• Wpisów: 35
  • Średnio co: 44 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 17:13
  • Licznik odwiedzin: 10 351 / 1586 dni
 
soundsoftheworld
 
Zaraz usłyszę ciężkie westchnienia pod tytułem "Jak ona śmie o tym pisać?! Toż to herezja!" otóż tak. Jakoś śmiałam o tym napisać. Chyba widziała to już cała moja rodzina i nawet polonista. Jeżeli kogoś to irytuje, to niech od razu sobie stąd idzie. Dla tych, którzy jednak zdecydują się to przeczytać: proszę bardzo, gnojcie mnie w komentarzach ile wlezie. Nie obrażę się. Opowiadanie jest podzielone na 2 części ponieważ kochany pinger chyba nie radzi sobie z tak długimi tekstami w jednym poście.

~~~

Polska dokładnie pamiętał dzień, w którym pierwszy raz wziął ją w ramiona. Malutka, wykrzywiająca różowe usteczka w grymasie pełnym śliny, który wszyscy nazywali uśmiechem, łapiąca jego palce drobną rączką. Gaworzyła i śliniła się jeszcze bardziej, kiedy ktoś mówił do niej, albo nosił na rękach niczym porcelanową laleczkę. Była taka krucha, bezbronna i niewinna. Kompletnie nie wiedział jak się z nią obchodzić. Bał się, że może zrobić krzywdę tak małej istotce. Ręce drżały, a usta wypowiadały nieskładne zdania w stronę machającej rączkami księżniczki. Nie miał zielonego pojęcia jak zachowywać się względem dzieci. Szczególnie tak drobniutkich. Z resztą nigdy za nimi nie przepadał. Panikował gdy płakały, nie potrafił być delikatny. Zawsze wydawało mu się, że nigdy ich nie polubi. Dopóki nie pojawiła się ona. Z nią było inaczej. Pierwszy raz poczuł się za kogoś odpowiedzialny. Uczył ją chodzić, prowadził za rączkę, tłumaczył pierwsze słowa. Brał ją na ręce i podrzucał, pokazywał świat, czuł się jakby to on sam poznawał go od podstaw. Na jego oczach rosła, ładniała, rodziła nowe uczucia, kształtowała charakter. Dorastała. Miała piękne blond włosy, oczy o dokładnie takim samym odcieniu zieleni jak jego własne. Kiedy była już małym, biegającym brzdącem, zabrał ją na jabłka. Wkradli się na czyjąś posesję i Polska pokazał jej jak wspinać się po drzewach, po czym poznać dojrzałe owoce, kazał obgryzać je do samego ogryzka mimo, że mała grymasiła. A ona słuchała go z zaciekawieniem i wpatrywała się w niego jak w obrazek. Rozchylała usteczka w zachwycie i szczerzyła bieluśkie zęby w szerokim uśmiechu. Nazywała go "braciszkiem" i wszędzie za nim chodziła. A Polska czuł się za nią odpowiedzialny. Była jego ukochaną młodszą siostrzyczką, uroczym aniołkiem. Z czasem, z biegiem lat stała się piękną młodą damą. Nosiła długie, dworskie suknie i upinała blond włosy w modny kok. Jednak, kiedy w progu jej dworku stawał Polska, zrzucała drogie szaty i oboje szli na łąkę, ubrani w tradycyjne, ludowe stroje, zbierać kwiaty i czytać Mickiewicza, Kochanowskiego, Sienkiewicza, zanurzeni w trawie. Kiedy uczył ją tańczyć mazura, przypatrywał się lekkości jej ruchów, warkoczom wirującym razem z nią i sukience otulającej jej ciało niczym aksamit. Zimą, zamykali się w nagrzanym piecem domu i malowali nosami rysunki na oszronionych szybach. Ubierali ciepłe, puchowe kurtki i śmiejąc się jak dzieci, ślizgali po zamarzniętym jeziorze. A kiedy patrzył na jej uśmiech, zaróżowione od mrozu policzki i kosmyki blond włosów wystające spod puchowej czapki, zastanawiał się co by się z nim stało gdyby jej zabrakło. Była najpiękniejszą ze wszystkich. Ona kochała jego, a on kochał ją. Czasem dochodziły do Polski pogłoski, że Kraków jest o nich zazdrosna. Ale cóż mógł poradzić na to, że ona była dla niego całym światem. Nigdy jeszcze nie czuł się do nikogo tak przywiązany. Nie wyobrażał sobie bez niej świata. Była niczym promyczek słońca na pochmurnych, splamionych krwią kartach historii. Chciał ją chronić przed całym złem tego świata, a jeśli to było konieczne, walczyć z nią ramię w ramię.
  Dopiero tamtego roku ujrzał w niej odważną, trwałą w swoich przekonaniach i waleczną kobietę. Chociaż nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie musiał zostawić ukochaną Warszawę, samą walczącą o swoje prawa. Zobaczyć ją w najgorszej odsłonie, skąpanej we krwi.
- Nie chcę ich tu, rozumiesz?! - po pomieszczeniu rozniósł się huk tłuczonego szkła. Warszawa rwała sobie włosy z głowy i krzyczała z rozpaczą w głosie. Kopała co popadnie, rozrywając materiał znoszonej sukienki, niczym rozwścieczone dziecko. W oczach miała złość, ból, strach i nienawiść. Tonęła w tych uczuciach coraz głębiej. Dusiła się, kiedy dostawały się do jej płuc i rozrywały ją od środka. Darły ją na strzępki niczym papier. Niczym nic nie warty kawałek wczorajszej gazety.
- Niech te nazistowskie świnie zabiorą swoje manatki i się stąd wynoszą!!! - wrzasnęła i rzuciła porcelanowym talerzem. Kawałki posypały się po podłodze, wydając huk, mieszający się z jej spazmatycznym szlochem. Upadła na kolana, a ostre odłamki wbiły się w jej skórę, raniąc ją do krwi. Wrzasnęła z bólu i zaczęła walić pięściami w podłogę.
- NIENAWIDZĘ ICH!!! NIECH ICH PIEKŁO POCHŁONIE!!! ZABIJĘ!!! POMORDUJĘ JAK PSY!!! - szloch przybrał barwę demonicznych wrzasków. Trzęsła się jak przy ataku padaczki i płakała. Łzy zatykały jej gardło, gdy starała się je połknąć, przez co głos drżał i przypominał agoniczne jęki. Krew sączyła się z jej kolan i rąk, ale nie dawała za wygraną. Raz po raz łapała się za głowę i jęczała. Zanosiła się od płaczu, chwytała powietrze potężnymi haustami i wypuszczała przy tym wiązkę kolejnych przekleństw. Nagle poczuła jak coś oplata jej talię. Wyobraziła sobie długie macki Niemiec, blond włosy i trupią czaszkę na czole. Jego oddech przypominał odór śmierci, wydzielany przez gnijące, martwe ciała. Wrzasnęła i zaczęła go od siebie odpychać. Nienawidziła go. Nienawidziła z całego serca. Macki oplatały się coraz ciaśniej, nie pozwalając jej oddychać. Wydała cichy jęk, nadal próbując się uwolnić. Nagle do jej uszu dopadł cichy, miękki głos.
- Spokojnie Warszawo... Ja tu jestem. Nie dam cię skrzywdzić...
  Macki zamieniły się w ciepłe ręce. Odór zgnilizny zamaskował oddech, pachnący jak pszeniczne pole. Polska przytulał ją mocno i wtulał twarz w jej włosy. Szeptał kojące słowa, tuląc ją siebie i kiwając na boki, jakby była małym dzieckiem. Oddała uścisk. Nie czuła pieczenia na kolanach, ani dłoniach. Oddech się wyrównał, a płacz złagodniał.
- Już dobrze braciszku... - wyjąkała. - Kiedyś ich stąd przepędzimy... Hen... hen...
  Polska nie przypuszczał, że spełni swoją obietnicę tak szybko. 1 sierpnia, niedługo po 17.00 dotarły do niego wieści. Zrobiła to. Wywołała powstanie. Rzuciła się w objęcia śmierci, nie bacząc na konsekwencje. Polska czuł, że to nieuniknione. Natłok uczuć, nacisk ze wszystkich stron, ją przytłoczył i w końcu wybuchła. Niczym granat.
  Znów, tak jak tamtego pięknego dnia, gdy się poznali, trzymał ją w ramionach. Tym razem nie uśmiechniętą i rumianą. Wychudzoną, zmarnowaną, bladą. Tulił jej zmasakrowane ciało do piersi. Kazał jej nie zamykać oczu. Tłumaczył, że jest silna, tak jak każdy Polak. Z jej usteczek zamiast śmiechu, wypływały prośby o wodę. Choćby kropelkę. Oczy świeciły pustką. Jedynie w kącikach żarzyły się iskierki nienawiści. Nienawiści do czerwonej flagi i mundurów ze swastyką naszytą na ramię. Jej dłonie drżały, gdy chwytała jego. Skóra przybrała kolor i fakturę kartki. Bał się, że jeżeli zrobi jakikolwiek ruch, jej ciało rozsypie się w jego dłoniach niczym zgniecione twardą ręką, ususzone płatki róż. Bał się wtedy dokładnie tego samego.     Była taka krucha i bezbronna. Tak jak tamtego pięknego dnia, kiedy się poznali. Jego mała siostrzyczka. Najpiękniejsza na świecie. W oddali, a może całkiem blisko, spadały granaty. Jęk tysięcy dusz, walczących o życie jego kochanej Warszawy, unosił się do nieba. Złapał jej dłoń i ucałował ją czule.
- Tu nie jest bezpiecznie - wyjąkał, hamując łzy. - Zabiorę cię gdzie indziej, dobrze?
 Skinęła głową. Wyprana z kolorów, zarzuciła ramię na jego szyję i pomógł jej wstać. Wychudzone nogi, sama skóra i kości, liczne blizny, stare i te nadal krwawiące. Ruszyli powoli w stronę wyrwy w ścianie. Ich twarze owionęła chmura pyłu i spalin. Wdzierała się do płuc. Zatykała drogi oddechowe. Oboje zakryli usta i nos kołnierzami od mundurów. Pędzili przez zmasakrowane ulice, byle szybciej, byle dalej. Grzmot granatów, huk strzałów, krzyki, piski. Warszawa zamknęła oczy i dała się ponieść nogom. Nie chciała tego słyszeć. Nie chciała, nie chciała! Jedyne czego pragnęła to zobaczyć go w agonii. Jak wije się pod jej stopami z bólu i błaga o łaskę. Chciała się go pozbyć. Wyrzucić za granicę kochanego Polski. Pomóc mu pokonać tę świnię! Jedyne co poczuła to ból. Przeszywający ból w kolanie. Klęczała na ostrej ziemi i drapała w niej przekrwionymi paznokciami. Dyszała ciężko. Nie mogła biec dalej, płuca paliły ją od walki o każdy wdech, pełen kurzu i dymu. Kolana krwawiły, a żwir dostał się pod skórę. Poczuła ciepłą dłoń na plecach. Polska stał i wpatrywał się w nią z przerażeniem w oczach. Uniosła wzrok i wykrzywiła usta w uśmiechu. Kiedy rozciągnęła wargi, spierzchnięta skóra popękała i zaczęła krwawić. Oblizała je i poczuła metaliczny posmak. Polska pomógł jej wstać. Stawy w kolanach zagruchotały, a przez stopę przeszedł ostry prąd. Skurcz. Zawyła z bólu i postawiła ją równo na ziemi, czując jak okropne uczucie rozchodzi się i powoli znika. Jednak mało ją to obchodziło. W oddali rozniósł się huk bomby. Krzyki i jęki zniknęły wśród natłoku strzałów i gruchotu padających ścian. Piękne kamienice leżały wśród gruzów, kłaniały się okupantowi. Warszawa jęknęła, kiedy z jej oczu popłynęły słone łzy. Nie mogła płakać. Była silna. Stolica musiała być nieugięta! Stanęła o własnych nogach, odpychając pomocną dłoń Polski. Wyprostowała plecy i dumnie spojrzała przed siebie. Zignorowała ledwo trzymające się ze sobą kości, przeszywający ból w klatce piersiowej i brzuch, błagający o choćby kromkę chleba. Nie miała zamiaru dawać mu tej satysfakcji. Nigdy w życiu nie zobaczy jej na kolanach, błagającą o litość. Jednak widok rozciągający się przed jej oczami był gorszy niż najstraszniejsze koszmary, przez co jej oczy na nowo zaczęły piec i łzawić. Wisła skąpana w ogniu. Płomienie wznoszące się wysoko do nieba, mosty powoli znikające pod wodą. Wrzask tysięcy dusz. Strzały, rozkazy, zmasakrowane ciała. Jej kochane dzieci. Leżały w kałużach krwi, ale nie wydawały się smutne. Wręcz przeciwnie, śmiały się perliście i grały Niemcom na nosie. Tak samo jak ona teraz.
  Wtedy go poczuła. Szedł w jej stronę. Głęboko, na dnie uschniętego serca coś zachichotało. Zapach dymu zmieszał się z coraz silniejszym odorem śmierci. Smrodem gnijących ciał. Był coraz bliżej. Serce wyszczerzyło zęby w uśmiechu, a chichot przerodził się w szczery śmiech. Niemcy zbliżał się jak ogromny wilczur, gotowy w każdej chwili zaatakować. Serce natomiast nadal się śmiało. Wilczur, z trupią czaszką na czole, wyszczerzył zęby. Wywęszył ją i już tu zmierzał. Serce złapało strach za ręce i zaczęło tańczyć do pieśni ginących warszawiaków. Wilczur był tuż tuż. Wołał ją. Skowyczał do księżyca, pewien zwycięstwa.
- Ja, ja. Zaiste przepiękny widok.
 Ale Warszawa się go nie bała. Zwróciła się w stronę rosłego, muskularnego mężczyzny. Ubrany w wojskowy mundur ze swastyką na ramieniu i ulizanymi blond włosami. Wyglądał obrzydliwie. Uśmiechał się nieznacznie i patrzył z pogardą na dwójkę wyczerpanych, drobnych Polaków. Warszawa zacisnęła ręce w pięści, a rany zapiekły ją ponownie. Serce śmiało się niczym dziecko i skakało dookoła, wołając innych do zabawy. Wyciągnęła jedną rękę w górę, gotowa w każdej chwili zaatakować. Głos Niemca przypominał syk tysięcy, przepełnionych nienawiścią węży. Odór zgnilizny i prochu buchał od niego niczym żar.
- Ah, Warschau... Naprawdę nie mam ochoty brudzić sobie tobą rąk...
  Twarz Warszawy rozjaśnił uśmiech. Wargi nadal krwawiły, spalone brwi szpeciły twarz, a brud tworzył smoliste obwódki pod oczami. Tak, jej ciało miało ogromną ochotę dołączyć do zabawy uradowanego serca. Chciała zmieszać go z błotem, rozszarpać na kawałki, taplać się w jego wnętrznościach. Każda cząsteczka jej umysłu wyobrażała sobie moment, w którym świński blondyn ucieka z podkulonym ogonem za granicę, do swojej nory. Nienawidziła go tak bardzo, że jej mózg domagał się mordu. Zamieniła się w bezwzględnego mordercę. Ten jeden, jedyny raz musiała porzucić wszelkie zasady moralne, tak samo jak on. Zniżyć się do jego poziomu, żeby mieć jakiekolwiek szanse.
- Chyba jednak będziesz musiał - syknęła. Niemiec zaśmiał się, a złowieszczy rechot rozniósł się i powrócił echem, odbity od ruin kamienic, rozrywając jej bębenki. Ból. Czymże był ten ból, w porównaniu z rządzą zemsty. Cały świat Warszawy zatrząsł się w posadach i runął jak mury jej dziedzictwa. Czegoś, co budowała przez tyle lat, wraz z Polską. Nawet przez myśl jej nie przyszło by to porzucić. Miała stanąć w obronie swych praw i wolności, nawet za cenę własnego życia. Mogli zrównać ją z ziemią, splamić krwią rodaków, traktować jak pierwszego lepszego psa, ale nie po to jej ukochany brat odradzał się przez 123 lata, nie po to wygrzebał się spod gruzów rozgrabionego państwa, żeby dała za wygraną. Póki trwała narodowość Polaków, trwała i ona. Warszawa, stolica Polski, kraju prowadzonego do walki przez Boga, honor i ojczyznę.
- Polacy... taki zabawny naród - Niemcy potarł palcem odznakę na mundurze. - Pyszni, pewni swego, samolubni, a tymczasem, tylko oni nie zauważają tego, że nie mają najmniejszych szans - każde jego słowo poprzedzały jęki konających ludzi. Lekki, podły uśmiech nikł pod mroczną aurą mordu. Warszawa zaśmiała się resztkami sił. Serce tarzało się po ziemi, rechocząc. Płomienie były coraz bliżej, oczy zaczęły piec, a wilczur stał niewzruszony i oblizywał się, myśląc o smacznym posiłku.
- W takim razie powiedz mi dlaczego nadal tu stoję?! - rozpostarła ramiona niczym skrzydła i okręciła się wokół własnej osi. Kości krzyczały z bólu, a mięśnie odmawiały posłuszeństwa, ale Warszawa śmiała się perliście niczym rozbawione dziecko. Miała ogromną ochotę tańczyć i śpiewać. Zrobić coś co go doprowadzi do szaleństwa. Uderzyła stopami o ziemię, z której wzbiły się tumany kurzu, jak podczas tańca. Tłuste, spalone włosy wirowały na wszystkie strony, kiedy podskakiwała. Tupała stopami w rytm mazura i wyrzuciła ręce w górę, przecinając powietrze. Z jej gardła wypłynęła ochrypła melodia.
"Jeszcze jeden mazur dzisiaj,
Choć poranek świta.
Czy pozwoli panna Krysia?
Młody ułan pyta."
  Piosenka roznosiła się i zataczała kręgi wokół blondyna. Niemcy stał niewzruszony, dopóki pieśń nie zaczęła zacieśniać się wokół jego nóg. Płynęła rwącą rzeką, zalewając go do kolan. Pył tańczył tak jak mu zagrała, wrzynając się do jego płuc. Piosenka dudniła w uszach. Polska stał zasłuchany i obserwował lekkie ruchy Warszawy. Przypominały taniec śmierci.
"I tak długo błaga, prosi,
Boć to w polskiej ziemi,
W pierwszą parę ją unosi
A sto par za niemi."
  Melodia oplotła okupanta i zacisnęła z całej siły, hamując dopływ krwi do nóg.
- Zamknij mordę! - Niemiec odpędzał się od niej jak od muchy. - Wiedźma!
 Ale Warszawa ani myślała przestać. Wyprostowała plecy i spojrzała wilczurowi prosto w żółte ślepia. Ochrypły głos niósł się echem, zatrzymywany przez niemieckie przekleństwa. Były niczym muzyka dla uszu. Chciała go rozwścieczyć, widzieć złość na jego twarzy, jakiej jeszcze nikt nie widział. Doprowadzić go do takiej furii, której miała potem żałować. Przymknęła oczy, żeby zaśpiewać kolejną zwrotkę, kiedy jej policzek przeszedł gorący prąd.  Przez chwilę jej zmysły trwały w mroku. Była głucha, ślepa i niema. Dopiero po chwili do jej uszu dopadł czyjś głos. Ktoś krzyczał w panice. Uniosła wzrok, a oczy powoli wyostrzały obraz. Nad jej głową stał Niemcy. Jego ręka wisiała w powietrzu zaraz po ciosie w policzek. Wpatrywał się w nią z władczym uśmiechem na ustach.
- Nie dotykaj jej! Nie dotykaj, rozumiesz?! Jeżeli tkniesz ją choćby palcem sukinsynu, to pożałujesz!!! -      Polska wił się na kolanach, trzymany w miejscu przez niewidzialną siłę.
 Niemcy nachylił się nad jej uchem i syknął.
- Jeszcze raz zanucisz te swoje piosenki... to zgniotę ci gardło i już nigdy nie zaśpiewasz.  
 Jego zimna jak lód ręka dotknęła jej policzka. Przez całe ciało przeszedł lodowaty prąd. Niemcy gładził jej szorstką skórę i jeszcze raz nachylił się i zionął w nią odorem morderczego szeptu.
- Rozumiemy się?
 Zacisnęła oczy, żeby na niego nie patrzeć. Stała w miejscu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Polska nadal darł się wniebogłosy.
- Nie dotykaj jej!!!
Coś ściskało jego ręce i nie pozwalało ruszyć z pomocą Warszawie. Wbijało paznokcie w skórę i powodowało paniczny ból. Krzyczał, wyrywał się, ale nic to nie dało. Otuliła go woń gnijących ciał. Jeszcze mocniejsza niż zwykle. Wilczur drapał skórę i syczał szydercze słowa do ucha.
- Nie przeszkadzaj nam, dobrze? - żarzący oddech otulał go i palił skórę. - Tobą zajmę się później.
 Polska zacisnął zęby i wpatrywał się w scenę tuż przed jego oczami. Warszawa, drobniutka i bezbronna wobec rosłego, muskularnego Niemca, pochylającego się nad nią. Gotowego w każdej chwili dźgnąć ją nożem w brzuch. Jak mogła do tego doprowadzić?! Jak mogła doprowadzić się do takiego stanu?! Nie potrafił pojąć jak mogła być tak nieodpowiedzialna. Wznieciła powstanie mimo, że była już wystarczająco wyczerpana. Przecież tyle razy jej tłumaczył, żeby nie robiła głupstw.
- Warszawo, nie walcz z nim! Chodź tutaj! A ty jej nie dotykaj! Nawet palcem! Warszawo, bądź poważna, razem będzie nam łatwiej! - w jego oczach wezbrały łzy. Nie mógł jej stracić. Nie teraz. To działo się zbyt szybko. Zaczął bredzić. Jak mógł odwodzić ją od walki z Niemcami, kiedy on także pragnął zmieszać go z piachem. Pragnął tego tak samo mocno jak ona. Warszawa odwróciła twarz w jego stronę. Czerwony ślad ręki Niemiec odbijał się na bladej jak kartka skórze. Tłuste, potargane włosy przylepiały się od potu do skóry. Uśmiechnęła się z trudem. Usta rozrywały uschnięte policzki.
- Nie martw się braciszku. Nic mi się nie stanie, w końcu jestem dzielna, prawda? Sam tak mówiłeś...
 Polska przestał się wyrywać. Przed oczami stanął mu dzień, w którym powiedziała dokładnie te same słowa. Jechali tramwajem, a Warszawa złapała go za rękę i zaczęła przepychać się w stronę przedziału "Nur für Deutsche". Stanęła jakiemuś Niemcowi prawie nad uchem i zaczęła nucić piosenkę.
"Siekiera, motyka, styczeń, luty,
Niemiec z Włochem gubią buty.
Siekiera, motyka, linka, drut,
I pan malarz jest kaputt."
  Była taka nieodpowiedzialna. Kierowała się jedynie młodzieńczymi pobudkami. Ale jego obowiązkiem było stanąć w jej obronie. Wyrzucić okupantów za granicę, pozbyć się ich raz na zawsze. Ze świata wspomnień wyrzucił go mrożący krew w żyłach widok. Niemcy znów uderzył Warszawę w twarz, tak by odwróciła się w jego stronę.
- Teraz rozmawiasz ze mną! - warknął. Polska wrzasnął i na nowo zaczął wyrywać się ze szponów rozwścieczonego zwierzęcia.
- Jeszcze raz ją dotkniesz, to cię zabiję!!! Rozumiesz?! ŁAPY PRECZ PSIE!!!
 Niemcy zignorował jego słowa, a szpony wilczura zacisnęły się na krtani i nie pozwalały krzyczeć.
W oczach Warszawy wezbrały łzy. Uniosła wzrok, a nad jej twarzą wyłonił się szyderczy uśmiech równych, białych zębów.
- Te wasze piosenki są takie irytujące... westchnął Niemcy, okręcając jej włosy wokół palców.      Warszawa zacisnęła usta w cienką linię i wbiła paznokcie w skórę. Jego uśmiech wzbudzał w niej furię, jakiej jeszcze nikomu się nie udało.
- Ale już niedługo będziecie skomleć tylko te pieśni, które ja wam każę - złapał kosmyk jej włosów i pociągnął za nie z całej siły. Głowa Warszawy uchyliła się przed okupantem wraz z siłą nacisku, a nogi ugięły w kolanach z wyczerpania. Przeszywający ból wyrywanych pojedynczych włosów zmusił ją do pisku. Polska krzyknął niezrozumiałe słowa, ale go nie słuchała. Niemcy zrobił coś niewybaczalnego. Musiała mu pokazać, gdzie jego miejsce. Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się pod nosem. W jednej chwili wyrwała się z uścisku i wymierzyła blondynowi cios prosto w twarz. Niemcy złapał się za nos i odchylił głowę, robiąc parę kroków w tył, zszokowany kontratakiem. Z przerw między palcami popłynęło kilka kropel krwi, które skapnęły na kołnierz. Wilczur zaskowyczał i polizał obitą łapę. Warszawa potarła kościstą dłoń. Pulsujący ból po ciosie udzielił się także i jej. Serce zabiło mocniej pod wpływem adrenaliny. Wykrzywiła usta w uśmiechu. Przypatrywała się jak Niemcy wyciąga z kieszeni chusteczkę i wyciera nią nos z ciężkim westchnieniem. Wyglądał żałośnie.
- Nie przypuszczałem, że negocjacje będą przebiegać w tak niekorzystny sposób.
- Niekorzystny dla kogo?! - śmiech Warszawy rozniósł się po placu. - Chyba dla ciebie! Ja bawię się wybornie!
 Pulsujący ból nie dawał jej spokoju, ale trzymała plecy prosto i przeszywała Niemca wesołym spojrzeniem. Jednak głęboko, w kącikach oczu, żarzyły się węgielki strachu. Były niczym rak. Rozprzestrzeniały się w niekontrolowany sposób i pożerały ją od środka. Serce natomiast broniło się przed nimi, jak ona przed Niemcami. Jej ciało prowadziło własną wojnę, której nie potrafiła powstrzymać. Musiała zmagać się z podwójnym wrogiem. Ale tym razem strach nie mógł zwyciężyć. To ona miała trzymać gałązkę oliwną i machać nią w powietrzu z okrzykiem "Victoria" na ustach. Niemcy poprawił kołnierz, a jego twarz przybrała zimny odcień bieli. Zwiastujący kłopoty.
- Ubrudziłaś mi mundur, Untermensch - ze stoickim spokojem podniósł na nią wzrok. W oczach czaiła się, trzymana na wodzy, furia. Z nosa spływała zaschnięta strużka krwi. Na kołnierzu jego munduru widniało parę kropel obrzydliwie czerwonej substancji. Niemcy powoli postawił pierwszy krok w jej stronę. Uśmiech Warszawy powoli znikł pod aurą strachu. Zacisnęła pięść, gotowa zaatakować. W jednej chwili wilczur rzucił się na nią. Wbił pazury w jej ramiona i zakneblował usta zimną dłonią. Warszawa zaskomlała i stała ze wzrokiem wbitym w Niemcy, trzymającego ją w uścisku i nachylającego się nad jej twarzą.
- Nawet sobie nie wyobrażasz ile sprawiasz problemów - warknął. Jego twarz wykrzywiła się w chłodnym grymasie. Zaciskał dłoń na jej ustach, zgniatając policzki i nie pozwalając oddychać. Warszawa wpatrywała się z nienawiścią w jego przenikliwie chłodne, niebieskie oczy. Mieszały się z żółtymi ślepiami wilczura i przeszywały ją na wylot. Nachylał się nad nią i złapał kołnierz jej munduru, unosząc ją brutalnie w górę. Stopy oderwały się od podłoża. Wydała cichy jęk. Mundur wrzynał się w jej kark, kiedy próbowała dosięgnąć palcami ziemi.
- Nie masz pojęcia co przez ciebie przechodzę! - wrzasnął. - Nic nie rozumiesz! Stawiasz się po raz kolejny!? Nie nudzi ci się to?! Przecież wszyscy wiedzą, że już nie żyjesz!!! Jesteś MARTWA!!! NIE ROZUMIESZ TEGO?!!
 Trząsł nią jak szmacianą lalką i coraz mocniej zaciskał dłoń na policzkach. Warszawa wpatrywała się w niego z przerażeniem. Zielone oczy odbijały się na tle brudnej, wyczerpanej twarzy. Raz po raz jęczała cicho, próbując wydostać usta z uścisku. Niemcy darł się na nią, klnąc i wyzywając ją od kundli.
- Zrównam cię z ziemią! OBOJE BĘDZIECIE MI SIĘ KŁANIAĆ!!!
 Wrzaski Niemca rozchodziły się po placu, za budynki, aż za samą Wisłę. Jego twarz lśniła od potu, a oczy zionęły pustką. Wypełniała je jedynie nienawiść. Uniósł wyczerpaną Warszawę jeszcze wyżej i trząsł nią na wszystkie strony. Ręka na jej ustach zsunęła się na brodę.
- DOSYĆ TEGO!!! NA LITOŚĆ BOSKĄ, PRZESTAŃ!!! - wrzasnął Polska. Warszawa skorzystała z okazji i ugryzła Niemcy w dłoń. Blondyn zawył i odepchnął dziewczynę na ziemię. Warszawa wrzasnęła z bólu, kiedy z impetem uderzyła lewym ramieniem w kupę gruzu. Tumany kurzu wzbiły się w powietrze. Przez całe ciało przepłyną przeszywający ból. Zatrzymał się na skroni i tam już pozostał.  Skuliła się na brudnej ziemi. Leżała i trzęsła się, cierpiąc katusze od rany na głowie. Uniosła dłoń i dotknęła pulsującego miejsca. Było całe mokre. Zacisnęła oczy, nie patrząc na dłoń, całą skąpaną we krwi. Nogi drżały i odmawiały posłuszeństwa, kiedy próbowała nimi poruszyć. Uniosła wzrok. Niemcy stał nad nią pocierał dłoń po ugryzieniu. Warszawa leżała dokładnie pod jego stopami, a Polska powoli tracił przytomność, duszony przez wilczura. Niemcy poprawił rękawy munduru i pochylił się nieznacznie nad ledwo trzymającą się przy życiu stolicą. Jego zimne spojrzenie się uspokoiło. Zwiastując największą burzę w historii. Wpatrywała się w niego zmordowanymi, zapłakanymi oczami, ale nie odezwała się ani słowem. Uśmiechnął się pod nosem. Lewa ręka Warszawy opadała bezwładnie zaraz koło jego nogi. Uniósł stopę i powoli postawił ją na jej palcach. Ciężki, wojskowy but przycisnął jej palce do ogromnego kawałka gruzu. Rozległ się trzask gruchotanych kości. Warszawa wrzasnęła. Wiła się i skomlała pod stopami okupanta. Cały ból przeniósł się ze skroni, do palców, łamanych jeden po drugim. Palące uczucie rozchodziło się po całym ciele. Każda cząsteczka piszczała i darła się wniebogłosy. Złapała ramię, desperacko próbując uwolnić rękę spod buta. Płakała jak dziecko, piszczała i łykała powietrze potężnymi haustami. Niemcy nachylił się nad nią.
- Pragniesz coś wyszczekać?
 Przycisnął but do jej palców mocniej i miażdżył je, wykręcając go na wszystkie strony. Warszawa skuliła się i wybuchła jeszcze większym szlochem. Serce biło ostatkiem sił i broniło się przed otuloną czarną aurą kostuchą, zbliżającą się wielkimi krokami. Po placu rozniósł się wrzask rozpaczy.
- Jak śmiesz faszystowski śmieciu!!! Może weź się za kogoś swojej postury?! Tak nisko upadłeś, że atakujesz kobietę?! - Polska mierzył Niemcy wzrokiem. Wyrywał się wilczurowi, który trzymał go przy ziemi, a jego wrzask roznosił się po placu i wywiercał okupantowi dziurę w uchu. Niemcy zwrócił się w jego stronę. Kopnął Warszawę w brzuch, która jęknęła cicho i ruszył powolnym krokiem w stronę Polski. Skrzyżował ręce za plecami i uśmiechnął się chłodno. Gruz pod jego stopami gruchotał z każdym krokiem.
- Wchodzisz na grząski grunt, Polen... Ani ty, ani ona nie jesteście dla mnie godnymi przeciwnikami - wyprostował plecy i spojrzał na nich z góry. Zaśmiał się gromko, unosząc wyczerpaną twarz Polski, za podbródek, zmuszając go do podniesienia wzroku. W oczach obu państw nie było nic oprócz nienawiści i bólu.
- Poza tym, dobrze wiesz, że bycie państwem nie ma z tym nic wspólnego. Mógłbyś być drobną, bezbronną dziewczynką, a i tak zmieszałbym cię z błotem - nim zdążył dokończyć, Polska splunął mu w twarz. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy Niemcy zrobił się cały czerwony.
- JAK ŚMIESZ, UNTERMENSCH?! - uniósł dłoń, by uderzyć go w twarz, ale w ostatniej chwili jego ręka zawisła w powietrzu. Do ich uszu dopłynęły ciche słowa. Spokojne i miękkie. Zamarli. Polska uniósł wzrok. Niemcy opuścił dłoń. Cały plac wypełnił się ledwo dosłyszalnym, dźwięcznym szeptem. Gęstą mgłą niezrozumiałych słów. Pojawiły się znikąd i unosiły się wokół nich, niczym nasiona dmuchawca. Polska zawsze porównywał je do małych spadochroniarzy. Uwielbiali z Warszawą zrywać, a potem dmuchać w nie, obserwując jak unoszą się do nieba. Poczuł przyjemne ciepło. Przymknął oczy i uniósł głowę, pozwalając by dmuchawce muskały jego twarz. Przypominały dom. Ten sam co tutaj, ale nie skąpany we krwi. Dom pełen zapachów, miłości i spokoju. Świętego spokoju, którego tak dawno nie zaznał. Już zdążył zapomnieć jakie to uczucie. Jak to jest czuć wolność. Wziąć ukochaną Warszawę pod ramię i ruszyć przed siebie. Bez strachu o ojczyznę. Bez demonów wojny krążącymi nad nimi niczym kruki, zwiastujące śmierć. Bycie państwem było najgorszym przekleństwem. W jego życiu nie istniało coś takiego jak spokój. Do oczu napłynęły łzy. Skoro płeć nie miała znaczenia, mógł płakać do woli. Cichy szept koił jego zmysły. Tulił go do piersi niczym dziecko i leczył rany.
- Was? - Niemcy podniósł się z ziemi i okręcił dookoła. Słowa, wypełniające plac, nie dotykały go jak piosenka. Nie dotykały go w ogóle. Otulały Polskę, którego twarz nabrała rumieńców. Nie czyniły żadnych szkód. Niemcy zbladł. Musiał odnaleźć ich źródło. Odwrócił się w stronę Warszawy. Stolica leżała na ziemi, cała w piachu. Rana na głowie przestała krwawić. Zaschnięty płyn odbijał się szkarłatem na kamieniu obok niej. Skulona, zaciskała coś w prawej ręce i niezauważalnie poruszała ustami. Przypominała martwe szczątki. Wrak człowieka. Niemcy zrobił parę kroków w jej stronę. Kiedy podszedł wystarczająco blisko, poczuł buchające od niej przyjemne ciepło. Szeptane, kojące słowa, które wracały Polsce sił, wypływały z jej ust. Podniosła wzrok i wlepiła w niego zielone, pełne kolorów, oczy.
- Was...? - wymamrotał. - Co tam szepczesz, Untermensch?!
 Warszawa uśmiechnęła się nieznacznie, nadal mamrocząc słowa pod nosem. Jej skóra nabierała kolorów, a rany zasklepiały się, zostawiając jedynie blizny. Niemcy zacisnął pięści.
- Odpowiedz jak do ciebie mówię!!!
 Warszawa odwróciła wzrok, ignorując jego wrzask. Niemcy stanął nad nią i wsłuchał się w szept.
- Aniele Boże, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój...
 Niemcy zbladł. Warszawa modliła się po cichu, a słowa leczyły jej rany i dodawały sił. Płynęły w stronę Polski, napawając go nadzieją. A nadzieja była jego największym wrogiem.
- ZAMKNIJ MORDĘ!!!
- Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy...
 Niemcy złapał jej nadgarstki i przycisnął ją do ziemi. Warszawa jęknęła. Jej oczy nabrały kolorów i mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni. Skóra nosiła liczne blizny, a po ranie na skroni została jedynie szkarłatna plama, odbijająca się na brudnych, tłustych, blond włosach. Warszawa uśmiechnęła się pod nosem.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje...
-ZAMILCZ!!! - Niemcy potrząsnął nią parę razy i przygwoździł ją do szczątków dawnej kamienicy. Warszawa, oparta o ścianę, przyciśnięta przez muskularnego Niemca, straciła dawny blask. Była jedynie małą, bezbronną dziewczynką. Nie zostało w niej nic z dawnej, dumnej, potężnej stolicy. Tonęła w jeziorze martwych dusz, ale nie miała zamiaru przegrywać. Pragnęła wygrać. Za wszelką cenę. Recytowała słowa modlitwy z jeszcze większą determinacją. Wilczur zmierzył ją od stóp do głów, a jego żółte ślepia zatrzymały się na jej dłoni.
- I odpuść nam nasze winy... jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...
 Jej palce przesuwały się powoli po koralikach różańca. Źrenice Niemiec zwężyły się. Jego twarz przybrała trupio blady kolor.
- I nie wódź nas na pokuszenie... ale nas zbaw ode złego...
- Powiedziałem zamknij się!!! - wymierzył jej cios prosto w twarz. Warszawa wrzasnęła, a z jej nosa trysnęła krew. Głowa opadła z wyczerpania, ale ona uparcie ściskała różaniec i podniosła wzrok.
- Nigdy w życiu... - jęknęła. Zacisnęła pięść i oddała cios. Niemcy zdążył złapać jej nadgarstek i wlepił w nią mordercze spojrzenie.
- Mam ci połamać wszystkie kości? - wycharczał. - Mit Vergnügen!
 Przytrzymał jej ramiona i brutalnie uderzył nią o ścianę. Warszawa zaśmiała się, wykrzywiając krwawiące usta w uśmiechu. Palący ból w czaszce nie dawał jej spokoju i hamował oddech, ale nie potrafiła wyobrazić sobie przyjemniejszego uczucia. Tego właśnie potrzebowała. Mocnego wstrząsu. Czegoś co obudzi w niej najgorsze instynkty, żeby mogła wreszcie porządnie mu przywalić.
- Przyjemnie, co? - wyszeptała. Niemcy ściskał jej ramiona, ale jego ruchy zwolniły. Warszawa przez chwilę poczuła niezmierną ulgę. Ból w czaszce zelżał i mogła porządnie odetchnąć.
- Was? - Niemcy spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Warszawa jedynie uśmiechnęła się promiennie.
- Co mówisz, Untermensch?!
 Stolica nachyliła się do jego ucha i zionęła w niego szeptem pełnym zapachu świeżej krwi.
- Nienawidzę cię.

Collage2015-05-0620_54_11-1.jpg

  •  
  • Pozostało 1000 znaków