• Wpisów: 35
  • Średnio co: 40 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 17:13
  • Licznik odwiedzin: 10 089 / 1461 dni
 
soundsoftheworld
 
Na początku chciałabym zaapelować do wszystkich blogerek, których opowiadania miałam w zwyczaju czytać i komentować, a nagle przestałam. Kochane, strasznie was przepraszam. Miałam tyle na głowie, że na prawdę nie miałam czasu. Nawet ten rozdział pisałam przez nie wiadomo ile tygodni. Obiecuję, że wszystko prędzej czy później nadrobię.

~~~

Niedługo potem staliśmy na otwartej, asfaltowej drodze prowadzącej prosto przez las. Niby przypadkiem przyspieszyliśmy kroku, żeby iść z przodu i mieć lepszy widok niż reszta. Od zejścia ze skarpy nikt nie odezwał się już ani słowem. Wymienialiśmy jedynie znaczące spojrzenia i uśmiechy. Las schodził w dół, a potem nagle urywał się, zastąpiony przez rozległe pola. Księżyc oświetlał bladą poświatą sporą grupkę dzieci, idących opuszczoną drogą w stronę małego miasteczka. W powietrzu wisiała ciężka, gęsta, niezręczna cisza. Szur butów na asfalcie, kojący szmer wiatru pędzącego przez rozległe pola. Niby magicznie, ale odnosiłam wrażenie, że to wszystko jest jedynie realistycznym snem. Z uporem maniaka wbijałam wzrok w ubłocone buty, kopiąc nimi malutkie kamyczki. Przymykałam oczy, na które opadały ciężkie powieki. Raz po raz wykrzywiałam twarz i ziewałam cicho. Ramię Ethana zaciskało się coraz mocniej na moim. Kivi bez przerwy pociągała nosem, chowając głowę pod kapturem. Zachowywaliśmy się jak na zwykłym wieczornym spacerze. Z tą różnicą, że nikt nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa. Utkwiły w gardle i nijak nie chciały go opuścić. Podniosłam wzrok i zaczęłam wpatrywać się w pojedyncze światełka miasteczka, odbijające się na tle ciemnej mgły. Majaczyły w oddali, przypominając lampki, którymi w święta dekoruje się domy. Chłodny wiatr zmieszał się z lodowatym oddechem przy moim uchu.
- Masz tendencje do wyobrażania sobie nie wiadomo czego, a potem i tak wszystko bierze w łeb?
Zmierzyłam Ethana wzrokiem. Jego głos drżał, a oczy wodziły po polach, zatrzymując się na ułamki sekund na światłach miasta. Odbijały się w jego tęczówkach pod postacią małych, żółtych plamek.
- Tak - odparłam, nie przestając się w niego wpatrywać. Nawet na mnie nie spojrzał.
- Ja chyba też.
Ucisk na lewym ramieniu zaczął stopniowo odpuszczać, aż w końcu Ethan zabrał rękę i schował ją do kieszeni.
- Śmieszne, co? Przez chwilę będziemy mogli cieszyć się wolnością, a potem znów nas zamkną - zgarbił się i wbił wzrok w ziemię. Z jego ust wypłynął cichy, gardłowy śmiech.
- Chyba, że nas złapią. Nie dość, że dowiedzą się o tym miejscu, to skończymy na dyscyplinarnym i... - głos mu się złamał.
Jedyne do czego byłam zdolna to wzruszyć ramionami. Nastała cisza. Nie musiał po raz kolejny tego wywlekać. Doskonale wiedział, że byłam tego świadoma od kiedy pierwszy raz zamknęli mnie w izolatce na cały dzień. Nie było to może jedno z najprzyjemniejszych wspomnień, ale parę godzin na zimnej podłodze w towarzystwie wilgoci, brudu i myśli o podłożu egzystencjonalnym nie napawały mnie jakimś ogromnym strachem. Ethana wręcz przeciwnie. Harriet nie omieszkała donieść mi, że kiedy siedziałam za ścianą, mój niedoszły chłopak umierał ze zdenerwowania i z uporem maniaka liczył minuty, kiedy wreszcie wrócę. Mogłam się tego domyślić, bo przez kolejne parę dni nie chciał mnie nigdzie puścić samej. Paranoja. Niezliczoną ilość razy proponowałam mu, żeby wybrał się do psychologa, który może wreszcie wyleczy go z tego przewrażliwienia. Powinien brać przykład z Alexa. Ale nie. On wolał głaskać każdego napotkanego kota, dbać o innych bardziej niż o siebie, pić rozpuszczoną białą czekoladę i rozpaczać nad swoją niekontrolowaną innością. Gdybym go nie znała, powiedziałabym, że jest gejem. Po paru latach znajomości stwierdziłam, że to choroba psychiczna. Jak potrafiłam wyobrazić sobie nadopiekuńczą matkę, albo dziewczynę, która nie chce puścić nigdzie swojego chłopaka, bo szaleje z zazdrości, tak nijak nie umiałam wykreować w głowie wizerunku chłopaka przewrażliwionego na punkcie swojej dziewczyny. Niezliczoną ilość razy Harriet truła mi nad uchem jak bardzo nam zazdrości. Świergotała o wielkiej miłości i życiu w szczęściu, cytując przysięgę małżeńską. Czasami potrafiła poruszyć moje sumienie, zmuszając mnie do żałowania tego, że to nie ona była obiektem, który upodobał sobie rzeczony chłopak. Byłaby pewnie zdolna wykorzystać to "szczęście" lepiej niż ja. Zacisnęłam pięści. Byłam rzeczywiście zbyt sentymentalna, wulgarna i nie doceniająca tego co mam.
- Zamknąłbyś się wreszcie - wypaliłam.
Ethan zmierzył mnie wzrokiem.
- Słucham? - zapytał zakłopotany.
- Nigdzie nas nie zamkną i o niczym się nie dowiedzą. Przecież wiele razy ludzie uciekali z obozu i nikt nawet tego nie zauważał. Myślisz, że obchodzi ich czy uciekniemy na parę dni i wrócimy w przekonaniu, że dookoła nie ma nic prócz lasu, czy będziemy siedzieć w jednym miejscu nie robiąc problemów?
Ethan odwrócił wzrok. Wymamrotał coś mało istotnego i tak już pozostał.
- To, że się boisz jest całkowicie naturalne - jęknęłam i brutalnie zwróciłam jego twarz w moją stronę. - Ale na bogów, nie truj mi tych depresyjnych historyjek, bo jestem gotowa na zawsze zmienić o tobie zdanie.
Nie czekając na odpowiedź przyspieszyłam kroku i zostawiłam go w tyle, dołączając do Sophie i Lee szepczących coś o systemie jaki może stosować Oaza, by pozostać niezauważoną przez radary obozu. Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało, wręcz przeciwnie, nie chciałam wnikać w tak szczegółowe analizy, ale wolałam pozostać we własnym, egoistycznym świecie. Gdzieś, gdzie nie musiałam prowadzić z nikim zażartych dyskusji. Gdzieś, gdzie cała moja wściekłość mogła wreszcie znaleźć ujście, nie szkodząc przy tym innym. Całe moje ciało przeszedł chłodny dreszcz. Kochałam swój egoizm. Była to jedyna rzecz, która chroniła mnie przed moją innością. Siedziała ukryta pod płachtą strachu i milczenia gdzieś na dnie mojej osobowości, a egoizm pozwalał mi trzymać ją z daleka od wszystkiego na czym mi zależało. Gdyby wyszła na światło dzienne, rozniosłaby wszystko w drobny mak. Nikt nigdy nie spojrzałby na mnie tak jak wcześniej. A wtedy straciłabym jedynych ludzi na których mi zależało. Zaśmiałam się pod nosem. Widocznie paranoja udzieliła się także i mi. Po przybyciu do obozu obiecałam sobie, że nie będę się do nikogo przywiązywać. Kolejny dowód na to jaka byłam głupia i naiwna. Za plecami usłyszałam cichy chichot Kivi i Harriet. Mimowolnie odwróciłam głowę i zmierzyłam je wzrokiem. Przez jedną chwilę miałam ochotę dołączyć ożywionej rozmowy, którą prowadziły, ale wystarczyło, że Alex pojawił się koło ich, by skutecznie mnie odstraszyć. Kiedy pierwszy raz go poznałam było wiadomo, że będziemy darzyć się ogromną nienawiścią. Nie żeby był jakimś strasznym człowiekiem. Wręcz przeciwnie, jego wygląd nie odstraszał, głupi też nie był, ale coś w jego zachowaniu odpychało. Może była to kwestia mojego dystansu do ludzi, a Alex zdecydowanie za bardzo się spoufalał? Może jego alholowo-narkotykowe iluzje za bardzo go pochłaniały,a ja szczerze nienawidziłam jakichkolwiek używek? Po obejrzeniu tysięcy amerykańskich filmów doszłam do wniosku, że w prawdziwym świecie uchodziłabym za nudziarę. Ale my nie żyliśmy w prawdziwym świecie. Tutaj jeżeli ktoś czegoś nie robił to po prostu nie robił i nikt go o to nie posądzał. Wbrew wszystkiemu byliśmy bardziej tolerancyjni niż reszta świata. Wszelkiej maści introwertycy, ekstrawertycy, pesymiści, optymiści, realiści, cholerycy, flegmatycy, sangwinicy, niedoszli samobójcy, hipisi, feministki trzymali się razem, w grupkach które nigdy nie powstałyby w normalnym świecie. W naszym przypadku nie było wcale inaczej. Siedmioosobowa ekipa składająca się z sangwinika, introwerytka, realistki, optymistki, niedoszłej samobójczyni, ekstrawertyka i mnie. Nie ważne ile razy próbowałam zdefiniować się jednym z tych trudnych słów, nigdy mi się to nie udało. Widocznie byłam typowym kundlem. Trochę tego, tamtego, siego i owego. Nic nadzwyczajnego. Ale czy człowieka da się określić jednym słowem? Nawet w ich przypadku były to tylko ogólne stwierdzenia. Ale przynajmniej po nich wiedziało się na  co ma się być gotowym. Wepchnęłam skostniałe dłonie do kieszeni bluzy i kopnęłam niewidzialny kamień. Uciszając przytłaczające myśli, z każdym krokiem coraz bardziej zbliżaliśmy się do Oazy.

***

Oaza okazała się mieć swoją własną nazwę. Nic dziwnego, w końcu takich miast było na świecie setki tysięcy. Przecież wszystkie nie mogły nazywać się tak samo. A Oaza nie była zbyt oryginalną nazwą. Nie dość, że brzydka, to jeszcze prosta. Służyła jedynie do krótkiego określenia wszystkich tego typu mieścin, wsi, a nawet całkiem sporych miast. "Kolonia wita" Po przekroczeniu tabliczki z wdzięcznym napisem "Witamy w piekle" namalowanym czarnym sprejem, który skutecznie zakrywał miłe powitanie, nic się nie wydarzyło. Nie poczułam żadnej dziwnej aury, ani niepohamowanego szczęścia czy chociażby niepewności. Dziarskim krokiem ruszyliśmy wzdłuż głównej drogi, od której co jakiś czas odchodziły mniejsze czy większe uliczki. W jednej chwili cała grupa ożyła. Szeptane rozmowy przerodziły się w całkiem śmiałe i głośne. Chowane w głębi krtani śmiechy w końcu odnalazły drogę na zewnątrz. Pierwszy raz od wielu lat oglądaliśmy prawdziwe miasteczko z bliska. Szeregi domów ustawione wzdłuż drogi wyłaniały się w blasku latarni. W jednym z nich świeciło się pojedyncze światło. Ogródki przed gankami z posadzonymi kwiatami i krzewami. Jedne bardziej, drugie mniej zadbane. Na filarach, podtrzymujących zadaszenia nad drzwiami, wisiały drewniane dzwoneczki, kołysane przez nocny wiatr. Do bramy jednego z domów podbiegł pies i zaczął głośno szczekać, kręcąc się od jednego do drugiego końca ogrodzenia. Miasto nic sobie z tego nie zrobiło. Zacisnęłam palce na wewnętrznej stronie kieszeni. Robiło się coraz chłodniej, a ja odnosiłam wrażenie jakbym bawiła się w Alicję, która pierwszy raz trafia do Krainy Czarów. Kręciliśmy się po śpiącym mieście jak w tanim horrorze. Poczułam jak ktoś wpycha rękę pomiędzy moje ramię, a materiał bluzy. Kivi przysunęła się blisko mnie i wskazała ręką na budynek, obok którego właśnie przechodziliśmy.
- Kiedyś będę mieć taki dom! - pisnęła podekscytowana. Parterowy, pomalowany na ciemny kolor z kamieniami wychodzącymi spod fundamentów, sięgającymi na wysokość ganku. Duże okna skrywały wnętrze za drewnianymi żaluzjami. Przed drzwiami stał wiklinowy fotel z kremową poduszką, na której leżał spory stos gazet.
- Ciekawe kto tu mieszka - mruknęłam niby do siebie, ale Kivi podchwyciła temat.
- A jak myślisz, gdzie my będziemy spać? - stanęła na palcach i wychyliła głowę ponad ludzi idących przed nami. Wzruszyłam ramionami.
- Mają pewnie jakiś przytułek. Dadzą nam łóżka polowe i po sprawie.
- Łóżka polowe?!
Przytaknęłam.
- Gdzieś nas na pewno ulokują. Z resztą to tylko jedna noc.
Kivi zrzedła mina.
- Sądziłam, że skoro mieszkają tutaj ludzie z takim majątkiem - wskazała palcem na ogromy, piętrowy dom - to dostaniemy pokój w jakimś hostelu. Nie mam zamiaru kisić się w jednym pomieszczeniu ze śmierdzącymi bezdomnymi.
Odruchowo chciałam ją skarcić za wyrażanie tak dosadnych opinii, ale po chwili dotarło do mnie, że myślę dokładnie tak samo. Zapewne nie dysponowali żadnym, pożal się Boże, przytułkiem czy hostelem. Mieli określoną liczbę mieszkańców i nie byli przygotowani na trzydziestoosobową grupę. Chyba, że planowali to od dłuższego czasu. Poczułam łaskotanie w brzuchu. Ta myśl była zbyt piękna, by była prawdziwa.
- Ale ładnie tu, co? - rzuciłam, chcąc zmienić temat rozmowy i odrzucić płonne nadzieje.
- Ładnie? To się nawet nie umywa do tego naszego żałosnego obozu! - zza moich pleców dopadł mnie niski głos z lekką chrypą. Alex szedł z rękami w kieszeniach i rozglądał się na boki. Harriet próbowała przepchnąć obcą dziewczynę idącą z jego lewej strony i wejść na jej miejsce. Poczułam jak w moich płucach zaczęły żarzyć się węgielki wściekłości.
- Ale ładnie tu, co? - warknęłam dobitnie w stronę Kivi. Ta jednak była zajęta wywlekaniem rękawu bluzki spod bluzy Lee, który podwinął się aż za łokieć. Ten, który ją jej pożyczył był zdecydowanie zbyt uległy, a Alex coraz bardziej działał mi na nerwy.
- No przecież... - zaczął ze śmiechem. Zanim dokończył, posłałam mu mordercze spojrzenie.
- Wydaje mi się, że wszedłeś nam w rozmowę - syknęłam i złapałam ramię Harriet, przysuwając ją do siebie. Alex został odepchnięty na drugi plan. Otworzył usta by coś powiedzieć, ale po chwili machnął ręką i zwolnił kroku, zostawiając nas z przodu. Dziewczyna idąca po jego lewej stronie zmierzyła mnie wzrokiem pełnym politowania. Zignorowałam ją. Harriet drżała warga, kiedy jej wzrok oddalał się wraz z Alexem.
- Jesteś okropna - wyjąkała.
- Harriet - spojrzałam na nią całkiem poważnie. - Nie wydaje ci się, że warto dać sobie z nim spokój przynajmniej dzisiaj?
Przeczesała włosy ręką i odwróciła wzrok.
- Tak. Chyba masz rację...

***

Po parunastu, ciągnących się niemiłosiernie minutach, stanęliśmy przed potężnym gmachem ratusza. Podświetlany zegar wybijał za piętnaście północ. Dookoła nas rozciągał się spory plac z dokładnie zadbanym trawnikiem, paroma ławkami i tablicą informacyjną, na której powiewały przyczepione niedbale ogłoszenia. Za nami krzyżowały się dwie ulice. Ta, którą przyszliśmy i pięknie oświetlona ulica z całkiem pokaźnymi willami. W ratuszu z prawie każdego okna sączyło się jaskrawe światło. Ginewra, która od początku prowadziła naszą grupę, ruszyła w stronę schodów i skacząc co dwa stopnie, dopadła drzwi. Nie zdążyła nawet w nie zapukać, kiedy otwarły się one i wyjrzała zza nich czyjaś głowa. Zamieniła z nią kilka słów i tajemnicza osoba pokazała się w całej swej okazałości. Światło z wnętrza budynku oświetlało ją od tyłu. Był to wysoki, chudy mężczyzna, ubrany w granatowy garnitur. Naciągnął okulary na nos i przestępując z nogi na nogę, zmierzył nas wzrokiem, by potem opuścić wzrok na plik kartek, które trzymał w dłoniach.
- Nie ma czasu na formalności - mruknął i zwrócił się do nas. - Niech każdy po kolei poda swoje nazwisko. Skierujemy was tam, gdzie będziecie spać. Może łazić sobie po mieście, ile wam się żywnie podoba, byleby nie zakłócać ciszy nocnej. Jutro zbiórka tutaj o godzinie piątej. Rozumiemy się?
Większość skinęła głową, przerażona rzeczowością obcego człowieka.
- Świetnie - wskazał ręką na Lee, który stał najbliżej. - Nazwisko.
Chłopak, zbity z tropu, rozejrzał się dookoła, nie wiedząc czy mężczyzna aby na pewno mówił do niego.
- Nazwisko - ponaglił go. Lee otrząsnął się szybko i wyprostował plecy.
- Lee Ba...
- Jezu Chryste, nazwisko! Tylko nazwisko, bo zajmie nam to wieki! - krzyknął, drżąc z zimna i spoglądając to na kartki to na Lee.
- Costanza.
- Costanza - powtórzył i przebiegł wzrokiem po kartce. Wszyscy stali w ciszy, czekając na odpowiedź.
- Andersena 9b - przeczytał, rzucając nam grymaśny uśmiech. - Pani burmistrz wyjaśni wam, gdzie dokładnie macie się udać.
Ginewra odciągnęła Lee na bok i zaczęła mu coś tłumaczyć, wskazując rękami na wszystkie strony świata. Lee przytakiwał co chwila, by potem, odwracając się ostatni raz w naszą stronę, ruszyć oświetloną ulicą, którą dopiero co przyszliśmy. W tym czasie urzędnik, wyglądający jak bajkowy sekretarz króla, czytał ulice i numery, pod które mieli się udać. W pewnym momencie, kiedy czytał nazwisko Harriet z listy, jego mina spoważniała, a przez twarz przebiegł cień.
- Panienka Leaves?
Harriet przytaknęła niepewnie. Urzędnik skinął głową, a jego usta westchnęły cicho.
- Panienka zostanie z nami.
Harriet nie zaprotestowała. Stanęła z boku z przerażonym wyrazem twarzy, kryjąc go pod lekkim, bestroskim uśmiechem. Powoli dołączyło do niej parę innych osób, w tym Joshua. Za każdym razem twarz urzędnika tężała i przybierała współczującego wyrazu.
Kiedy nadeszła moja kolej, uniosłam głowę najwyżej jak umiałam i wyprostowałam plecy. Chciałam brzmieć pewnie i dumnie.
- Seveneel - mój głos mimo starań cały drżał. Urzędnik przebiegł wzrokiem po kartce.
- Alternatywy 2.
Skinęłam głową i ruszyłam w stronę Ginewry, która właśnie tłumaczyła coś Sophie. Kiedy skończyła, spojrzała na mnie znudzonym wzrokiem.
- Która ulica?
- Alternatywy 2.
Ginewra wydała się wdzięczna.
- Idź za nią - wskazała ręką Sophie, która oddalała się powolnym krokiem. - Mieszkacie na tej samej ulicy.
Przez chwilę poczułam ulgę, że nie muszę iść sama, ale zaraz potem dotarł do mnie tragizm sytuacji. Sophie Marie Chapman i Echo Seveneel. Same. W ciemnej ulicy. To mogło się źle skończyć. Pozostało mi albo iść za nią niezauważona niczym desperatka, albo dołączyć do niej jak gdyby nigdy nic i czekać na cud. Druga opcja była o wiele bardziej racjonalna. Ruszyłam biegiem w jej stronę.
- Hej ty! Czekaj chwilę!
Sophie odwróciła głowę. Zignorowała mnie i przyspieszyła kroku. Kiedy ją dogoniłam, wepchnęła ręce do kieszeni i zapytała grobowym głosem:
- Czego chcesz?
- Mieszkamy na tej samej ulicy. Ginewra kazała mi iść za tobą - poprawiłam kaptur bluzy. Sophie prychnęła.
- Bosko.
Nastała cisza. W oddali szczekał pies, a nasze buty miarowo uderzały o asfalt. Dookoła unosił się zapach deszczu. Zabłąkana ulotka poszybowała do nieba i opadła na chodnik. W jednym z okien zapaliło się światło. Zacisnęłam palce na rękawie bluzy i zaczęłam bawić się nim, okręcając go wokół nadgarstka. Kątem oka spojrzałam na Sophie. Miała grobową minę i nie zdradzała najmniejszego zdenerwowania. Blond włosy zakrywały połowę jej twarzy, która i tak schowana była w cieniu pod kapturem nieprzemakalnej kurtki. Zagryzłam wargę i wbiłam wzrok w latarnię przed nami. Nienawidziłam tak przeszywającej ciszy.
- Jakiekolwiek sugestie czemu nie śpimy wszyscy w jednym miejscu?
Sophie odbarzyła mnie władczym spojrzeniem. Poczułam ciarki na całej długości kręgosłupa. Jej głos był głęboki i niski:
- Miejscowi zostali poinformowani o naszym przybyciu i niektórzy zgodzili się zaoferować nam gościnę na jedną noc.
Jej rzeczowość zbiła mnie z tropu. Wbiłam w nią pusty wzrok. Przewróciła oczami i wróciła do spokojnego obserwowania drogi.
- Masz jakieś inne?
- Żadne - wybąkałam. Resztę drogi przebyłyśmy w ciszy. Może to i lepiej. Nie miałyśmy czasu pokłócić się o jakąś bzdurę. Trzeźwość myślenia Sophie czasami naprawdę potrafiła zadziwić. Jeżeli dobrała się w parę z Lee, trudno było prowadzić z nią jakąkolwiek konwersację. Odnosiłeś wrażenie jakbyś był skończonym idiotą, niezależnie co mądrego powiedziałeś. Skręciłyśmy w ulicę odchodzącą od głównej. Była słabiej oświetlona i nie miała chodnika. Rzuciłam okiem na dom zaraz po lewej stronie. Na ogrodzeniu wisiała tabliczka z napisem "Alternatywy", a pod oknem pierwszego piętra zawieszono numer 2. Dom miał kremowy kolor i nie wyróżniał się na tle innych. Na nie przystrzyżonym trawniku stał zraszacz, a w cieniu ktoś niedbale rzucił rower. Z prawie wszystkich okien sączyło się światło. Zwróciłam się w stronę Sophie.
- Mam iść po numer 4 - wskazała ręką na ładnie oświetlony dom, który bardzo przypominał ten mój. - To pewnie tamten. Widzimy się jutro.
Ruszyła szybkim krokiem w tamtym kierunku. Rzuciłam coś na kształt pożegnania i zwróciłam się w stronę furtki. Była przyozdobiona metalowymi kiśćmi winogron, a w niektórych miejscach odchodziła z niej farba. Złapałam za klamkę. Nie stawiała najmniejszego oporu. Niepewnie ruszyłam na ganek. Metalowe schody i balustrada pasowały do ciemnych drzwi, które po prawej stronie miały małe okienka. Z nich też wypływało światło. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie wiedziałam czego miałam się spodziewać. Czy to normalne, że wchodzę do domu kompletnie obcych ludzi? Moja dłoń zawisła nad dzwonkiem. Zdąrzyłam wytrzeć buty o wycieraczkę i nacisnęłam przycisk. We wnętrzu rozległ się piskliwy, rozrywający bębenki dźwięk. Ktoś krzyknął, rozległo się szczekanie, a potem dało się słyszeć szybkie kroki.
- Idę, już idę! - kobiecy głos dopadł drzwi.
- Anastasia, ile razy ci mówiłem, że mamy wymienić ten dzwonek! - tym razem męski głos rozległ się z okna po lewej stronie - Siedzisz cały dzień w domu! Mogłabyś to załatwić!
Perlisty śmiech towarzyszył kobiecie, kiedy powoli otwarła drzwi.
- I kto się dobija o tej porze?! - mężczyzna nie dawał za wygraną. Przełknęłam głośno ślinę i cofnęłam się parę kroków. Sytuacja miała być naprawdę niezręczna. Kiedy drzwi uchyliły się nieznacznie, wypadł przez nie mały piesek, dopadł mych stóp i zaczął je obwąchiwać. Był to mały, brązowy kundelek z rozcięty uchem. W tym momencie drzwi otwarły się na oścież. Stała w nich średniego wzrostu blondynka z włosami spiętymi w koka. Była ubrana w szorty i bluzkę bez ramiączek. Uśmiechała się życzliwie, uwydatniając drobne zmarszczki na czole i dołeczki w policzkach. - Dobry wieczór - zaczęłam, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Wyciągnęłam ręce z kieszeni i z bijącym sercem, zaczęłam bawić się palcami.
- Nazywam się Echo Seveneel. Kazano mi przyjść...
- Słucham? - przerwała mi, podnosząc głos. Uniosłam wzrok znad ziemi i spojrzałam jej prosto w oczy. Miały szary odcień i przypominały burzowe chmury. Zrobiła krok w moją stronę, a ja krok w tył. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć kobieta złapała moje ramiona, a jej głos był coraz bardziej zdesperowany.
- Jak się nazywasz? Powiedz jak się nazywasz?
Przełknęłam ślinę, przerażona bliskością obcej kobiety.
- E-Echo... Echo Seveneel? - wyjąkałam, niepewna czy ta odpowiedź aby na pewno jest prawidłowa. Ale na bogów, chyba wiem jak się nazywam! Kobieta zabrała dłonie z moich ramion, a jej twarz momentalnie zmieniała wyraz. Oczy zaszkliły się, kiedy zakryła usta dłońmi, jakby się czegoś bała. Zrobiła parę kroków wstecz, zatrzymując się w progu. Z wnętrza dopadł nas gromki głos.
- Co tam się dzieje?!
Zaraz za roztrzęsioną kobietą wyłoniła się druga twarz. Mężczyzna z siwiejącymi włosami, zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. Wpatrywaliśmy się w siebie dobrą chwilę, kiedy mężczyzna otworzył usta i wyjąkał coś bez sensu. Złapał kobietę za łokcie i przytrzymał, żeby nie upadła. W tym momencie zauważyłam, że jej włosy miały rude refleksy, dokładnie takie same jak ja. Przy pomieszaniu z odcieniem blondu, dawały kolor, który nazywałam miodowym. Zakręciło mi się w głowie. Mężczyźnie drżała warga. Przez moment dałabym sobie rękę uciąć, że wyglądał kubek w kubek jak ja. Moje oczy zapiekły i poczułam jak powoli wilgotnieją. Nogi zmiękły, przez co nie wiedziałam jak długo dam radę się na nich utrzymać. Jedyne do czego byłam zdolna, to wybełkotać słowo, którego tak dawno nie chciało mi przejść przez gardło.
- Mamo?

2015-06-06 23.31.33.jpg


Mam nadzieję, że się podobało. Mi osobiście nie, ale to szczegół. Nie byłam pewna jak może wyglądać spotkanie rodziców i dziecka po latach. Trudne. A tak poza tym to stwierdziłam, że w wielu książkach dzieci nie mają rodziców i to zbyt mainstreamowe. Zdecydowanie zbyt dużo myślę. Do tego myślałam, czy nie napisać oddzielnych krótkich historii o życiu w obozie. Żeby przybliżyć relacje między bohaterami i obraz tego wszystkiego. Jak będzie mi się chciało to tak zrobię.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
  •  
     
    Czemu nie skomentowałam? No cóż już to nadrabiam. Cieszę się że wróciłaś do tego opowiadania, bo już się bałam, że doczekam się kolejnego rozdziału. Zaskoczyłaś mnie tak z tym że odnalazła rodziców, że aż szczena mi opadła :D Bezcenne. Ja już się szykowałam, że kto wie, a nóż widelec ich ukatrupią w nocy a tu bum! Wielki plus za to. Czekam na ciąg dalszy :D