• Wpisów: 35
  • Średnio co: 44 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 17:13
  • Licznik odwiedzin: 10 351 / 1586 dni
 
soundsoftheworld
 
Jeżeli nie czytałeś/aś 1 części to zjedź na dół.

~~~

Z tymi słowami rzuciła się na Niemca. Wystarczyła chwila, żeby wbiła pazury w jego krtań i przycisnęła go do ziemi. Niemcy zawył. Wilczur wyszczerzył zęby i podkulił ogon. Przez moment wpatrywała się w jego żółte ślepia. Miała ochotę je wydłubać. Łyżeczką do ciasta. Uniosła pięść i wymierzyła cios w twarz. Kolejne trafiały w ramiona, brzuch i gardło. Nie patrzyła w co celuje. Dopóki była pewna, że sprawia mu ból, napawało ją to radością. Nie obchodziło ją, jak daleko będzie musiała się posunąć. Jego wrzaski koiły nerwy niczym kołysanka. Palący ból w klatce piersiowej, serce rozpadające się na kawałki, skurcze mięśni. Wszystko to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyła się wolność, tylko do tego dążyła. Oboje z Polską pragnęli jedynie świętego spokoju. Wolnej ojczyzny, z dala od wojen, mordów, niepotrzebnego rozlewu krwi. A tymczasem nie potrafili się nawet obronić. Wziąć w swoje ręce walki o ojczyznę. Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata zrobili się tacy delikatni? Przecież nawet nie miała siły walczyć. Posłała młodych ludzi na śmierć w imię czego...? Jak mogła być taka głupia... Serce zabiło ostatkiem sił, a w oczach wezbrały łzy. Nim się obejrzała, leżała na brudnej ziemi i zanosiła się od płaczu. Niemcy nachylał się nad nią i zgniatał jej nadgarstki. Chwila nieuwagi i znów była na straconej pozycji. Wilczur zawył triumfalnie. Warszawa połknęła słone łzy i grzebała paznokciami w ziemi. Palce krwawiły, a głowa pękała z bólu. Na źrenicach pojawiły się czarne plamki, przez które świat zaczął się rozmazywać. Jakby miała go już nigdy więcej nie zobaczyć. Twarz okupanta rozpływała się wśród bladych kolorów. Nie była pewna czy się uśmiecha, czy może znów jest wściekły. Oba uczucia były przecież tak podobne.
- I co teraz? - warknął Niemcy, sapiąc ciężko. Miał podbite oko i rozciętą wargę. Warszawa zignorowała go i zwróciła twarz w stronę Polski, który klęczał na ziemi i wpatrywał się w tę makabryczną scenę. Nawet nie wiedziała jak ma mu powiedzieć, że już dość. Nie mogła dalej walczyć. Ich spojrzenia się spotkały, a Warszawa nie potrafiła uwierzyć, że już nigdy nie zobaczy jego uśmiechu. Była na skraju wyczerpania. Musiała ochronić chociaż jego.
- Przepraszam braciszku... - jęknęła, łykając powietrze. Miała wrażenie jakby w jej płucach wywiercono milion dziur. Polak uśmiechnął się lekko i skinął głową. Drobna osóbka leżała, przygnieciona do ziemi, ale jej oczy nadal świeciły tym samym blaskiem co wcześniej. Dopiero wtedy dotarło do niego, jak bardzo mylił się co do swojej siostry. Była silna i to nie ulegało wątpliwości. Musiał jedynie przekonać ją, żeby wytrzymała jeszcze chwilę. Zaczęła tę farsę, więc miała ją skończyć.
- Za co ty mnie przepraszasz, kochanie? - wyjąkał. - Przepraszać mnie będziesz, jeśli go porządnie nie spierzesz.
 Ale skończyć nie znaczy przegrać. Znaczy zmielić Niemcy na miazgę. Warszawa otworzyła usta, żeby powiedzieć, że nie da rady, ale Polska uprzedził ją szczerym śmiechem.
- Pokaż co to znaczy zadrzeć z Warszawą. Niech pies zna swoje miejsce - uśmiechnął się promiennie.   Jeszcze tylko chwilę. Musiała wytrzymać tylko momencik. Przecież Rosja już tu zmierzał. Anglia i Ameryka mówili, że pomogą. Warszawo droga, broń się. Przyjdą posiłki, dasz radę. Wiem, że dasz. Zaklinał w duchu, żeby to wszystko nie okazało się wierutnym kłamstwem.
- Przyłóż mu też w moim imieniu.
 Marny podjudzacz. Warszawa uniosła wzrok na okupanta. Twarz Niemczech przybrała trupio blady kolor. Oderwał się od niej, puszczając jej nadgarstki i pognał do Polski. Przy akompaniamencie wrzasków i przekleństw, kopnął go prosto w twarz.
- KAZAŁEM SIĘ WAM ZAMKNĄĆ!!! TAK CZY SIAK JESTEŚCIE MARTWI!!! NIE WAŻNE CO ZROBICIE!!!
 Warszawa podniosła się na łokciach. Gorący prąd przebiegł przez jej kręgosłup. Odetchnęła ciężko, zaciskając zęby. Spojrzała na Polskę, którego uśmiech przebijał się przez skąpaną we krwi twarz. Miał świętą rację. Podniesie się i sprawi, że Niemcy raz na zawsze ucieknie za granicę i pożałuje, że kiedykolwiek z nią zadarł. Nawet za cenę własnego życia? Potrząsnęła głową. Nie. To nie jej życie się teraz liczyło. Była jedynie miastem. Ją dało się odbudować. Ale Polska? Skąpany we krwi, zmęczony ciągłą walką, nie miał szans pokonać wroga sam. Jej prawa dłoń zacisnęła się na czymś zimnym i twardym. Przez chwilę wydawało się jej, że nadal ściska różaniec, ale kiedy odwróciła wzrok, serce zabiło mocniej. Na ziemi leżał ogromny, drewniany kij do baseballa. Zacisnęła usta w cienką linię i spojrzała na Niemcy, znęcającego się nad jej bratem. Miała go pokonać tym kijem? Ameryka raczył sobie żartować! Podniosła się na kolana i chwyciła go obiema rękami. Kiedy zacisnęła na nim palce lewej dłoni, musiała powstrzymać się by nie krzyknąć z bólu. Połamane kości gruchotały i trzaskały, gdy nimi poruszała. Jej ciało przeszedł dreszcz. Zacisnęła oczy i podniosła się na nogi.  Mięśnie łydek napięły się i wołały o łaskę. Uniosła kij, który wydawał się być o wiele za ciężki jak dla takiej osoby. Nie była pewna czy uda się jej uderzyć nim mężczyznę dwa razy większego od siebie. Ale musiała spróbować. Zemsta miała być słodka. Zacisnęła palce na drewnie. Drzazgi wbiły się w jej dłonie. Na boku wyryte było jedno słowo. Liberty. Tylko na tyle było go stać?! Przecież miał przylecieć! Kolejny sukinsyn imający się jakiejkolwiek walki. Miał masę broni, a przysłał jej drewniany kij?! Postawiła pierwszy krok, a mięśnie na całym ciele rwały się w agonicznym bólu. Zacisnęła zęby, które zachrzęszczały. Niemcy kopał Polskę po twarzy i ryczał niezrozumiałe niemieckie słowa. W jej oczach wezbrały łzy. Nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała go w takim stanie. Obraz brata konającego pod ciężkimi, wojskowymi butami i pazurami rozwścieczonego wilczura napawał ją lękiem. Bała się wykonać jakikolwiek ruch. Nogi grzęzły w ziemi, a palce coraz ciaśniej zaciskały się na rękojeści kija. Jedyną rzeczą, która osłaniała jej, skostniałe z bólu, serce była nadzieja. Szepcząca dwa słowa. Wolność i rodzina. Przywoływała mgliste wspomnienia, których prawdziwości nie była do końca pewna. Ale czy mogła być czegokolwiek pewna w obliczu takiej tragedii? Polska nachylający się nad nią z szerokim uśmiechem na ustach.
- Warszawo ma, kochana, jesteśmy rodziną, a rodzina musi trzymać się razem. A ja, jako twój starszy brat, mam w obowiązku dbać o twoje bezpieczeństwo - mrugnął okiem ze śmiechem. - Twoja siostra Kraków zwykła mówić: Wszyscy odchodzą, przyjaciele, kochankowie, ci którym ufaliśmy najbardziej, ale rodzina nigdy cię nie opuści. Bo od tego właśnie jest.
 Warszawa dokładnie zapamiętała sobie te słowa. Na jej twarz wypłynął uśmiech. Wspomnienie przepełniało ją szczęściem. Dodawało sił i karmiło nadzieję. Uniosła wzrok. Polska leżał przygnieciony do ziemi. Jego jęki roznosiły po placu i mieszały się z donośnym śmiechem Niemiec. Poranione ręce bezwładnie opadały na gruz, a z gardła raz po raz wypływały strumienie krwi. Przez umysł Warszawy przepłynęło jeszcze jedno wspomnienie. Głęboki, czysty i niezwykle kobiecy głos, którego zawsze tak siostrze zazdrościła. Kraków stała nad nią z poważnym wyrazem twarzy i palcem uniesionym w górze.
- Żelazna zasada każdego miasta: Jeżeli kiedykolwiek ktoś zbliży się do Polski, masz obowiązek go bronić. Zniszczyć w zarodku wszystko co go krzywdzi. Ochronić go za wszelką cenę, nie bacząc na konsekwencje. Jasne? Pamiętaj o tym. Takie jest zadanie każdej stolicy. Jeżeli temu nie podołasz to znaczy, że nie zasługujesz na to miano. Natomiast możesz być pewna, że nie ważne jak bardzo cię kiedyś znienawidzę, w tej kwestii zawsze możesz liczyć na moją pomoc. Siedzimy w tym razem... siostro...
 Powiedziała to zaledwie parę dni przed tym jak Warszawa stała się stolicą. A potem faktycznie ją znienawidziła. Teraz pewnie wyśmiałaby ją, widząc w jakim jest stanie. Nie mogącą zrobić kompletnie nic by ochronić najdroższą osobę. Dała się porwać walce, bitwie której nie miała szans wygrać. Połknęła słone łzy. Posłała wszystkich na pewną śmierć. Nie miała prawa nazywać się stolicą.
  Polska wypluł zbierającą się w przełyku krew. Niemcy stał nad nim i przypatrywał się jak Polak próbuje podnieść się z ziemi. Palący ból przepływał przez jego ciało przy każdym ruchu. Czuł na twarzy ciepłą ciecz, spływającą ze złamanego nosa. Zacisnął zęby na języku, by odwrócić uwagę od panicznego bólu. Żwir i piach dostawały się pod skórę. Wilczur wżynał pazury w jego plecy, liżąc go po karku. Ślina działa niczym kwas i wyżerała w nim dziury, jakby był skrawkiem materiału. Wbił paznokcie w ziemię i zaśmiał się cicho. Mięśnie klatki piersiowej napinały się, potęgując ból przy każdym wdechu. Uniósł wzrok i przeszył Niemcy spojrzeniem wesołych, zielonych oczu. Przynajmniej na chwilę był w stanie odwrócić jego uwagę od Warszawy. Nie mógł narażać jej na większe niebezpieczeństwo. Przecież był jej starszym bratem. To on powinien dbać o jej bezpieczeństwo. Niemcy podsunął czubek buta pod jego brodę i uniósł ją do góry.
- I co teraz? – syknął.  Jego wyraz twarzy był chłodniejszy niż lodowe pustynie Syberii. Niż lufy pistoletów przytkniętych do skroni młodych Polaków. Niż ściany wagonów wiozących ludzi do obozów koncentracyjnych. Był gorszy od jakiegokolwiek bólu. Nie było w nim nic humanitarnego. Wszelkie zasady moralne zostały zniszczone w zarodku. Wyplewione niczym chwasty. Z bladych ust spływała czerwona strużka krwi. Parę blond kosmyków uciekło spod idealnie ulizanej fryzury i opadało na czoło. Swastyka na ramieniu raziła w oczy, przypominając najkrwawsze sceny, które nadal nie zostały wyprane z pamięci. Brakowało mu tylko  wąsika. Polska zaśmiał się cicho na samą myśl o Niemczech przypominającego Hitlera. Świnia. Pieprzony sukinsyn. Kąciki ust uniosły się do góry. Przecież nic nie irytowało okupanta bardziej niż jego pełen wiary, beztroski, szczery uśmiech. Pieśni, przepełniające nadzieją nawet najtwardsze serca, niosły się echem po tonącej we krwi Warszawie, doprowadzając go do czerwoności. Niesubordynacja, ślepe dążenie do wolności i brak jakichkolwiek uprzedzeń co do zła wyżerającego ich kraj krok za krokiem. Polska doskonale wiedział jak wzbudzić w Niemczech iskierki furii. A co potem, to już tylko Bóg raczył wiedzieć. Niemcy poklepał go czubkiem buta w policzek.
- Nie sądzisz, że to dobry moment by się poddać, hm? Polen?
 Wyszczerzył białe zęby w pełnym pogardy uśmiechu. Polska odwdzięczył się tym samym. Poczuł jak wilczur wbija pazury coraz głębiej i głębiej. Krew sączyła się z jego pleców i tworzyła wokół niego ogromną szkarłatną kałużę. Niemcy postawił buta na jego głowie i brutalnie przytrzymał twarz przy ziemi. Polska zacisnął usta. Jego własna krew pomieszana z piachem dostawała się do ust. Przez obrzydliwy metaliczny smak mięśnie przełyku zacisnęły się w odruchu wymiotnym. Wypluł krew i uniósł wzrok. Świat przed jego oczami zaczął się rozmazywać. Niemcy niknął w mroku, ale przez ciemność przebijała się blada poświata. Drewniany kij wiszący nad głową okupanta.
- Nie wydaje mi się... - wyjąkał. - Nikt cię nie nauczył, że to nierozsądne odwracać się tyłem do wroga?
 Niemcy nie zdążył odpowiedzieć, bo ciężki kij uderzył go w tył głowy. Wrzasnął z bólu i przewrócił się na ziemię bez tchu. Na twarz Polski wypłynął uśmiech. Z tumanów kurzu wyłoniła się drobna sylwetka z ogromnym drewnianym kijem w rękach. Warszawa miała przekrwione oczy, włosy oblepione szkarłatem, a wychudzone, poranione nogi i ręce trzęsły się z bólu. Wykrzywiła krwawiące usta, próbując zapanować nad łzami. Podbródek drżał, a ręce opadły pod ciężarem broni. Wpatrywała się w Polskę, ignorując Niemcy wijącego się pod jej stopami. Po policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Przepraszam braciszku... - jęknęła, pociągając nosem. - Nie byłam w stanie... Kraków mówiła... Nie jestem wystarczająco silna...
 Wyciągnęła chude ręce w jego stronę niczym małe dziecko wołające swoją mamę. Polska złapał jej dłonie i z wysiłkiem uniósł kąciki warg. Ręce Warszawy były ciepłe i szorstkie. Wyniszczone walką, skostniałe od wysiłku, połamane butami okupanta. Oczy tonące we łzach błagały o chwilę życiodajnego snu. Powieki same opadały, chowając zielone tęczówki za firanką spalonych rzęs. Popękane usta schły od braku wody. Włosy przylepiały się do twarzy od potu i opadały ciężko na ramiona. Cała twarz skąpana w szkarłatnej, brudnej krwi. Ale mimo to Polska uważał, że była piękna. Kolor munduru, z biało-czerwoną opaską na ramieniu, ukryty pod warstwą piachu i sadzy. Pamiętał dokładnie dzień, w którym jej go dał. Bał się, że będzie na nią za duży, że to jeszcze nie czas, ale kiedy go założyła, nie potrafił powstrzymać łez. Jego mała siostrzyczka dorosła. Była stolicą, co wiązało się z ogromną odpowiedzialnością. Od tamtej chwili jej życia miało się diametralnie zmienić. Dotarło to do niego dopiero w 1830. Powstanie listopadowe. Wtedy zrozumiał, że już nie jest w stanie upilnować swojej siostry. Była dorosła, a słowa Krakowa musiały trafić ją bardzo mocno. Czuła się odpowiedzialna za jego bezpieczeństwo, przez co porywała się na niemożliwe. Była kompletnym przeciwieństwem swojej rozważnej, trzeźwo myślącej, starszej siostry. Być może właśnie dlatego Kraków tak bardzo jej nienawidziła. Wypomniała mu to, że przekazał losy kraju w ręce kogoś tak nieodpowiedzialnego. Ale teraz to wszystko nie miało najmniejszego znaczenia. Warszawa potrzebowała pomocy, a on nie potrafił się nawet podnieść. Ścisnął jej dłonie z całą siłą na jaką było go stać.
- Kocham cię. I wiem, że to trudne...
- Ale Kraków...
- Nie słuchaj jej. Kto inny, jak nie ty ma szansę go pokonać? A jeśli tobie się nie uda, to my zawsze będziemy stać za tobą... Nie jesteś sama...
 Co prawda nie był mistrzem w głoszeniu mów, ale twarz Warszawy lekko się rozjaśniła, gdy pokiwała głową. Dłonie Polski ściskały jej, a uśmiech nie znikał z jego twarzy. Był wyczerpany. Nie mogła zostawić go w takiej chwili. Pociągnęła nosem i połknęła słone łzy.
- No już... - przyciągnął ją do siebie i przytulił. - Nie możesz płakać.
 Jego zimne ciało, wyprane z życia, całe drżało, ale trzymał ją w ramionach najmocniej jak umiał. Gładził jej włosy i szeptał kojące słowa do ucha.
- Jeszcze będziemy się śmiać. Musisz tylko mocno zbić go tym kijem...
 Niemcy jęknął i podparł się na łokciach. Wilczur na nowo otworzył żółte ślepia i zaczął węszyć. Warszawa oderwała się od Polski i złapała drewniany kij. Stanęła dokładnie między okupantem, a bratem, osłaniając go własnym ciałem. Przez tyle lat był dla niej oparciem. Teraz przyszła pora by to on schował się za jej plecami, gdy ona będzie odwalać brudną robotę. Ledwo trzymała się na chwiejnych nogach. Ręce drżały, gdy uniosła broń do góry. Niemcy zwrócił twarz w jej stronę. Z tyłu głowy spływała strużka krwi, wpływając za kołnierz munduru. Blada twarz mieszała się z niebieskimi oczami. Źrenice przypominały główki od szpilek. Uśmiechnął się szeroko i zarechotał.
- Warschau... naiwna...
 Warszawa trzymała kij wysoko w górze, ale nie była w stanie zrobić żadnego ruchu. Nogi ugrzęzły w piachu, a zawiasy w łokciach zaklinowały się i nie pozwalały wyprostować ramion. Całe jej ciało kazało uciekać jak najdalej w panicznym strachu. Rozchyliła usta, oddychając ciężko.
- Idź sobie! Nikt cię tu nie chce! WYNOŚ SIĘ!!!
 Uśmiech Niemiec rozrywał policzki. Złowieszczy, nienawistny rechot rozniósł się po placu. Powracał echem, które trzęsło ziemią i niebem. Zwalało budynki, mordowało ludzi, paliło wszystko dookoła, porywało dusze do nieba. Siało spustoszenie, którego nie sposób zatrzymać.
- Śmiesz mi rozkazywać, Untermensch?
 Złowieszcze słowo wpadło do jej ucha, potem przepłynęło przez całe ciało, aż dotarło do ramion. Kij opadł na jego czoło. Warszawa zacisnęła powieki by nie patrzeć jak masakruje jego twarz. Spodziewała się usłyszeć wrzask, krzyk, przekleństwo, cokolwiek, ale nic takiego nie nastąpiło. Jedyne co poczuła to zatrważającą siłę naciskającą na jej kij. Ścisnęła go mocniej, a w jej palce znowu wbiły się setki drzazg. Otworzyła oczy. Niemcy zatrzymał cios jedną ręką. Leżał na ziemi, podparty łokciami i trzymał jej broń w dłoni. Wyglądał na niewzruszonego. Jego oczy mierzyły ją od stóp do głów. Mięśnie ramion napięły się, kiedy powoli podniósł się z ziemi.
- Będziesz potrzebowała trochę lepszej broni by mnie pokonać Warschau - syknął i załapał kij obiema rękami. W jednej chwili Warszawa została odepchnięta na bok. Ale jej palce ani myślały puszczać ostatniej deski ratunku. Niemcy rzucił nią niczym szmacianą lalką, ale kij nadal znajdował się w jej rękach. Jęknęła cicho, gdy znów uderzyła ramieniem w ziemię. Zdarta skóra na łokciach krwawiła i piekła. Podparła się nimi i uniosła wzrok. Kosmyki włosów zasłoniły jej oczy, ale mało ją to obchodziło. Poderwała się z ziemi, ignorując palący ból w klatce piersiowej i rzuciła się w stronę Niemiec. Gruz chrzęszczał pod jej butami. Parę razy potknęła o wystające z kawałów murów metalowe druty. Pędziła prosto na niego, a napięte mięśnie spowalniały jej ruchy. Ale to nie przeszkodziło by kij trafił w zamierzone miejsce. Gruchot żeber dopadł jej uszu niczym najpiękniejsza melodia. Niemcy złapał się za bok i wrzasnął głośno. Warszawa uniosła kij by zadać kolejny cios, ale okupant uderzył ją prosto w twarz. Siła odrzuciła ją o parę kroków. Niemcy dyszał ciężko i wpatrywał się w nią z czystą nienawiścią. Odpowiedziała mu tym samym. Zaschnięte na policzkach łzy drapały ją w twarz, a nos pulsował po ciosie. Ból zelżał, a adrenalina rzuciła serce na większe obroty, które zaczęło bić szybciej niż kiedykolwiek. Dawno się tak dobrze nie bawiło. Warszawa bez uprzedzenia uderzyła Niemcy kijem prosto w twarz. Okupant zgiął się w pół pod wpływem ciosu, a z jego nosa trysnęła krew. Przez chwilę stał ze wzrokiem wbitym w ziemię. Otarł twarz ręką i westchnął ciężko. To było już kolejne skuteczne uderzenie, a on wydawał się w ogóle nie przejęty. Tak jakby jej ciosy były niczym piórka muskające jego twarz. Uniósł wzrok i posłał jej pełen pogardy uśmiech. Ugięła nogi w kolanach i schyliła głowę, gdy wymierzył kolejne uderzenie. Wbiła kij pomiędzy żebra, które znalazły się dokładnie przed jej twarzą. Ale na tym skończyła się dobra passa. Niemcy złapał jej ramię, okręcił plecami do siebie i uderzył w zgięcie łokcia. Palce automatycznie puściły kij, który upadł z hukiem na ziemię. Warszawa wrzasnęła z przerażeniem. To było jak mrugnięcie okiem. Odór śmierci znów ją otoczył. Poczuła chłodny oddech na karku. Nie było ratunku.
- Dosyć tego...
 Wszystkie mięśnie odmówiły posłuszeństwa, posyłając ją na ziemię. Na jej nieszczęście Niemcy nie pozwolił jej upaść. Chwycił ją za gardło i uniósł do góry. Nie miała nawet chwili by się obronić. Jęknęła cicho i złapała jego dłonie. Zgniatał jej gardło ze szczęśliwym uśmiechem na ustach. Warszawa rozchyliła usta i poruszała nimi jak ryba, starając się złapać oddech. Płuca paliły ją od środka, błagając o powietrze. Niemcy ścisnął ją mocniej. Źrenice zwężyły się, kiedy wpatrywał się w wyczerpaną Warszawę. Widok błagającej o litość stolicy napawał go niezmiernym szczęściem. Führer będzie z niego zadowolony...
- To koniec Warschau.
 Jedno słowo, które niszczyło każde, choćby najmniejsze iskierki nadziei w zarodku.
- Przegrałaś.
 Polska leżał na ziemi w kałuży krwi, nadal przygnieciony ogromnym cielskiem wilczura. Wpatrywał się w Warszawę wiszącą jak na szubienicy, obwiązaną sznurem z długich macek Niemca. Ruszała usteczkami, bezgłośnie wołając o pomoc. Szamotała się na wszystkie strony, próbując wydostać się z uścisku. Ale nie mógł nic zrobić. Wyciągnął jedną rękę w jej stronę, próbując wyczołgać się spod ciężkiej masy, wżynającej pazury w jego skórę. Palący ból nie pozwalał mu się ruszać. Wszelkie próby były bezskuteczne. Piach podrażniał rany, które krwawiły coraz większym strumieniem. Zacisnął zęby, napinając wszystkie mięśnie. Musiał tylko się podnieść. Otworzyć usta i zawołać o pomoc. Przecież powinni tu być, przysłać żołnierzy, a tymczasem na placu byli tylko on, marionetka Hitlera i konająca stolica. Odór krwi i zgnilizny drażnił go coraz bardziej. Kostucha wymachiwała kosą i zbliżała się wielkimi krokami, rozsyłając kruki na wszystkie strony, by głosiły dobrą nowinę. "Warszawa umiera! Warszawa umiera! Gnije! Płaszczy się przed Niemcami!!!" Czarne ptaszyska krążyły nad nimi i skrzeczały na cały głos. Tumany kurzu wzbijały się w powietrze. Jęki Warszawy wtórowały wrzaskom tysięcy dusz. Niemcy trzymał ją w dłoniach niczym wojenny łup. Kolejna kamienica runęła wśród swoich martwych sióstr. Koniec świata. Polska nigdy nie wyobrażał go sobie w ten sposób. Tak naprawdę nigdy o tym nie myślał. Wolał nie wywoływać wilka z lasu. Tymczasem koniec świata nadszedł. Bynajmniej nie dla niego, ale dla najpiękniejszej istoty w jego życiu. Konała w mackach nieludzkiego państwa. A potem miała zamienić się w proch. Świat rozmazywał się, tonąc w szarych barwach. Powieki opadały ciężko na oczy. Kiedy znów je otworzy świat jaki znał dotychczas przestanie istnieć. W końcu jak będzie w stanie istnieć cokolwiek bez niej. Bez jej pięknego uśmiechu i napawających nadzieją słów. Bez tramwajów sunących po szynach, kolorowych kamienic, brukowanych uliczek, wypełnionych przyjemnym gwarem ludzkich słów i jadących pojazdów. W końcu cóż z tego, że Niemcy przegra wojnę i będą wolni, jeżeli jej nie będzie? Przysięgał, że ją obroni, a tymczasem umierała na jego oczach. Rozchylił usta i wyszeptał słowa jedynej piosenki, która mogła przejść mu przez gardło.
"Warszawo ma, o Warszawo ma
Wciąż płaczę, gdy ciebie zobaczę
Warszawo, Warszawo ma."
  Pieśń w jego ustach nie miała ni krzty melodii. Dawała jedynie upust myślom, których nie potrafił wyrazić zwykłymi słowami. Do oczu napłynęły łzy. Położył głowę w szkarłatnej kałuży własnej krwi i zacisnął powieki. Nie był w stanie się ruszać. Dym płonącej stolicy wrzynał się do płuc. Nie było ratunku. Przepona zaciskała się w bólu, gdy nabierał wdech, by zaśpiewać kolejną zwrotkę. Oddech śmierdział krwią, a wargi pękały przy każdym ruchu.
"Warszawo ma,
Patrz w oku mym łza
Bo nie wiem czy jeszcze zobaczę cię jutro
Warszawo ma."
  Nie potrafił otworzyć oczu. Patrzenie na nią było zbyt bolesne. O wiele wygodniej odwrócić wzrok i udawać, że nic się nie dzieje. W końcu jak mógłby pomóc komukolwiek, kiedy on sam też potrzebował pomocy. Oddychał ciężko i grzebał paznokciami w ziemi. Odwracał ból od głębokich ran na plecach. Przeżycie było priorytetem. Naród na niego liczył. Chłodna kalkulacja. Warszawa zginie, ale on nie może. Oczami wyobraźni widział świńskiego blondyna, szczerzącego zęby w szyderczym uśmiechu i jadowite słowa:
- Jedno miasto wiosny nie czyni, czyż nie?
 Inna sprawa, gdy tym miastem była sama stolica. Wyrzucił z głowy obrzydliwe myśli. Nie miały prawa w ogóle się pojawić. Jego zadaniem było stanąć w jej obronie. Uniósł wzrok. Zamrugał z niedowierzaniem. Źrenice rozszerzyły się. Serce zabiło szybciej. Spojrzenie się wyostrzyło, ukazując widok jak z obrazka. Cały plac usłany żółtymi płatkami. Wirujące w powietrzu, opadające na gruzy, świecące niczym słońce. Pojawiły się nagle i znikąd. Sprawiały wrażenie jedynie przyjemnego złudzenia. Zabawy wyobraźni, stęsknionej za spokojem i ciepłem. Słoneczniki. Płatki zawitały w Warszawie razem z odorem gorszym niż jakikolwiek inny. Polska wszędzie rozpoznałby ten smród. Rozbiory, carat, powstania, Katyń. W oddali zamigotał szalik, odbijający się bielą na tle szarej stolicy. Rosja. Ofensywa dotarła do Warszawy. A to znaczyło, że byli uratowani. Polska w jednej chwili poderwał się z ziemi. Mięśnie kuliły się z bólu, ale adrenalina hamowała okropne uczucie. Jeszcze nigdy nie cieszył się tak na myśl o obecności wschodniego sąsiada w jego kraju. Przebiegł wzrokiem po placu. Wilczur warczał na niego, starając się ponownie przycisnąć go do ziemi. Wpatrywał się w mglistą chmurę pyłu, unoszącą się nad ziemią, z nadzieją w oczach. Wypatrywał białego szalika, który świecił się w oddali. Warszawa będzie ocalona. Oczy zapiekły. Po policzkach spłynęły pierwsze od tygodni łzy szczęścia. Jeszcze tylko chwila i wszystko będzie dobrze. Powtarzał te słowa jak mantrę, rozglądając się dookoła. Wytężył wzrok i wtedy go zobaczył. Rosja, w ogromnym szarym płaszczu sięgającym samych stóp i grubym, zimowym szaliku owiniętym wokół szyi, wyłonił się z mgły. Białe, niczym lodowe pustynie Syberii, włosy, nie nosiły na sobie żadnych śladów brudu. Rumiana twarz uśmiechała się do niego, przesiąknięta sztuczną życzliwością. Płatki słoneczników otulały go niczym koc. Nikt nie spodziewałby się, że ta z pozoru sympatyczna, nieszkodliwie wyglądająca osoba, ma całe ręce splamione krwią milionów ludzi.
- Priglashayem Polsha - spokojny, słodki głos. Rozchylił usta w uśmiechu. Uniósł dłoń i pozdrowił go ruchem ręki. Polska czołgał się w jego stronę, odpychając wilczura, wtapiającego pazury w jego buty. Tarzał się pod jego stopami niczym pies, ale nie miał innego wyjścia. Tylko on był w stanie pokonać Niemcy.
- Rosjo! Bogu niech będą dzięki... - wycharczał resztkami sił. - Warszawa... ona...
 Rosja patrzył się na niego pytającym wzrokiem. Polska uniósł rękę i wskazał palcem mglistą postać Niemczech znęcającego się nad Warszawą. Jej krzyki wpadały w najmniejszą uliczkę, najciaśniejszą dziurę. Rozrywające bębenki wrzaski rozpaczy i bezsilności. Szamotała się na wszystkie strony, osłaniając przed kolejnymi ciosami w twarz. Broniła się rękami i nogami przy akompaniamencie trzech słów:
-Masz już dość?! MASZ JUŻ DOŚĆ?!
 Z jej ust wypływała tylko jedna odpowiedź:
- Chyba śnisz! - pyskata riposta przed wymierzeniem okupantowi kolejnego ciosu prosto w twarz. Tarzali się po ziemi, wyzywając jedno przez drugie i obrzucając śmiercionośnymi uderzeniami. To niemożliwe przejść obok takiej sceny obojętnie. Rosja przypatrywał się im dobrą chwilę, by potem zwrócić twarz w stronę Polski.
- Szto? - jego oczy nie zdradzały żadnych emocji. Jedynie błogi spokój. Chłód w obliczu śmierci.
- Pomocy... - szepnął, wpatrując się w chłodne oczy Rosji. - Błagam, musisz jej pomóc...
 Rosja uśmiechnął się życzliwie od ucha do ucha. Polska myśląc, że za chwilę ruszy w stronę Niemiec, cały się rozpromienił. Usta wygięły się w sztywnym uśmiechu i odetchnął z ulgą. Ale ten stał w miejscu. Rozłożył ręce i zaśmiał się cicho.
- Polsha - patrzył się na niego z błogim wyrazem twarzy. - Polsha, ja ne ponimayu.
 Polska zamarł. Rosja nie ruszał się z miejsca, przeszywając go zdziwionym spojrzeniem. Warszawa krzyczała wniebogłosy. Nie mogła wytrzymać kolejnej chwili. Musieli działać. Tymczasem Rosja stał, jak gdyby kompletnie nie wiedział o co chodzi. Grzebał butem w ziemi i rozglądał się na wszystkie strony, byle nie w stronę konającej, walczącej resztkami sił stolicy. Polska zacisnął pięści. W jego gardle wyrosła ogromna gula, a serce łomotało ze zdwojoną siłą. Całe ciało oblał zimny pot.
- J-Jak to? - wyjąkał, połykając zbierającą się w przełyku ślinę. - Jak to nie rozumiesz?! Pomocy! Musisz ją ratować!!!
 Z twarzy Rosji nie znikał uśmiech. Uniósł dłoń by uciszyć, szamoczącego się Polskę.
- Polsha, ja ne govoryu pa polski.
 Łomoczące serce. Miliony pytań, na które miał nigdy nie dostać odpowiedzi. Błogi spokój w obliczu śmierci. Czemu otaczali go ludzie bez sumienia? Polska zacisnął pięści i uniósł wzrok, wywiercając nim dziurę w twarzy Rosji.
- Pomocy! Po-mo-cy!!! Jak to nie rozumiesz?! - darł się wniebogłosy, chwytając brzegi burego płaszcza. - Rusz się no! Jak możesz tak tu stać?!  Wpatrywał się w niego z przerażeniem w oczach. Błagał, aby to wszystko okazało się jedynie chwilową zabawą jego kosztem. Rosja nachylił się i z niezwykłą brutalnością, niby przypadkiem, odsunął go na bezpieczną odległość.
- Ja ne gavoryu pa polski, da? - powtórzył, akcentując każde słowo. Polska dałby głowę, że kąciki jego warg unosiły się w pełnym pogardy uśmiechu. Współczuciu wobec kompletnej bezsilności i braku jakiejkolwiek chęci udzielenia pomocy.
- Ja gavoryu TOLKA pa russkiy, da? - rzekł cicho. - Ponimayu Polsha?
 Polska uderzył pięścią w ziemię, z której wzbiły się tumany kurzu. Brudziły jasne jak słońce płatki słoneczników. Skostniałe palce piekły przy każdym uderzeniu, a kolana szczypały od ciągłego wrzynania w ziemię. Wbił w Rosję nienawistny wzrok i wrzasnął:
- NIE! Nie ponimayu!!! Warszawa umiera, musisz jej pomóc!!! WARSZAWA! To chyba rozumiesz!!!
 Co chwila wskazywał palcem na swoją siostrę, duszoną pod ogromną czerwoną flagą ze swastyką na środku. Rosja uśmiechnął się szeroko i przytaknął. Nachylił się nad twarzą Polski i pokiwał głową, jakby zaczął rozumieć. Mniejszy naród uniósł wzrok, a źrenice rozszerzyły się w wyczekiwaniu na jakąkolwiek sensowną odpowiedź
- Varshava, da? Da, da, Varshava eta krasivyy gorod.
 Polska zamrugał. Piękne miasto. Piękne miasto?! Słowa odbijały się echem w jego głowie. Rosja uśmiechał się szeroko. To wszystko musiało być jakąś marną komedią. Z jednej strony atakowały go wrzaski i huk granatów, a z drugiej błogi spokój wschodniego sąsiada. Gdzie niby zniknęła ta piękna stolica? Nigdzie. Jej już po prostu nie było. I Rosja doskonale o tym wiedział. Z każdą chwilą coraz bardziej utwierdzał Polskę w przekonaniu, że jest tylko pionkiem w jego rękach. Chciał cały świat trzymać w szachu. I jak na razie idealnie mu to wychodziło. Wiara w pomoc ze strony wschodniego sąsiada była jedynie ślepą nadzieją. Zabawą serca, śmiejącego się mu w twarz z jego naiwności. Tak, naiwnością przebijał nawet samą Warszawę.
- W takim razie po co tu jesteś? - podniósł na niego lodowaty wzrok. Wbił paznokcie w brzeg burego płaszcza. Rosja tym razem go nie odepchnął. Z jego twarzy nie znikał uśmiech, ale oczy toczyły nienawistną walkę ze spojrzeniem Polski. Trudno stwierdzić, który z nich darzył drugiego większą nienawiścią. Najchętniej obaj rzuciliby się sobie do gardeł, ale Rosja nie był tak lekkomyślny, żeby skupiać na sobie uwagę także i Niemiec. Pozostało im jedynie mierzyć się chłodnymi spojrzeniami.
Polska kulił się z bólu, ale nie mógł pozwolić by Rosja to zauważył. Każda cząsteczka jego ciała wołała dość. Najmniejszy ruch spowalniał pracę serca, torując drogę czarnej kostusze. Prostował plecy i mocniej wrzynał kolana w ziemię, żeby nie upaść na twarz. Przy każdym wdechu, płatki słoneczników wpadały do gardła i mieszały się z resztkami krwi. Szkarłatna substancja zbierała się w przełyku, ale nie mógł jej wypluć. Nigdy w życiu nie pokazałby przed Rosją swojej słabości. Zamiast tego, raz po raz łykał własną krew. Gorzki, metaliczny smak. Myślał, że za chwilę zwymiotuje. Rosja zrobił krok w tył.
- Ja ne...
- JASNE! Skończysz tę szopkę?! Obaj dobrze wiemy, że rozumiesz!!! - warknął Polska, a jego uścisk się zacieśnił. Mordercze spojrzenie łudząco przypominało ślepia wilczura. Rosja zaśmiał się gromko i odepchnął go brutalnie na ziemię. Polska jęknął, wypluwając krew, która ponownie zebrała się w przełyku. Rosja, odchodząc powoli we mgłę, uśmiechał się do Polski od ucha do ucha.
- WIĘC PO CO?! - mniejszy naród nie dawał za wygraną. Czołgał się za nim, domagając się odpowiedzi. Rosjanin wzruszył jedynie ramionami, ale zanim zniknął w tumanach kurzu i dymu, jego kroki zatrzymał cichy krzyk.
- R-Rosja?! - przez wrzaski przebił się ochrypły, dziewczęcy głos. Rozchodził się echem. Przesiąknięty nadzieją. Warszawa leżała przygnieciona do ziemi.  Przeszywała Rosję przerażonym spojrzeniem. Całe jej ciało drżało z bólu. Połowa twarzy skąpana była we krwi od rany na głowie. Przebijał się przez nie jedynie blask zielonych, przepełnionych nadzieją oczu. Wyciągała ręce w jego kierunku, grzebiąc paznokciami w ziemi. Podparła się na łokciach i powoli podniosła w górę. Nogi grzęzły w piachu, ale uparcie stawiała kroki w ich stronę. Łapała się za krwawiące ramię, starając się nie upaść. Jeszcze nigdy nie czuła takiego bólu. Był wszędzie. Nie oszczędzał żadnego miejsca. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a płuca domagały się tlenu, mimo, że łykała powietrze potężnymi haustami. Powoli zaczęła tracić świadomość, ale uparcie parła do przodu. Świat rozpływał się we wszystkich odcieniach szarości. Jedyne co widziała to nikłą postać, znikającą we mgle.
- Rosjo! Pomocy! B-Błagam! - wyciągnęła wolną rękę w stronę oddalającego się mężczyzny. Jej kroki były coraz cięższe. Jeszcze chwila i miała runąć na ziemię. Ale nie mogła stanąć, póki go nie dogoni. Ten jedynie uśmiechał się, poprawiając szalik. Nim jednak zniknął, na chwilę stanął w miejscu. To co chciał zrobić, wyraźnie go ekscytowało.
- Polsha. Varshava - skinął głową w stronę mizernych, ledwo żywych postaci, a z jego ust wypłynęło piękne, polskie zdanie: - Powiedzmy, że wasza klęska przyniesie mi pewne korzyści.
 Z tymi słowami i uśmiechem na ustach zniknął we mgle. Jedyny ratunek przepadł. Polska krzyczał niezrozumiałe słowa, ale wilczur kompletnie stracił nim zainteresowanie. Warczał i szczerzył kły w stronę Warszawy, która nadal podążała za Rosją niczym dziecko we mgle. Do końca udawał głupiego, odwracając uwagę Polski od Warszawy, a potem zniknął. Obserwował ich klęskę ze stoickim spokojem. Prowadził w głowie chłodne kalkulacje wszystkich korzyści. Śmiał się im w twarz, gdy wołali o pomoc. Warszawa jednak zaprzątała sobie głowę zupełnie czymś innym. Jej mózg nie przyswajał już niczego. Nie rozumiała ani słowa.
- R-Rosjo? Rosjo!!! POMOCY!!! Nie... GDZIE JESTEŚ?! - jej nogi same ruszyły za postacią, która dawno zniknęła z pola widzenia. Działała instynktownie. Chwytała się brzytwy. Jedynego ratunku przed śmiercią. Miała wrażenie jakby była ślepa. Oczy zaszły mgłą. Świat rozmazał się, pozostawiając jedynie kontury. Potykała się o kawały gruzu. Oddychała dymem, który wyniszczał jej płuca. Ufała jedynie własnemu przeczuciu. Ale parła naprzód. Stąpała po ziemi, ignorując ból w klatce piersiowej. Strach rozprzestrzenił się po całym ciele. Wyżerał ją od środka. Dostawał się w takie zakamarki, o których istnieniu sama nie była do końca świadoma. Nigdy wcześniej nie czuła go tak wyraźnie. Dotykał serca, które nie miało już siły się opierać. Wiele razy Polska opowiadał jej, że przed rozbiorami czuł dokładnie taki sam strach. Nie był podobny do żadnego innego. Nie dało się go pomylić z żadnym innym. Poczuła na karku żrący oddech kostuchy i ostrze kosy przy gardle.
- Boisz się śmierci, co?
 Nie, nie, nie... Nie bała się śmierci! Nie bała się niczego! Walczyła ponieważ miała jakiś cel. I nawet śmierć nie miała prawa jej przeszkadzać. Jej jedynym pragnieniem była wolność. Jak śmierć mogłaby coś takiego zrozumieć? Zaśmiała się pod nosem. Otóż nie mogła. Gorący prąd przeszył jej kolana i upadła na ziemię. Piach wzbił się w niebo. Zdarta na dłoniach skóra krwawiła i piekła. Dyszała ciężko. Łykała powietrze potężnymi haustami, ale nic to nie dawało. Kropelki potu mieszały się z krwią i spływały po twarzy. Ręce drżały od ciągłego podpierania całego ciała, żeby nie upaść na twarz. Za jej plecami rozniósł się gromki, szyderczy śmiech. Zatrząsł murami, a kawały gruzu obok niej, stukały i obijały się o siebie. Zawtórował mu złowieszczy chichot. Przekręciła się z trudem na plecy, spoglądając na swoich oprawców. Niemcy stał nad nią i mierzył ją pogardliwym spojrzeniem. Jego sylwetka mieszała się z kostuchą ukrytą pod ogromnym czarnym płaszczem. Stali obok siebie niczym brat i siostra. Bezduszne, pełne złudnych przekonań rodzeństwo. Kostucha zaciskała kościste palce na kosie, a spod kaptura, który zasłaniał jej twarz, wyłaniał się jedynie szeroki uśmiech zepsutych zębów. Czerwone dziąsła idealnie komponowały się ze szkarłatną krwią spływającą z nosa Niemczech. Ten przetarł twarz rękawem munduru, krzywiąc się przy tym z obrzydzeniem. Przy jego nogach spacerował wilczur, szczerząc kły i przebijając ją szklistym spojrzeniem żółtych oczu. Niemcy wyciągnął rękę w jej stronę mierząc do niej z pistoletu. Broń błyszczała w promieniach zachodzącego słońca. Jego palce niebezpiecznie spoczęły na spuście.
- To koniec Warschau.
 Jego głos był chłodny i spokojny. Za spokojny. Nie czuć w nim było ni krzty uradowania z powodu zwycięstwa. Tak jakby dokładnie obliczył co się stanie. A Warszawa miała ogromną ochotę zedrzeć mu ten spokój z bladej twarzyczki. Zacisnęła usta w cienką linię. Jej serce biło miarowo i wolno. Nie czuła strachu. Wręcz przeciwnie, z jej ust wypłynął cichy, perlisty śmiech. Uniosła wzrok i obdarzyła Niemcy rozbawionym spojrzeniem.
- Czy mi się zdaje, czy już to kiedyś mówiłeś?
 Niemcy zamarł. Jego twarz znów przybrała bladozielony kolor. Rozwścieczenie go naprawdę nie należało do trudnych rzeczy. To był jej chleb powszedni. Warszawa odnosiła wrażenie jakby przez wszystkie lata od rozpoczęcia wojny nie robiła nic, tylko grała mu na nosie. Śpiewała antynazistowskie piosenki prosto w twarz bez mrugnięcia okiem. A jego złość przyprawiała ją o przyjemne dreszcze. Nie wywołuj wilka z lasu? Mało ją to obchodziło. W końcu co miała do stracenia? Już i tak była martwa. Od pierwszego dnia powstania była świadoma jaki wyrok postawił nad nią Hitler. Dlaczego więc miała odmawiać sobie tych prostych przyjemności?
- Masz jeszcze siłę gadać? Untermensch? - syknął Niemcy. Jego niebieskie, chłodne oczy kipiały złością. Warszawa uśmiechnęła się z trudem.
- Wina genów. Tak już mam, buzia mi się nie zamyka. Ale co zrobisz - rzuciła jakby od niechcenia, wzruszając ramionami. Palce Niemczech zacisnęły się na broni. Mięśnie ramion napięły się, a twarz stężała.
- Nawet nie wiesz jaka jesteś irytująca - warknął. - Nie mam ochoty się z tobą bawić. Jesteś jak dziecko. Nie potrafisz pogodzić się z przegraną.
 Warszawa zamrugała parę razy. Oczy zapiekły. Warga drżała hamując świerzbiący język. Niestety w pewnej chwili nie wytrzymała i zaniosła się od śmiechu, który rozniósł się hukiem po placu. Chichot rozpieszczonego dziecka. Kostucha zastygła w miejscu i opuściła kosę. Wilczur zjeżył się niczym kot. Niemcy zamarł, wybałuszając oczy. Warszawa śmiała się wniebogłosy, drżąc z bólu od każdego ruchu. Trzęsła się i zaciskała dłonie w pięści, ale śmiech nie ustawał. Wrak człowieka, kąpiący się we własnej krwi, miał jeszcze ochotę na zabawę. Setki martwych dusz śmiały się razem z nią, kiedy stolica zaczęła opadać z sił.
- Tak sądzisz? - prychnęła. - Może i jestem martwa, ale dobrze się przypatrz.
Uniosła wzrok, nachylając się w ich stronę i wyraźnie ruszając ustami, szepnęła:
- Też tak skończysz.
 Ostatni gwóźdź do trumny. Niemcy nacisnął spust. Huk wystrzału. Wrzask Polski. Warszawie pociemniało przed oczami. Chyba ze strachu, bo nie czuła żadnego bólu. Czyżby tak szybko umarła? Do jej uszu dopadł powodujący dreszcze chichot. Śmiech kostuchy. Bynajmniej nie cieszyła się z powodu kolejnej duszyczki, dołączającej do jej kolekcji. Chichotała, trzymając rękę Niemiec i odpychając ją na bok. Zmieniła trajektorię strzału. Kulka uderzyła w kupę gruzu, omijając głowę Warszawy. Zapadła cisza. Niemcy zastygł w miejscu. Wpatrywał się w rękę kurczowo trzymającą broń. Kostucha uniosła kosę wysoko w górę i zaśmiała się głośno. Jej płaszcz zatrzepotał.
- Was?! - Niemcy zwrócił się w jej stronę. - Dlaczego to zrobiłaś?!
 Kostucha rozciągnęła blade usta w uśmiechu. Zamachnęła się kosą, podrywając płaszcz, który otulił ją całą i rozsypał się w popiół. Kobieta wyparowała, zostawiając po sobie jedynie złowieszcze, tryskające żarem pożegnanie:
- Widzimy się w piekle!!!
 Jej krzyk powoli rozniósł się po placu i zniknął w małych, ukrytych pod tonami gruzu, uliczkach. Natomiast na jego miejsce wpadło głośne nawoływanie.
- Herr Deutschland! Herr Deutschland!!!
 Na plac wpadli dwaj żołnierze. Obaj ubrani w niemieckie mundury. Twarz pokrywał brud, a o boki miarowo obijały się ogromne, przewieszone przez ramię, karabiny. Dopadli Niemcy i leżącą pod jego stopami Warszawę. Powitali go uniesionymi rękoma w hitlerowskim geście pozdrowienia.
- Was?! - warknął Niemcy, ładując do pistoletu kolejny nabój. Obaj żołnierze spojrzeli się na siebie ze strachem przed postawnym mężczyzną w oczach i odparli jednocześnie:
- Herr Deutschland! Meldujemy, że Warschau się poddała!
 Nastała cisza. Niemcy patrzył się to na nich, to na stolicę. Warszawa zamarła. Serce uderzało miarowo w klatce piersiowej. Dziewczyna zmierzyła wzrokiem dwóch żołnierzy. Znała ich doskonale. Ci dwaj od wielu lat czatowali pod jej domem. Nasłani przez Niemcy, czaili się na klatce i śledzili aż do przystanku, kiedy gdzieś wychodziła. Doskonale wiedzieli, że jest tego świadoma, ale nadal ślepo wykonywali dane im rozkazy. Miała ich serdecznie dość. Najchętniej wymierzyłaby im kulki w łeb. Ale nigdy nie mogła. Ograniczała się do nucenia skocznych polskich piosenek, kiedy obok nich przechodziła, by potem pędzić do tramwaju, gdy gonili za nią, wołając o okazanie papierów. Sukinsyny. Przecież dobrze wiedzieli, że nie miała papierów. Jak miasto mogłoby je mieć? Akt urodzenia? Paszport? Niby skąd miałaby je mieć? Podparła się łokciami i usiadła na ziemi. Obrzuciła Niemcy znużonym spojrzeniem i ostatni raz splunęła mu pod buty. Wbrew własnej woli uniosła ręce do góry w geście kapitulacji. Tego pragnęli ludzie, a więc nie miała prawa protestować. Nie mogła narażać ich na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Gdyby opierała się choć chwilę dłużej, miałoby to tragiczne skutki.
  A więc to tak wyglądały minuty przed śmiercią. Koniec. Faktycznie przegrała. I to z kretesem. Niemcy uśmiechnął się pod nosem i wskazał na nią palcem. Jego wyraz twarzy wyrażał nieopisaną dumę. Tak jakby pokonał nie Warszawę, a samą Moskwę.
- Zabierzcie ją. Führer kazał zrównać to miasto z ziemią. Z wielką chęcią wykończę ja u siebie.
 Obaj żołnierze złapali Warszawę pod pachami. Unieśli ją niczym szmacianą lalkę. Nie stawiała oporu. Jej mięśnie w końcu na dobre odmówiły posłuszeństwa.
- Co?! Coś ty powiedział?! - po placu rozniósł się ostatni, wyczerpany krzyk Polski. Unosił się na łokciach, patrząc na Niemcy przerażonym wzrokiem. Ten odwrócił się w jego stronę i poprawiając kołnierz munduru, odparł chłodno:
- Zrównać z ziemią - powtórzył ze stoickim spokojem. - Mam zrównać to miasto z ziemią.
 Wrzask Polski na nic się nie zdał. Protesty, prośby, wręcz błagania. Warszawa miała umrzeć. Targana w stronę wyznaczoną przez Niemcy. Prowadzona na śmierć. Pięty tarte o gruz, tworzyły dwie wąskie dróżki wśród piachu. Spalone kosmyki włosów unosiły się na lekkim wietrze. Zmęczone, szkliste od płaczu oczy spoglądały w stronę brata. Poparzona, krwawiąca skóra piekła od piachu, który się pod nią dostał. Zwiotczałe mięśnie, nie słuchające usilnych starań by nimi poruszyć. Serce bijące resztkami sił. Mundur brudny od błota i dymu. Jedynie biało-czerwona opaska odbijała się jasnymi barwami. Podarta, trzymająca się na zaledwie jednej nitce. W pewnym momencie i ona nie wytrzymała. Opaska zsunęła się z ramienia i opadła na piach. Zniknęła pod warstwą kurzu, kiedy Niemcy nadepnął na nią butem nawet tego nie zauważając. Warszawa uniosła prawą rękę resztkami sił i wbijając smutny wzrok w Polskę, zasalutowała po raz ostatni. Miała zejść z pola bitwy pokazując im wszystkim, że z dumą przegrywa, zrobiwszy wszystko co w jej mocy by wygrać. Niech wiedzą, że tę młodą dziewczynę nauczono co to honor. Niech wiedzą, że jeszcze tu wróci z uśmiechem na ustach. Niech wiedzą, że się ich nie boi. Polska jednak leżał na ziemi prawie nieprzytomny. Gest jego siostry pozostał nie zauważony. Widząc to, Warszawa odważyła się na jeszcze jeden, ostatni znak niezachwianej nadziei. Tylko ona im przecież została. Coś co powinno utkwić w ich sercach niczym modlitwa. Otworzyła spierzchnięte usta, a jej ochrypły głos rozniósł się jeszcze głośniej niż zwykle, w pieśni bliższej jej sercu niż jakakolwiek inna.

“Jeszcze Polska nie zginęła...”


 Została uciszona ciosem w twarz.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
  •  
     
    Ty! Ty! Ty! Kurcze przez ciebie zamiast się uczyć na spr z historii i test z bieżmowania co kolwiek to będzie, to ja siedzę i czytam ekstra długie opowiadanie. Miałam łzy w oczach i warszwę tuż przed oczami. Cudownie ci wyszły opisy, bardzo malownicze i realistyczne. fragment z krukami o ten z rosją powala na kolana. Największym zaskoczeniem jednak był kij bejzbolowy :D