczyła, sama siedziała na lekcjach, sama wychodziła na szkolne podwórko. Jeszcze nigdy nie widziałem jej rozmawiającej z kimkolwiek. Przecież nie była odrażająca, wręcz przeciwnie, była śliczna, a do tego do bólu fascynująca. Zawsze pachniało od niej piernikową kawą ze szkolnej kawiarni. Na stołówce nigdy nic nie jadła, siedziała z boku i wlewała w siebie kofeinę, przypatrując się wszystkim dookoła i od czasu do czasu spoglądając na ekran telefonu. Wątpię, że z kimś pisała, pewnie przeglądała tablicę na Facebooku, bacznie przypatrując się życiom innych osób, do których nigdy nie będzie miała wstępu. Tak jakby szukała czegoś prawdziwego wśród tej mieszanki fałszywych ludzi.
Oddychałem spokojnie i z uwagą przypatrywałem się jej ruchom. Stała przy drewnianej komodzie i spod moich ubrań wyciągnęła papierowe pudełko. Tylko nie moje czekoladki z rumem! Moje oczy powoli przyzwyczaiły się do mroku jaki panował w pokoju. Jedynie księżyc oświetlał wszystko niebieską poświatą. Zacisnęła blade palce na pudełku. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że wiem o niej tak wiele: jaką kawę lubi najbardziej, co robi w wolnym czasie, że gdy słucha muzyki zawsze uderza palcami w rytm o szybkę telefonu, że nienawidzi sztuki, bo zawsze wyciąga na niej książkę i zaczyna czytać, malując przy tym brzegi kartek ołówkiem, a nie wiedziałem jednej, podstawowej rzeczy.
- Jak ci na imię?
Pożałowałem tego, że się odezwałem w chwili, gdy wypowiedziałem ostatnie słowo.
Dziewczyna odwróciła się w moją stronę i stanęła nieruchomo, a pudełko wysunęło się z jej rąk i upadło na podłogę. Patrzyliśmy się na siebie dobrą chwilę. Serce waliło mi jak oszalałe. Co ja najlepszego zrobiłem!? Zaraz albo stąd ucieknie i nigdy nie dane mi będzie na nią spojrzeć, albo rzuci się na mnie i zadźga kredką do oczu!
- Alicja - jej głos był zaskakująco niski i zmysłowy. Spodziewałem się czegoś bardziej słodkiego.
- Mam na imię Alicja.
Nastała niezręczna cisza. Tymczasem w mojej głowie szalała kolorowa burza. „Alicja! Jakie cudowne imię!” Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że ona nadal się we mnie wpatruje. Wyciągnąłem rękę i zapaliłem lampkę przy łóżku. Jasne światło oświetliło cały pokój. Przymrużyłem oczy i zmierzyłem wzrokiem Boską Alicję. Miała na sobie długą szarą bluzkę sięgającą do połowy ud.
- Jestem Oskar - udało mi się wreszcie wydukać.
Wykrzywiła czerwone usta w grymasie, przygryzając dolną wargę. Jasna sprawa, moje imię było odrażające.
- Co tutaj robisz?
Błagam, przecież doskonale wiem co tutaj robi!
- Chyba to samo co ty - uwolniła dolną wargę z uścisku, unosząc kąciki ust do góry. To samo co ja? Była jeszcze bardziej tajemnicza, gdy coś mówiła.
- Poznaje cię bliżej - tym razem uśmiechała się od ucha do ucha. Zbiła mnie z tropu. Czyżby wiedziała, że ją obserwuje? A jeżeli tak, to wpadłem po uszy! Zmrużyłem oczy i zrzuciłem z siebie kołdrę, siadają na łóżku.
- Nazwałbym to raczej włamaniem i kradzieżą.
- W takim razie to nierozsądne z twojej strony, zostawiać otwarte drzwi na całą noc - wskazała na nie ruchem ręki, a cała jej twarz śmiała się perliście. Jaki ja byłem głupi! Przecież każdy by się zorientował. Tymczasem Alicja, widząc zmieszanie na mojej twarzy kontynuowała.
- Poza tym, chyba aż tak nie przeszkadza ci moje towarzystwo. Gdzie nie pójdę, ty lecisz za mną. Przypadek? - skrzyżowała ręce na piersi. Skąd ona to wszystko wiedziała!? Czułem jak moja twarz robi się czerwona. Najbardziej upokarzająca noc w życiu. Już miałem się usprawiedliwić, kiedy ona wpadła mi w słowo.
- Nie sądzisz, że to tak trochę jak włamanie? Wiesz, takie jakby naruszanie mojej przestrzeni osobistej? - popatrzyła się na mnie i od razu zmieniła temat. - To tak... teraz na poważnie: mam anoreksje. Dzienną. Nie wiem czy coś takiego w ogóle istnieje, ale polega to na tym, że jestem w stanie jeść jedynie w nocy. W dzień nie przełknę niczego – mówiła i raz po raz przewracała oczami. - Uznałam, że przez parę dni trochę strat w żywności nie będzie ci przeszkadzać. Więc wpadałam z wizytą - wzięła głęboki oddech i spojrzała się na mnie z nieśmiałym uśmiechem.
Nie mogłem wyjść z podziwu. Ta laska nawijała jak katarynka, a przy tym wyglądała tak seksownie, że nie mogłem odwrócić od niej wzroku!
- Tak, wiem. Jestem pokręcona.
NIE! Znaczy...nie, żeby mi to przeszkadzało. Była boska, a do tego jeszcze bardziej fascynująca niż mogłem to sobie wyobrazić.
- Tyle, że wiesz... - wyglądała na zmieszaną tym, że się nic nie mówiłem - Czekałam aż w końcu się do mnie odezwiesz... trochę smutno tak gadać samemu ze sobą.
W tym momencie nie wytrzymałem. Wyglądała tak przeuroczo, gdy się denerwowała, że wstałem, podniosłem czekoladki z ziemi i powiedziałem najgłupszą rzecz na świecie.
- Weź je i przestań gadać od rzeczy.
Głupi, głupi, głupi! Nie zdążyłem ugryźć się w języki, ani nic sprostować, bo jej tempo reakcji było zatrważające.
- Wyrzucasz mnie? - nie wyglądała na smutną, ani złą, wręcz przeciwnie, śmiała się od ucha do ucha.
- Nie o to mi chodziło - zaśmiałem się nerwowo. - Tylko trochę się w tym wszystkim gubisz.
- Ale... - zachichotała i wskazała palcem na czekoladki.
- Jasne - wzruszyłem ramionami. - Bierz je, mi i tak nie smakują.
- Przecież nawet nie są otwarte. - znów zachichotała: - jak to możliwe, że ich próbowałeś?
Westchnąłem ciężko. Naprawdę powinienem już się więcej nie odzywać. Złapałem za folię, otworzyłem pudełko i wepchnąłem jedną czekoladkę do buzi. Poczułem jak rozpływa się w moich ustach, a ze środka wypływa rum. Wykrzywiłem się teatralnie.
- W takim razie teraz ich szczerze nienawidzę.
Zaśmiała się głośno i też wzięła jedną. Nawet najlepszy aktor nie pokazałby obrzydzenia na twarzy lepiej niż ona.
- Muszę cię rozczarować, bo ja też ich nienawidzę. Co to za ohydna breja w środku?
Przez chwilę myślałem, że żartuje, ale ona utkwiła we mnie pytający wzrok.
- Są z rumem - wskazałem na opakowanie.
Podrapała się po policzku i oblizała usta.
- Rum. No tak, nigdy nie próbowałam alkoholu.
- Nigdy?! - nawet mnie to zdziwiło. Nie wyglądała na dziewczynę, która trzyma się zasad.
- Pewnie gdybym miała znajomych, już dawno zataczałabym się na korytarzu śpiewając "Czerwony jak cegła."
Zaśmialiśmy się oboje i w tym momencie naszła mnie cudowna myśl.
- W takim razie, skoro już się znamy, zapraszam cię na kieliszek whiskey z colą jutro przed śniadaniem. Co ty na to? - wyciągnąłem ramię jak dżentelmen.
- Z wielką chęcią - złapała za nie i ruszyliśmy w stronę drzwi. Kiedy staliśmy w progu Alicja zwróciła się w moją stronę z tajemniczym uśmiechem.
- Więc muszę ci się jakoś odwdzięczyć. Lubisz łamać zasady?
- Nienawidzę - odparłem bez zastanowienia.
- Skoro tak… - uśmiechnęła się, ukazując wszystkie zęby: - Jutro po ciszy nocnej, nawiewamy stąd i idziemy do kina na Pięćdziesiąt twarzy Grey'a.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, bo Alicja ruszyła korytarzem do swojego pokoju. Poruszała zmysłowo biodrami i zarzuciła włosy na plecy. Była jedyną dziewczyną, która bez żadnych skrupułów zaprosi chłopaka na film o seksie na pierwszej randce. A ja stałem tam z uśmiechem przylepionym do twarzy i pudełkiem czekoladek - symbolem tej chorej znajomości. Zapamiętać: Alicja jest naprawdę fantastyczna.
 

 
Dobiegłam do Ethana. Woda chlupotała pod moimi butami, a wiatr atakował twarz, którą za wszelką cenę starałam się ukryć pod kapturem. Odwrócił się w moją stronę i wyciągnął rękę. Chwyciłam ją i w tym momencie moje ciało przeszedł chłodny dreszcz. Musiał to poczuć bo poluzował uścisk, ale ja tylko ścisnęłam jego rękę mocniej. Nie było mowy, żeby w tym momencie się ode mnie odsunął, niezależnie od tego czy mnie to boli czy nie.
Przywarłam do jego ramienia i przyspieszyłam kroku.
- Przeziębisz się, proszę nie rób tego. - poczułam chłodny oddech na karku gdy szeptał mi do ucha.
- Chociaż dzisiaj przestań mi to wypominać. - odwróciłam twarz w jego stronę. - Mi to naprawdę nie przeszkadza.
Napotkałam jego niepewny wzrok. Niemal czułam jak jego lodowato niebieskie, smutne oczy przeszywają mnie na wylot. Nie chciałam żeby się smucił z tak błahego powodu. Ani teraz, ani nigdy. Wystarczająco martwiłam się za nas oboje. Uśmiechnęłam się mimo woli i pociągnęłam go dalej.
- Niedługo się stąd wydostaniemy. Nie będziemy się już niczym martwić. - kłamałam w żywe oczy, nie tylko jemu, ale i sobie.

***

Okna domku 27 świeciły mgliście na tle ciemnego otoczenia. Ethan złapał za klamkę i otworzył przede mną drzwi. Wślizgnęłam się do środka i poczułam przyjemne ciepło. Blado żółte światło sączyło się z żarówki. Drewniana podłoga pobrudzona była błotem i piachem, a w powietrzu unosił się zapach potu i deszczu. Cały pokój przepełniony był ludźmi. W rogu na łóżku siedziały moje przyjaciółki Harriet i Kivi, rozmawiały o czymś z wypiekami na twarzy. Przy oknie siedziała para i malowała serca na zaparowanej szybie. Wszyscy zajmowali się swoimi sprawami jak gdyby nigdy nic.
- Hej. - szepnęłam na tyle głośno, żeby przyjaciółki mogły mnie usłyszeć. Odwróciły się w moją stronę i uśmiechnęły podekscytowane, niemo mówiąc "mamy dla ciebie miejsce". Zsunęłam kurtkę z ramion i dopiero teraz zwróciłam uwagę na moją rękę, tą za którą trzymałam się z Ethanem. Była przeraźliwie zimna i sina, aż zaczęła mnie szczypać.
- Mówiłem żebyś tego nie robiła. - wydukał zza moich pleców - Przepraszam.
- Nic się nie stało. - przerzuciłam kurtkę przez łokieć i pocałowałam go w policzek. Był lodowato zimny. Polizałam usta żeby je rozgrzać.
Jego oczy były przepełnione troską, zrobiło mi się jeszcze cieplej. Miałam ochotę go przytulić i powiedzieć jak bardzo mi na nim zależy bez względu na to co jest w nim innego, ale to nie był dobry czas ani miejsce. Przysunął się bliżej i uśmiechnął. Sinymi palcami przeczesał moje włosy, a potem musnął nimi kark. Zadrżałam.
- Tylko mi się nie przeziębij miodowa księżniczko. - wyszeptał.
Pokręciłam głową.
- Już to dzisiaj mówiłeś.
Odsunął się i nadal z uśmiechem na twarzy usiadł obok swoich kumpli. Zwróciłam się w stronę dziewczyn i ruszyłam w ich stronę. Serce tańczyło w mojej klatce piersiowej. "Miodowa księżniczka". Zaczął mnie tak nazywać od kiedy spędziliśmy prawie cały wieczór na próbach nazwania mojego kolor włosów. Padło na miodowy. Już wtedy byliśmy razem, ale nigdy tak naprawdę się nie pocałowaliśmy. Zawsze robiliśmy to mimochodem, ot, zwykłe dawanie całusa. Przecież robiłam to już tyle razy. Miałam chłopaków na pęczki chociaż nigdy nie przyznałabym się do tego na głos. Z Ethanem było inaczej, bynajmniej nie na podłożu psychicznym, ale fizycznym. Prawdziwy pocałunek by bolał. Mi to nie przeszkadzało, naprawdę chciałam to zrobić ale on nie. Bał się, że może zrobić mi krzywdę. Za to właśnie nienawidziłam inności. Zawsze rujnowała życie.
- Jesteście tacy słodcy razem. - z zamyślenia wyrwał mnie głos Kivi. Obie wpatrywały się we mnie, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.
- Tak. Jesteśmy. - uśmiechnęłam się do siebie i odwróciłam w jego stronę. Czekając aż napotka mój wzrok usiadłam obok przyjaciółek.
- A jak, no wiesz, z tą jego przypadłością? - Harriet niepewnie wypowiedziała ostatnie słowo, przygryzając dolną wargę.
- Pracujemy nad tym. - wzruszyłam ramionami.
- Nadal nie chce?
Pokręciłam głową.
Wymieniły spojrzenia, Harriet przeczesała włosy pokryte toną lakieru i obięła mnie. Wysunęła jedną dłoń przed moją twarz.
- Kupiłam nowy lakier. Zrobimy sobie manicure jak to się skończy. Wtedy pogadamy, ok?
Przejechałam palcem po jej idealnie gładko pomalowanym paznokciu. Lakier był czarny i brokatowy tak, że przypominał gwieździste niebo.
- Śliczny, skąd go masz?
- Czy to ważne? Mamy swoje sposoby.
- Tak samo jak zdobycie tych boskich białych szpilek?
Nie zdążyła odpowiedzieć bo odwróciłam głowę w stronę Ethana. Od dłuższego czasu czułam na sobie jego wzrok. Nadal wydawał się lekko przygnębiony.
- Kocham cię. - powiedziałam bezgłośnie, wyraźnie poruszając wargami by mieć pewność, że mnie zrozumie. Potem dotknęłam palcami warg i pociągnęłam je do góry wymuszając przy tym uśmiech. Zaśmiał się i mrugnął do mnie.
- Od teraz uśmiech ma nie schodzić ci z gęby, albo zrobię z tobą porządek. - powiedziałam głośno. Wszystkie oczy skierowały się w moją stronę, a rozmowy ucichły. Nie poczułam się niezręcznie ani przez chwilę. Przyzwyczaiłam się do bycia w centrum uwagi. Potem rozległy się śmiechy. Ethan śmiał się najgłośniej. Jego kumple szturchali go i mówili coś czego nie dane już mi było usłyszeć. Takiego chciałam go widzieć codziennie. Dziewczyny chichotały rozbawione.
- Mistrz taktu Echo Seveneel.
Zakryłam ręką usta, próbując zapanować nad śmiechem.
Nagle wszyscy ucichli. Drzwi od drugiego pokoju były otwarte. Stała w nich dziewczyna której wcześniej nikt nigdy w obozie nie widział.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nigdy nie przypuszczałabym iż 2 dni mogą być aż tak stresujące. Starałam się być na to przygotowana od pierwszego momentu przekroczenia progu gabinetu dyrektora. Bycie szpiegiem i krętaczem, skazującym swoich przyjaciół na błogą niewiedzę, że spiskujesz za ich plecami było wprost depresyjne. Każdy, nawet najkrótszy dialog, przeprowadzony z kimkolwiek był wyczynem ponad miarę. Czułam się jak bohater "Zbrodni i kary", umierający ze strachu nawet przy przyjacielskiej pogawędce z prokuratorem. I tak przez bite 2 dni. Aż do feralnego wieczoru podczas którego wszystko miało się ułożyć, albo skończyć na zawsze. Cały dzień przesiedziałam przed lustrem, gdzie ćwiczyłam obojętną minę, podczas gdy w środku cała się gotowałam. Przestałam krzyczeć na ludzi co jeszcze bardziej musiało wzbudzić zainteresowanie moją osobą. Na każde pytanie odpowiadałam spokojnie i z uśmiechem przylepionym do twarzy na gumę do żucia, łatwym do zerwania. Oto co stres robi z ludźmi.

~~~

Na dworze panowała depresyjna pogoda.Ulewa połączona z huraganem powodowała że wyjście na zewnątrz graniczyło z samobójstwem. Samobójstwem na które wszyscy byli dzisiaj gotowi. Przez cały dzień czekałem na wieczór. Nie mogłem się doczekać kiedy wreszcie poznam szpiega zza murów.
Siedziałem na swoim łóżku. Szorstka, zimna kołdra uwierała mnie w bose stopy. Starałem się skupić na książce którą trzymałem na kolanach. Niestety bezskutecznie. Ograniczyłem się jedynie do przewracania stron, wypełniając cały pokój przyjemnym dźwiękiem szeleszczących kartek. Z resztą, który frajer czyta książki.
- Możesz przestać? - dopadł mnie poirytowany głos Sophie. - Czytasz czy bawisz się papierem?
- Przepraszam. - wymamrotałem speszony i odłożyłem książkę na bok.
Drzwi od łazienki otwarły się i wyjrzała z nich głowa Sophie. Jej wyraz twarzy mówił sam za siebie.
- Przez ciebie nie wyszła mi kreska! - warknęła i wyszła zza drzwi. Zakrztusiłem się własną śliną. Sophie stała przede mną w samym ręczniku, który zakrywał jej nagie ciało. Włosy, dopiero wysuszone, opadały na ramiona. Ale jej cała zaistniała sytuacja w ogóle nie przeszkadzała.
- Będę musiała teraz wszystko zmywać! Masz pojęcie ile to zajmuje czasu?! - machała eyelinerem na prawo i lewo, przestępując z nogi na nogę. Podłoga musiała być naprawdę zimna.
- Przepraszam. - powtórzyłem, powstrzymując uśmiech. Mimo prawie kompletnej nagości wyglądała naprawdę zabawnie.
- To cię śmieszy? - przymrużyła oczy.
Pokiwałem głową.
- Usiądź bo się jeszcze przeziębisz.
Podtrzymała ręcznik jedną ręką i usiadła obok mnie. Jej ciało zdarzało bo zetknięciu z ogrzaną przeze mnie kołdrą. Zanurzyła w niej stopy i westchnęła.
- Nie szykujesz się? - przekręciła głowę w moją stronę.
Odsunąłem się lekko i usiadłem prosto. Chyba siedziała zbyt blisko. Daleko mi do napaleńca, który kocha oglądać nagi dziewczyny i ona też musiała o tym wiedzieć.
- W przeciwieństwie do ciebie nie lecę na facetów. - zaśmiałem się, żebym nie wyszedł na nie miłego.
- Skąd możesz wiedzieć, że to nie będzie dziewczyna? - puściła do mnie oko.
- Wątpię.
Wzruszyła ramionami, wstała i małymi kroczkami pobiegła do łazienki, podtrzymując ręcznik obiema rękami.
Siedziałem w milczeniu przez dłuższą chwilę. Może miała rację? Może warto zapomnieć o Echo? Przecież ona i tak nawet na mnie nie spojrzy. To wyższa liga, o wiele za wysoka dla kogoś takiego jak ja.
Wstałem żeby rozciągnąć nogi.
- Madeleine powinna zaraz przyprowadzić Echo i Ethana. Pójdziemy tam razem, ok? - Sophie kopnęła drzwi nogą, żeby na mnie spojrzeć.
- A, tak. Jasne. - uśmiechnąłem się od ucha do ucha. Ona także się uśmiechnęła.
Po parunastu minutach byliśmy gotowi. Madeleine nadal nie było. Oboje byliśmy cali spoceni pod ciepłymi kurtkami.
- Może chodźmy bez nich? - zaryzykowałem pytaniem.
- Wykluczone. - obruszyła się. - Muszę wypytać Echo jak poszła randka.
Tym zbiła mnie z tropu.
- Nie wiedziałem, że się przyjaźnicie.
Spojrzała się na mnie jakbym spadł z księżyca. Uniosła brew i przekrzywiła głowę, patrząc tępym wzrokiem.
- Bo się nie przyjaźnimy. - wbiła wrok w swoją bransoletkę. - To suka. Ładna suka. Nie mogę znieść nawet jej widoku. Myśli, że jak jest popularna to jej wszytko wolno. Co ten Ethan w ogóle w niej widzi?!
Pewnie to samo co ja. Mieszkanie w jednym domku z dwiema nienawidzącymi się dziewczynami było męczące. Ale jaki miałem wybór?
- Nie jest taka zła. Porywcza. Tylko to. - odparłem.
Nie zdążyła odpowiedzieć bo drzwi otwarły się i do pokoju wpadło mroźne, pachnące deszczem i lasem powietrze. W progu stała Echo. Miała na sobie ciemną kurtkę i krótkie czarne kalosze. Mokre włosy przyklejały się jej do twarzy.
- Nie idziecie? - z jej ust wypłynął obłok pary.
W mgnieniu oka wstaliśmy i ruszyliśmy za nią w stronę domku 27, uważając by nie wdepnąć w kałuże.


Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Biegłam do przodu odrywając stopy od białej podłogi żeby potem z impetem uderzyć w nią piętą. I tak w kółko. Dopóki nie wypadłam na zewnątrz. Światło słoneczne oślepiło mnie na moment. Zacisnęłam powieki próbując pozbyć się mroczków. W głowie kłębiło mi się mnóstwo przekleństw, pytań, wspomnień. Jak miałam je z siebie wyrzucić? Cokolwiek planował Joshua nie mogłam mu na to pozwolić. Nie kiedy na szali leżało życie moich przyjaciół. Zamrugałam i odgarnęłam włosy z twarzy. Brama była otwarta i jakby wołała mnie. Kusiała wolnością od kłamstw, nienawiści, niewoli, tajemnic. Gdy znalazłam się po jej drugiej stronie nic takiego nie nastąpiło. W gardle nadal czułam ogromną gulę, a serce tańczyło oberka ze strachem. Tańczyło i śpiewało jego imię. Joshua.
Znalezienie go nie zajęło mi dużo czasu. Wlukł się w stronę swojego domku. Nie dane mu jednak było tam dotrzeć.
- Jak mogłeś?! Jak mogłeś mu to powiedzieć?!
Zacisnęłam palce na jego krtani wbijając paznokcie w skórę co mogło jedynie potęgować ból. Patrzył na mnie z przerażeniem w oczach. Nie miał nawet chwili by się obronić.
- O czym ty mówisz? - wycharczał, łapiąc moje nadgarstki i próbując się uwolnić.
- O czym mówię?? O czym mówię?! To ty mi powiedz! Czemu powiedziałeś mu o buncie?! Zdajesz sobie sprawę jak to się może skończyć?!
Naprawdę starałam się nad sobą panować. Nie mogę się denerwować. Nie mogę. To zbyt niebezpieczne.
Joshua oddychał spokojnie i jakby czytał w moich myślach.
- Spokojnie. Oddychaj. - szepnął na tyle głośno żebym go usłyszała. Poluzowałam uścisk. Złapał moje nadgarstki jeszcze mocniej i opuścił dłonie w dół.
- Wszystko ci wytłumaczę. Zaufaj mi.
Patrzył się na mnie, świdrując mnie wzrokiem. Ku mojemu zaskoczeniu niezwykle kojącym. Nie spuściłam wzroku.
- Dobrze. Wysłucham cię.
Na jego twarzy zagościł wyraz ulgi, a kąciki warg uniosły się do góry.
- Chodź. - wyciągnął rękę i chwycił delikatnie moją. Nie wyrwałam się.
Pociągnął mnie za sobą. Szliśmy dobrą chwilę w milczeniu. Trawa piszczała po naszymi butami. Od lasu wiał kojący zapach żywicy.
Usiedliśmy na starej drewnianej ławce. Puścił moją rękę. Z niewiadomych przyczyn nie chciałam żeby to robił. Bałam się.
- Powiedziałem tylko część tego co wiemy. Ja naprawdę nie chciałem. Starałem się mówić jak najmniej. Nie wie praktycznie nic co może ich do nas doprowadzić.
Więc jednak.
- Przepraszam. Starałem się. Przecież wiesz jak to jest.
Pokiwałam głową. Istotnie, wiedziałam. Nie chciałam mieć mu tego za złe. Istniało tylko jedno wyjście z tej sytuacji.
- Trzeba powiedzieć reszcie.
- Jak masz zamiar to zrobić!? - zirytował się - Przecież nie możemy im ot tak powiedzieć, że z nim rozmawialiśmy.
I tu miał rację. Oboje byliśmy winni. Musieliśmy udawać, że nic się nie dzieje, posyłając tym samym wszystkich na pewną śmierć.

 

 
Zapach środków czystości dopadł mnie już po przekroczeniu progu gabinetu. Tak jak za każdym razem. Jaka szkoda, że tylko tutaj, reszcie obozu także przydałoby się porządne sprzątanie. Dyrektor siedział za biurkiem i wpatrywał się we mnie.
- Proszę. Usiądź. – każde słowo wypluwał z siebie powoli i chłodno.
Ruchem ręki wskazał mi krzesło z ciemnego drewna z burgundowym obiciem. Przemierzyłam cały pokój nie spiesząc się zbytnio. Miałam wrażenie jakby dywan miał zamiar mnie pochłonąć. Nie miałabym nic przeciwko jeżeli tylko ocaliłoby to mnie od tego co nieuniknione.
Oczy uważnie śledziły każdy mój krok. Przemierzały wraz ze mną każdy centymetr, a potem usiadły na krześle. Poczułam się jeszcze bardziej niezręcznie.
Dyrektor poprawił rękawy marynarki i wygodnie oparł, zakładając nogę na nogę.
- Jak tam sprawy wśród pospólstwa?
Pospólstwo. Uwielbiał to słowo.
- Wszystko po staremu. – odparłam.
- Bez problemów?
Pokręciłam głową.
- Bez problemów? – powtórzył pytanie.
- B-Bez. – starałam się zapanować na drżeniem rąk.
On o wszystkim wiedział. Musiał wiedzieć.
- Dobrze. A powiedz jak tam z twoją… innością? – kąciki jego warg uniosły się nieznacznie.
- Pod kontrolą.
Starałam się odpowiadać jak najszybciej i najkrócej. Niech to się już skończy!
- Był tu przed chwilą twój kolega. – pochylił się i oparł łokcie o biurko. – Wszystko wyśpiewał.
Sukinsyn! Miał nic nie mówić!
- Wyśpiewał…?
- Ooo tak. – uśmiech na jego twarzy stawał się coraz większy. – Ale chciałbym dowiedzieć się też czegoś od ciebie.
- Ja nic nie wiem… - przełknęłam ślinę.
- Nic?
- Nic.
- No cóż. – spochmurniał. – Skoro nie chcesz mówić to niech ci będzie. Nie będę cię na razie karał, ale jeżeli jednak coś ci się przypomni to nie wahaj się żeby tu przyjść. Wszyscy z chęcią posłuchają co masz do powiedzenia.
Przytaknęłam.
Odór środków odkażających wrzynał mi się do nosa i płuc. Nie było to nawet w połowie tak straszne i dokuczliwe jak jego słowa. Był mistrzem krótkich rozmów.
- Możesz iść.
Powoli podniosłam się z krzesła i poprawiłam spodnie.
- Ale jak ci się coś przypomni to wpadnij. – nie patrzyłam mu w oczy, ale widziałam jak się uśmiecha. – Od tego może zależeć życie wielu osób.
Ruszyłam do drzwi najszybciej jak się da. Kiedy znalazłam się na korytarzu zaczęłam biec z trudem łapiąc oddech.
On o wszystkim wiedział i mógł to w każdej chwili wykorzystać, a ja nie mogłam nikogo ostrzec. Nikogo. Nawet nie chciał ze mną rozmawiać bo i tak na nic bym mu się nie przydała. A Joshua? Musiałam z nim poważnie porozmawiać. Mieliśmy umowę co do niektórych kwestii. Nie miałam zamiaru jej łamać.

 

 
Szłam przez wilgotny trawnik, licząc kroki i zdrapując bezbarwny lakier z paznokci. Kiedy doszłam do liczb dziesiętnych przestałam liczyć bo nie nadążałam za własnymi nogami. Była to pewnie wina adrenaliny, która narastała we mnie im bardziej zbliżałam się do budynku dyrektora ogrodzonego wysokim murem. Zazdrościłam wszystkim znajomym, którzy mijali mnie z uśmiechem na twarzy. Nie mieli pojęcia jak trudno jest być wilkiem wśród owiec. Ugryzłam dolną wargę i wyprostowałam plecy aby sprawiać wrażenie pewnej siebie.
Stanęłam przed bramą wejściową. Wszelkie resztki odwagi ustąpiły miejsca strachowi, która paraliżował mnie od stóp do głów. Wyciągnęłam rękę i kliknęłam przycisk na tablicy migającej najróżniejszymi kolorami. Na ekranie powyżej pojawiła się twarz Octavii.
- Tak? - zaskrzeczała.
Przełnęłam ślinę i spojrzałam się na ekran.
- Echo Seveneel. Dyrektor mnie wzywał.
Octavia przypatrzyła mi się uważnie, a potem spojrzała na kartkę, którą trzymała w ręce.
- Echuś! - uśmiechnęła się promiennie. - Wchodź kwiatuszku!
Brama otworzyła się powoli, a twarz Octavii nareszcie zniknęła. Była jedną z niewielu pracowników obozu którzy naprawdę mnie lubili. Jaka szkoda, że bez wzajemności.
Weszłam na ogrodzony teren. Momentalnie zwróciłam uwagę strażników, ale bez problemów wpuścili mnie do siedziby dyrektora.
Szłam białym korytarzem, a tupot moich trampków odbijał się od ścian. Jedne z drzwi były otwarte, a w środku na kanapie siedziały sekretarki i śmiały się przy kawie. Usłyszałam za sobą stukot obcasów. Dokładnie przede mną wyrosła jedna z pracowniczek.
- Gabinet dyrektora jest gdzie indziej. - warknęła, odpychając mnie, by dostać się do pokoju i zatrzasnęła drzwi.Powolnie ruszyłam przed siebie. Nawet sprzątaczki, które tu pracowały wiedziały kim i dlaczego tu jestem.
Na samym końcu korytarza stało parę plastikowych krzeseł. Usiadłam na jednym z nich, czekając aż drzwi z tabliczką [dyrektor] otworzą się i wyjdzie z nich inna osoba. Joshua spojrzał się na mnie. Odwróciłam wzrok. Jednak wystarczyła tylko chwila by zauważyć jak bardzo był tym wszystkim zmęczony. Tak samo jak ja.
Przeczesał blond włosy ręką i ruszył korytarzem by potem zniknąć mi z oczu.
- Następny! - usłyszałam z gabinetu.
Wstałam i otworzyłam drzwi. To co działo się w tym miejscu było ścisłą tajemnicą, moją i Joshua.



 

 
Nie chciałam nawet myśleć co się teraz stanie. Ethan miał zafascynowanie namalowane na twarzy, a to oznaczało, że połowa obozu jak nic stanie za nim murem. A w szczególności ta żeńska część. Ethan usiadł obok mnie i zawiązał sznurówki przy jednym bucie. Sophie, starając się podtrzymać swoją reputację przylepy, przysunęła się do nas z uśmiechem na ustach.
- Nie gadaj!
Ethan po gentelmeńsku zignorował jej słowa i obejmując mnie jedną ręką zaczął opowiadać. Po tym geście Sophie nie interesowało już nic innego. Popatrzyła na mnie z nienawiścią i pogardą. Pewnie sama chciała przytulać się teraz do najprzystojniejszego chłopaka w całym obozie, którego sprzątnęłam jej sprzed nosa.
- Poza granicami ukrywa się grupa zbiegów, mają szpiega, który przedziera się co dwa dni do obozu i zbiera ochotników.
Madeleine stukała palcami w brzeg łóżka, patrząc na Ethana z wyraźnym zainteresowaniem.
- Nie boją się, że ktoś ich wyda?
- Sądzisz, że większość naszych lubi to miejsce i chce tu zostać?
Lee z wyraźnym zażenowaniem skrzyżował ręce.
- Ślepo wierzysz, że większość z nas ma dobre zamiary?
I tu miał rację. Nawet w tak małym gronie nie mogliśmy sobie ufać. Przynajmniej mnie nie można było ufać.
- Czemu nie? Można spróbować. Przecież i tak nas nie zabiją. - Ethan wzruszył ramionami.
Spojrzeliśmy się na siebie. Na twarzach wszystkich widać było mieszankę strachu i zachwytu. Cholera.
- Wchodzicie w to?
- Jasne! - Sophie, niczym przysłowiowa blondynka, bez zastanowienia się zgodziła.
- Czemu nie? - Madeleine bawiła się kwiatkami na bransoletce.
- Może być. - Lee przewrócił oczami.
A potem wszystkie oczy skierowały się na mnie. Co miałam im powiedzieć? Tak, jasne! I narazić się na złamanie układu z wychowawcami. Czy odmówić i wszyscy nabiorą podejrzeń, a to byłby kolejny gwóźdź do trumny.
Kiwnęłam głową z niechęcią. No cóż, trzeba było zaryzykować.
Ethan uśmiechnął się promiennie i pocałował mnie w policzek.
- To świetnie! Pojutrze przychodzi jeden z tamtych. Spotkanie w domku 27 o 3.00.
Ethan wstał i wyszedł, zostawiając nas w kompletnej ciszy. Kwiatki Madeleine brzęczały kiedy nerwowo obracała je w palcach. Sophie zaczęła dmuchać na paznokcie, które nadal nie wyschły. Lee wpatrywał się w czubki butów.
- Nadal uważam, że to zły pomysł. - chciałam przerwać niezręczną ciszę.
Nikt nie odpowiedział.
Drewniany zegar z kukułką wybił godzinę 9.00. Byłam umówiona z kierownikiem. Wstałam i podciągnęłam dżinsy, wpychając do kieszeni sreberko, które znalazłam na moim łóżku. Przyda mi się jako tandetny talizman.
Wyszłam z domku bez słowa i ruszyłam trawnikiem do budynku dyrekcji. Czułam na sobie wzrok setek obozowiczów, przyjaciół i wrogów, wytykających mnie palcami i krzyczących "Zdrajczyni!"
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Westchnęłam już po raz setny tego dnia. Wszystko działo się tak szybko. Za szybko. Nie dość, że mój najlepszy przyjaciel umie się teleportować, to jeszcze wydaje się szczególnie zainteresowany opcją przesiedzenia na dyscyplinarnym całego roku. Rozmawianie o tym teraz było co najmniej nierozsądne. Kimberly i tak już za bardzo ufa tym starym murom. Mimo iż dawno nikt tu nie przychodzi, nie wolno rozmawiać o takich rzeczach na głos.
- Chodź. - pociągnęłam go za rękaw.
Podążył za mną, ale nie bez słowa jak zwykł był robić.
- Kusząca propozycja? - uśmiechnął się szeroko.
Czy go to bawi?!
- W żadnym razie. To nierozsądne.
- Nie kłam mi tu. Chciałabyś wziąć w tym udział. Za dobrze cię nam.
- Zamknij się. - warknęłam i wbiłam paznokcie w jego ramię. - Wiesz co nam za to grozi?!
- Wiem. Ale nie sądzisz, że może nam się udać?
- Nie będę rozmawiać o tym tutaj.

Chwilę później byliśmy już na ganku naszego domku. Numerek z liczbą 83 wisiał na drzwiach ostatkiem sił. Od kiedy nasza współlokatorka, Madeleine, obsypała go brokatem wygląda troszkę lepiej. Popchnęłam drzwi ręką i wpadłam do środka, nadal ciągnąc Lee za ramię. Madeleine i Sophie siedziały na swoich łóżkach malując paznokcie zielonym lakierem.
- Co taka wściekła? - Sophie przygryzła wargę i spojrzała na mnie wzrokiem "jestem starsza i wszystko zrozumiem".
Madeleine jak gdyby nigdy nic wyciągnęła z lnianej torby wianek.
- Masz. Odgania złą energię.
Tylko tego mi brakowało. Żółtego wianka od 13 letniej hipiski.
- Nie dziękuję. Moja energia ma się dobrze. - warknęłam i usiadłam na łóżku.
- Co ją ugryzło? - Sophie popatrzyła na Lee wymownie.
Wzruszył ramionami.
Madeleine wstała i otworzyła okno, robiąc przy tym okrężne ruchy ramionami. Do pokoju wpadł orzeźwiający zapach mchu, igieł i deszczu. Hipiska z dziwnym imieniem miała nie małą słabość do przyrody. Może to dlatego jej włosy miały kolor zielony, a ona sama z dumą pokazywała innym jak potrafi władać roślinkami.
Sophie wciągnęła powietrze z nie małym zachwytem. Potem przejechała pędzelkiem, zamoczonym w zielonym lakierze, po środkowym palcu. Wszystko na pokaz. Kiedy Lee pojawiał się w pobliżu jej ruchy stawały się takie sceniczne, że aż bolało. Przeczesała włosy ręką, uważając by nie rozmazać lakieru. Działa mi na nerwy coraz bardziej.
- Lepiej? - Madeleine usiadła za mną i zaczęła bawić się moimi włosami.
- Tak, można by tak powiedzieć. - odparłam.
Świeże powietrze faktycznie pomogło.
- Wiecznie wściekła. - prychnęła Sophie.
- Skup się na paznokciach, a ja powiem reszcie co jest na rzeczy. - warknęłam.
Odwróciła do mnie głowę, wyraźnie zaciekawiona.
- Co jest? Mów.
Otworzyłam usta by zacząć opowiadać i w tym momencie do domku wpadł Ethan.
- Słyszeliście?! Ludzie szykują się do buntu!
 

 
Tylko nie ta mała szuja! Jeżeli słyszała, a co gorzej widziała, co się tu dzieje to mamy ogromny problem. Z reguły obozowicze nie chętnie dzielą się z innymi swoją innością dlatego też mogłaby sobie pomyśleć, że spiskujemy przeciwko opiekunom.
- Czego chcesz? - warknęłam.
Kimberly prychnęła, dosłownie.
- Obserwuję waszą niesubordynację. Co tatuś powie jak się dowie?
- Nie dowie się bo wcześniej rozszarpię ci gardło!
- Ojej. Wróć lepiej na kanapę do pańci piesku i nie wtrącaj się w sprawy starszych.
Zaczepiła się drugą nogą o jedną drabinkę wyżej i na nią wskoczyła. Bała się. Ewidentnie się bała.
- Nikt cię nie pytał o zdanie, dachowcu! - przestałam się kontrolować.
Ta mała naprawdę działała mi na nerwy.
- Echo, uspokój się. - Lee położył mi rękę na ramieniu bo byłam skłonna skoczyć i zabić słodkiego kotka.
- Chłopak dobrze gada!
- Powiesz po co tu jesteś - spytał spokojnie.
- Oczywiście. - przejechała językiem po ostrych zębach i rozejrzała się dookoła.
- Nie ma tu ni--
- Chyba nie masz zamiaru jej słuchać! - wrzasnęłam.
- Ucisz tą idiotkę albo nic wam nie powiem! - syknęła, a potem przejechała ręką po włosach.
Dokładnie jak kot podczas mycia. Oburzona odwróciłam wzrok, krzyżując ręce.
- Mów. - Lee przysunął mnie bliżej, żeby Kimberly nie musiała mówić zbyt głośno.
- Podobno w lesie ukrywa się grupa naszych i planują zaatakować obóz. - szepnęła i zamrugała szybciutko oczami, znów rozglądając się dookoła.
- Czemu mamy ci wierzyć? - zapytałam.
- Mi nie można wierzyć. Kotki już tak mają. - uśmiechnęła się, oglądając swoje idealnie przycięte pazury. - Ale jednego możecie być pewni: mam dość ciągłego siedzenia pod kluczem.
Spojrzeliśmy się z Lee na siebie. To fakt, że nie można jej ufać, ale wszyscy obozowicze woleliby być wolni, jak normalni ludzie.
- Co mamy robić? - Lee pierwszy raz od wielu dni przybrał pewny siebie wyraz twarzy.
- Powiedzcie reszcie. Mieszkam w domku 4, mam ciągły kontakt z tymi z zewnątrz. Jeśli chcecie to wpadajcie. - miałam wrażenie, że to pierwsze jej miłe słowa jakie wypowiedziała pod moim adresem. - Ale najpierw się umyjcie. - zmarszczyła nos, zeskakując z drabinki i pędem uciekła za najbliższy budynek.
Jednak nadal była wredna.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Pytanie mnie zaskoczyło. Fakt, nigdy wcześniej o tym nie rozmawialiśmy. Było to takim prywatnym tematem tabu. Zmarszczyłam brwi, patrząc się na Lee. Nie sprawiał wrażenia jakby bardzo mu na tym zależało.
- Wiesz, jak nie chcesz mów--
- Nie wiem. - przerwałam mu w pół słowa.
Nastała cisza, wpatrywaliśmy się w siebie. Po chwili Lee odwrócił wzrok jakby się czegoś bał. Ha, to śmieszne, przecież on się wszystkiego boi.
- Nie wiesz. - mruknął.
- Nie wiem. - przytaknęłam.
- Nie wiesz?
- Przecież, do cholery jasnej, właśnie to powiedziałam!
- Jasne, wybacz.
Prychnęłam by go jeszcze bardziej wkurzyć.
- Nigdy nikt mi nie powiedział. Sama też tego nie odkryłam.
Nie odpowiedział. Tak mnie to potwornie wkurza, kiedy mnie ignoruje!
- A ty? - starałam się podtrzymać rozmowę.
- Umiem się teleportować. - odparł, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie.
Zatrzymałam huśtawkę i wstałam. Zanim zdążył cokolwiek zrobić spojrzałam mu wzywająco w oczy i krzyknęłam.
- Pokaż!
Patrzył na mnie przerażony.
- Tak...Tutaj? - jego wargi drżały, a oczy wodziły po całym placu zabaw.
- Strach cię obleciał? - nachyliłam się do jego twarzy, i uśmiechnęłam szyderczo.

~~

- Co? Skąd! - zaśmiałem się i wstałem z huśtawki.
Jej wzrok przeszywał mnie na wylot. Każda moja komórka chciała uciekać jak najdalej. Byleby tylko się nie zbłaźnić. Stanąłem stabilnie na ziemi i zrobiłem parę wdechów.
- No szybciej. - jęknęła. - Co będzie podczas walki? Nie możesz tak wolno wszystkiego robić!
Już chciałem odpowiedzieć, kiedy Echo schyliła się i podniosła duży kamień.
- Echo...co--
- Orient!!! - wrzasnąła i cisnęła kamieniem w moją twarz.
To była chwila. W myślach zobaczyłem jak stoję za jej plecami i po chwili się tam znalazłem. Kamień uderzył o ziemię z impetem i poturlał się aż do drabinek. Uderzył w pustkę.
Echo odwróciła się do mnie i z fascynacją w głosie krzyknęła.
- Ty naprawdę umiesz! Na bogów! Ty, ty... Jak?!
- Talent. - wzruszyłem ramionami.
Który niewątpliwie dodał mi trochę pewności siebie. Byłem pewny, że jej zaimponowałem. Już miałem zacząć tłumaczyć jak to działa, kiedy usłyszałem dziecięcy śmiech nad naszymi głowami.
- Talent tak wielki jak twoje ego!
Na drabinie pod którą staliśmy wisiała mała dziewczynka. Miała włosy w kolorach tęczy oraz kocie uszy. Przy każdym słowie w jej buzi dało się zauważyć ostre białe zęby, a oczy zmieniały kolor w zależności od tego jak bardzo przechyliła głowę. Kimberly. Jej obecność oznaczała jedno - kłopoty.

Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nie należę co prawda do nostalgicznych osób, ale całe to wydarzenie rozgrzebało stare rany, które zaczęły na nowo krwawić. PNP nie jest wcale zwykłym rutynowym wydarzeniem. Odbywa się ono po tak zwanym Przeczesaniu. Władze państwa urządzają je kiedy uznają, że obywatele nie stosują się do prawa. ~Każde dziecko, oznaczone po narodzinach jako odmienne, po ukończeniu 3 roku życia ma być dostarczone na najbliższy posterunek policji, skąd zostanie przewiezione do Obozu.~ Przeglądają wtedy stare spisy noworodków i jeżeli jakiś rodzic chciał ukryć swoje dziecko, zostanie złapany. Tak właśnie było w moim przypadku. Odgarnęłam włosy z czoła i odparłam głowę na ramieniu Lee.
- No i co złośnico? Lepiej?
- Gdyby nie dzisiejsze wdechy rozszarpałabym ją! Widziałeś jakie te dzieciaki były przerażone?! - niemal krzyczałam.
Lee westchnął i poklepał mnie po głowie.
- Uspokój się. Złość piękności szkodzi.
- No jo. - przytaknęłam.
Wszystko to było przytłaczające, ale nie mogłam się denerwować. Nie zmienię prawa, nikt nie zmieni. Bunt byłby skutecznie stłumiony. A to jeszcze bardziej przysporzyłoby nam kłopotów.
Zamiast do domków ruszyliśmy w stronę bogatej części obozu. Mieszkały tam dzieci szych, którzy zapłacili aby ich dzieci mieszkały w dobrych warunkach. Nasza część odgrodzona była od tamtej zwykłym murem. Nie było przy niej żadnych zabezpieczeń. Od strony lasu do treningów w murze była niewielka dziura. Podążyliśmy w jej stronę.

~~

Puściłem Echo i wsadziłem ręce do kieszeni. Wzrokiem wodziłem po dachach okolicznych domków. 54, 55, 56... Liczyłem w myślach. Tak bardzo chciałem ją przytulić, pocałować w czoło i poprawić jej humor. Ten cholerny brak odwagi kiedyś mnie dobije. To cud, że w ogóle się przyjaźnimy, dziewczyny w jej typie raczej nie zwracają uwagi na takich jak ja. Westchnąłem cicho i wyrzuciłem ją z myśli.
- Co jest? - spojrzała na mnie tym swoim typowym spojrzeniem.
Oczy otwarte najszerzej jak się da, wpatrujące się we mnie z troską. Usta roschylone lekko jak podczas snu. Bogowie czemu ja?! Czemu ona?! Czemu ona musi być taka słodka, a za razem pociągająca?!
- Nic, nic. - zmusiłem się do uśmiechu.
Odwróciła głowę i w milczeniu doszliśmy do dziury w murze. Echo przeszła pierwsza, a ja za nią. Potem prostą drogą, pomiędzy starymi budynkami w których mieściły się kiedyś sale treningowe, aż do placu zabaw. Brzmi to może zabawnie ale został zbudowany przez dawnych obozowiczów i mało kto pamięta jego czasy świetności. Teraz tylko takie trampy, jak my, pamiętają o jego istnieniu. Usiedliśmy na huśtawkach i wpatrując się w buty bujaliśmy się lekko. Przy każdym ruchu, huśtawki wydawały serię skrzypów i pisków. Z braku zainteresowania do obserwacji czubków moich butów zerknąłem na Echo. I to był mój największy błąd.
- Co mi się tak przypatrujesz? - zaśmiała się. - Podobam ci się?
- Nie. - skłamałem z niemałym zakłopotaniem. - Tylko od dłuższego czasu zastanawiam się co jest w tobie innego. Zdaje się, że zawsze unikaliśmy tego tematu.
 

 
Osobiście byłam świadkiem tylko jednego PNP. Powitania Nowo Przybyłych. Mojego własnego. Miałam w tedy zaledwie 6 lat, to było parę dni po tej feralnej nocy, kiedy nie dość, że pozbawili mnie domu to jeszcze moja mama przypłaciła to życiem. PNP było okropnie bolesnym przeżyciem dla każdego nowego dziecka. Octavia, ze swoim, jakże piękne udawanym, entuzjazmem zaprosiła dzieci aby usiadły na ławkach przed sceną.
- Witajcie! Witajcie! - uśmiechała się i machała do przerażonych maluchów.
Był to najbardziej nędzny widok jaki można sobie wyobrazić. Dzieci w różnym wieku, głodne, brudne i przerażone wpatrywały się w Octavię z buźkami otwartymi jakby chciały zawołać o pomoc. Tłum przed nami trochę się zmniejszył dzięki czemu mogłam więcej widzieć. Większość osób wolała schować się z tyłu by nie musieć oglądać sceny, którą tak dobrze znali. Odruchowo złapałam Lee za rękę, kiedy Octavia zaczęła swój monolog.
- Pewnie zastanawiacie się co tutaj robicie. Otóż pozwólcie, że przybliżę wam historie naszego kraju...
~
Kilkadziesiąt lat temu, nasze państwo zostało zaatakowane przez nieznane stworzenia. Były to dziwne mutacje tygrysów, które po latach ukrywania się w dżunglach wyszły na światło dzienne. Atakowały one miasta, wsie i siały terror wśród mieszkańców. Stolica postanowiła wystrzelić broń specjalnie wyprodukowaną aby zabijać te stworzenia. Nie była ona niebezpieczna dla ludzi i skutecznie pozbyła się intruzów. Niestety po latach okazało się, że promieniowanie namieszało w DNA zwykłych ludzi i po latach ich połączenia tworzyły zmutowane dzieci. I właśnie WY nimi jesteście. W strachu przed kolejną tragedią byliśmy zmuszeni transportować każde odmienne dziecko właśnie tu. Do naszego obozu gdzie będziecie bezpieczni i szkoleni na żołnierzy aż ukończycie 25 lat.
~
Gdy Octavia zamilkła nastała kompletna cisza. Nikt nie chciał się odzywać. Nic dziwnego. Nie dość, że zostaliśmy pozbawieni domu to jeszcze jesteśmy nazywani odmieńcami. Octavia klasnęła w ręce i ponownie sztucznie się uśmiechnęła.
- Dobrze dzieci! Reszta zostanie wam wytłumaczona potem! A teraz chodźcie! - wskazała ręką zielony budynek.
Dzieci wstały i podążyły za opiekunką bez słowa. Żadne nawet nie zapłakało, nie zawołało mamy. W kompletnej ciszy weszły do budynku.
- No dobrze, rozejść się! Dzisiaj nie ma śniadania! - przegonił nas dyrektor obozu.
Puściłam rękę Lee'ego i ruszyłam do domku.
- Hej! Czekaj na mnie! - dogonił mnie i z własnej woli otoczył ramieniem.
 

 
Plac na którym odbywał się apel był najbardziej znienawidzonym miejscem w całym obozie. Betonowe podwyższenie ze starym, prawie nie działającym mikrofonem. Słońce, nawet w najpiękniejsze dni, nigdy tu nie docierało. Nie było to, co prawda, miejsce egzekucji. Nie, nie, nic w tym guście. Tutaj obwieszczane były złe, jak i te dobre wiadomości, oraz poranne apele. Niby nic nadzwyczajnego.
Dobiegłam do stolika z listą obecności jako pierwsza. Lee, dysząc ciężko, stanął za mną dopiero po chwili.
- Taka niska, a tak szybko biega. - westchnął, łapczywie chwytając powietrze.
- Dopiero teraz zauważyłeś?
Lee otworzył usta by coś powiedzieć lecz przerwał mu zimny głos za moimi plecami.
- Nazwisko.
Odwróciłam się i mimowolnie uśmiechnęłam do kobiety siedzącej za stołem. Nie dziwię się, że wszystkie są takie oschłe. W końcu, kto chciałby mieć taką robotę?
- Echo Seveneel. 15 lat. Domek 83. - wypowiedziałam tak dobrze znaną formułkę.
Kobieta postawiła ptaszek przy moim nazwisku i kazała spadać. Odeszłam kawałek i spojrzałam na Lee'ego. Był to jeden z momentów kiedy mogłam napawać się tym jaki ma piękny profil. Kolejny rytuał powtarzający się każdego dnia.
- Lee Barnes Costanza. 17 lat. Domek 83. - wydukał, przygnieciony chłodem spojrzenia starszej kobiety.
Potem odwrócił się i podszedł do mnie.
- Czemu one muszą być takie przerażające? - mruknął. - Mam wrażenie jakby wywiercała mi się aż do mózgu.
Zaśmiałam się cicho ale mu nie odpowiedziałam. Stanęłam pośród małej grupki osób czekających na apel, która powoli zaczęła się powiększać. Po parunastu minutach zjawili się wszyscy. Tłum był tak ogromny, że ledwo co można było usłyszeć co mówi szef obozu. Z moim niskim wzrostem mogłam jedynie z wielkim zaciekawieniem przyglądać się głowom osób stojących przede mną i wąchać niezbyt piękne zapachy spod ich pach. Zerknęłam na Lee'ego i w tym samym momencie przez cały tłum przeszedł tak dobrze znany szmer podniecenia. Lee otworzył szeroko oczy wpatrując się w stronę drogi prowadzącej do bramy wyjazdowej obozu.
- Co się dzieje? - spytałam, stając na palcach aby coś zobaczyć.
Wtedy usłyszałam głos Octavii, opiekunki która zawsze witała nowo przybyłych obozowiczów.
- Chodźcie tu! Tutaj! - krzyczała swoim skrzeczącym głosem, który odbijał się od ścian budynków i aż ociekał sztuczną troską. - Usiądzie tu z przodu!
Lee spojrzał na mnie z nie małym przerażeniem.
- Przywieźli dzieci.
 

 
~ 9 lat później ~
Podniosłam żaluzje i spojrzałam na słońce wyłaniające się zza wysokich koron drzew. Rytuał powtarzający się niemal każdego poranka. Byłyby może taki sam od zawsze gdyby nie uwzględniać wschodu słońca pod innym kątem i coraz bardziej wyblakłych żaluzji. Kolor beżowy był teraz niemalże biały. Przetarłam oczy i głęboko zaczęłam wciągać powietrze nosem, wypuszczając je potem złożonymi w dziubek ustami. Zajęcie jak najbardziej nudne, ale jak najbadziej skuteczne by przygotować się przed kolejnym nudnym dniem wśród idiotów i ciągłych rozkazów. No bo: Co By Było Gdyby! No właśnie, co by było gdybym przez przypadek, o zgrozo, zapomniała o wdechach? Mogłabym się wykrzyczeć opiekunowi prosto w twarz co o nim myślę. Zamknęli by mnie wtedy na dyscyplinarnym i mogłabym jedynie myśleć nad moim życiem zdrapując tynk ze ścian.
Moje głębokie przemyślenia nad życiem przerwało ciche skrzypnięcie podłogi. Odwróciłam się na pięcie i spojrzałam z politowaniem na stojącego przede mną, cichego, jakże beznadziejnego, zabójcę. Obiekt mojej najszczerszej przyjaźni.
- Lee Barnes Costanza.
- Echo Seveneel. - mruknął, tak okropnie zawstydzony swoim brakiem talentu do skradania się, że nawet tego nie ukrywał.
- Ile to już razy? Ile to już razy twoja beznamiętna egzystencja tak się zbłaźniła? - nie potrafiłam powstrzymać się od jak najbardziej szczerego, złośliwego uśmiechu.
- Skąd bierzesz takie beznadziejne teksty?
- Ile to już razy... - powtórzyłam, dodając więcej politowania.
- Odkąd słuch ci się poprawił. Wcześniej o wiele łatwiej było cię wystraszyć.
- Uznam to jako komplement.
Lee uśmiechnął się głupio i stanął obok mnie, opierając jedno ramię na parapecie. Jego oczy bez wyrazu spojrzały na wschodzące słońce, a potem zwróciły się w moją stronę. Wciągnął powietrze nosem i wypuścił je ustami. Kiedy skończył zrobiłam to samo.
- O której apel? - zapytał kiedy robiłam wdech.
- Ósma. - odparłam.
- Potem jedzonko.
- Jak zawsze.
Może się to wydawać głupie ale to moja ulubiona pora dnia. Stoimy sobie oboje i wdychamy powietrze. Czego chcieć więcej? Nie ma w tym niczego romantycznego, wcale nie chodzi o to aby było. Z resztą, jesteśmy tylko przyjaciółmi. Kompletnie nic do niego nie czuje, jest dla mnie jak starszy brat.
- O czym tak myślisz? - przechylił głowę i skrzyżował ręce.
- O tym kto dzisiaj pierwszy wpisze się na listę obecności! - szybko otrzasnęłam się z zamyślenia i wybiegłam z naszego domku. Usłyszałam krzyk po czym Lee zaczął pędzić za mną.
- Nie tym razem! - zaśmiał się i oboje pobiegliśmy na apel, zwiastowany potwornie głośną syreną
 

 
Obudziły mnie krzyki i walenie do drzwi. Do pokoju wbiegła mama nadal w koszuli nocnej i szturchneła mnie w ramię mocniej niż zazwyczaj. Kiedy otworzyłam oczy ujrzałam wiązkę światła zza uchylonych drzwi.
- Wstawaj Echo! - jej głos zdawał się dobierać jakby z oddali.
Podniosłam się leciutko, tymczasem ona złapała mnie na ręce w mgnieniu oka i wybiegła na dwór. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Wszystko działo się tak szybko, że jedyne co zrobiłam to złapałam się kurczowo jej szyi. Nadal widziałam stojących w drzwiach moich dwóch braci, którzy wyglądali na tak samo zdezorientowanych jak ja. Zamknęłam oczy przerażona kiedy usłyszałam strzały i krzyki.
- Jest pani skazana na śmierć za ukrywanie podmiotu!
- Nie! Proszę nie zabierajcie mi jej! - mama zatrzymała się i wyciągnęła rękę przed siebie przestając trzymać mnie tak kurczowo. Nadal byłam zbyt przerażona by spojrzeć ale czułam jej oddech i szybkie tętno. Wiedziałam, że dzieje się co złego. Po chwili rozległ się strzał po którym ostanie co usłyszałam to zdanie,które na zawsze zapadło mi w pamięci.
- Podmiot według prawa należy do państwa!