• Wpisów: 35
  • Średnio co: 44 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 17:13
  • Licznik odwiedzin: 10 351 / 1585 dni
 
soundsoftheworld
 
Pierwszy raz w życiu siedziałam nad kubkiem kawy, o północy, twarzą w twarz z kobietą, która prawdopodobnie była moją mamą. Cztery pary oczu wlepione prosto we mnie. Czułam jedynie ciepły uścisk dłoni na skórze. Cała kuchnia wypełniona była zapachem rumianku. W powietrzu zawisła niezręczna cisza. Oczy miałam opuchnięte od płaczu. Przez rozmazane łzy rozglądałam się po pomieszczeniu, niezdolna by spojrzeć komukolwiek prosto w twarz. Na wprost mnie siedział średniego wzrostu chłopak z jasnobrązowymi, krótkimi włosami. Obok niego siedział drugi. Wyglądali identycznie. Nieznacznie różnił ich tylko kolor tęczówek. Gilbert i Sasha. Moi dwaj starsi bracia. Nie wiedziałam jakim cudem nadal pamiętam, który jest kim. Wspomnienia z nimi widziałam jak przez mgłę. Wszyscy zawsze mieli problem, żeby ich rozpoznać. Mówili tak samo, śmiali się tak samo, chodzili tak samo, robili to samo. Kiedy o tym myślałam, to przypominali mi się braci Weasley'ów z Harrego Pottera. Tylko bez rudych włosów. Z perspektywy czasu coraz bardziej odnosiłam wrażenie, że prawie w ogóle ich nie znam. A przynajmniej po dziewięciu latach musieli się zmienić. Ani ja, ani oni nie byliśmy już tymi samymi ludźmi. W duchu przeklinałam to, że nie mogli wdać się w ojca tak jak ja. Może wtedy trafilibyśmy razem do obozu. Może wtedy nie skończyłabym jako nieufna, zimna suka, niedbająca o uczucia innych. Może wtedy byłabym szczęśliwsza.
- Kochanie? - zadrżałam na dźwięk łamiącego się kobiecego głosu. Nikt tak nigdy do mnie nie mówił. Kochanie, kochanie... Przecież nawet nie znałam tej kobiety. Ściskała moją dłoń i wpatrywała się we mnie zapłakanym wzrokiem. Dostrzegłam na jej nadgarstku śliczną, pozłacaną bransoletkę. Po drugiej stronie stołu siedział mężczyzna i pocierał skronie, dając pretekst do unikania mojego wzroku. Byłam mu za to niezmiernie wdzięczna. Sprawiał wrażenie zdenerwowanego i zdezorientowanego. Co chwila podnosił wzrok i rozchylał usta jakby chciał coś powiedzieć, ale z jego gardła nie wypłynęło najmniejsze słowo. Zacisnęłam pięść na rogu beżowej ceraty. Biegałam wzrokiem po wzorach na firankach, udając, że nie usłyszałam pytania. Kobieta nie dawała za wygraną. Jej głos był coraz bardziej poddenerwowany.
- Kochanie powiedz coś...
Poczułam w gardle ogromną gulę. Brzuch skręcał się na wszystkie strony, a serce waliło z taką siłą, że miałam ochotę je wypluć. Kobieta, która była zapewne moją matką, rzucała domownikom niepewne spojrzenia. Gilbert i Sasha popatrzyli na siebie, a na ich twarzach zagościły wymuszone uśmiechy.
- Nie mieliśmy pojęcia, że obóz jest tak blisko... Byliśmy święcie przekonani...
Przerwał im żałosny szloch.
- Proszę, nie mówcie więcej - kobieta poderwała się z miejsca i ruszyła w stronę zlewu przy oknie. Zręcznym ruchem odsunęła na bok czerwony kubek ze Świętym Mikołajem i oparła się na blacie łokciami. Utkwiła martwy wzrok w ciemny ogród za szybą. Nie minęła chwila, kiedy z impetem uderzyła otwartą dłonią w blat i odwróciła się w naszą stronę. Była czerwona na twarzy, a na policzkach zaschły pojedyncze łzy. Nie zdąrzyła nic powiedzieć, bo mężczyzna uniósł dłoń i spojrzał na nią karcącym wzrokiem.
- Anastazja uspokój się.
- Jak mam się uspokoić!? Jak... - przerwała w momencie, kiedy napotkała mój wzrok. Wpatrywałam się w nią ze spokojem i zgniatałam w dłoni pachnącą chusteczkę z Królikiem Bugsem, którą dali mi na otarcie łez. Gilbert nachylił się w jej stronę.
- Mamo...
Kobieta odetchnęła spokojnie, ale jej głos nadal drżał:
- Przepraszam was.
Spojrzała na nas smutnym wzrokiem i opadła na taboret w rogu kuchni. Siedziała tam już do końca. Jedynie od czasu do czasu nerwowo obracała w dłoni buteleczkę aromatu rumowego, którą wyciągnęła z szuflady. Tak samo jak ja lubiła intensywne zapachy, które pomagały się jej rozluźnić. Mężczyzna obok mnie odsunął się lekko na krześle i odchrząknął. Myślałam, że chce coś powiedzieć, ale on jedynie siedział cicho i lustrował wzrokiem wszystko oprócz mnie. Pierwszy odezwał się Sasha.
- Co tam u ciebie?
Zbił mnie z tropu tym pytaniem. Spojrzałam mu głęboko w oczy, a jego tęczówki były tak bladoniebieskie, że nie potrafiłam oderwać od nich wzroku. Byłam mu wdzięczna. Nie chciałam słuchać rzewnych historii, ani sama takich opowiadać. To tak jakby zapytał mnie co jadłam na kolację. Krytyk kulinarny rozpocząłby wywód na temat wybornych przegrzebków w sosie szafranowym. Normalni ludzie odpowiedzieliby, że zimną pizzę, bo nie mieli czasu jej odgrzać.
- Wszystko w porządku.
Po wypowiedzeniu pierwszego, prostego zdania od dobrej godziny poczułam jak moje ciało się rozluźnia. Opadłam na oparcie krzesła i wypuściłam chusteczkę z rąk. W powietrzu już wyczuwałam niezręczną ciszę, ale Sasha wygonił ją za drzwi.
- Nie katowali cię tam, co nie?
Zamarłam na chwilę przed odpowiedzią. Pojęcie katowanie miało wiele znaczeń. Chodziło im o fizyczne czy psychiczne? Pokręciłam głową.
- Wcale nie jest tak źle.
Czułam na sobie przenikliwy wzrok kobiety. Postanowiłam ją zignorować. O wiele bardziej podobało mi się zachowanie mężczyzny. Siedział cicho i słuchał. Zapewne.
- Poznałaś kogoś?
Mogłabym zacząć wywód, że, a i owszem, mam mnóstwo wrogów tak samo jak i przyjaciół. W końcu poznanie jest pojęciem z natury obiektywnym. To, że kogoś znasz, nie oznacza od razu, że jesteście najlepszymi przyjaciółmi. Odniosłam jednak wrażenie, że nie na taką odpowiedź czekali.
- Mam... paru znajomych.
Sasha pokiwał głową, jakby starał się przetrawić to co powiedziałam. Rzuciłam okiem na Gilberta. Ten siedział jak trusia i jedynie od czasu do czasu podnosił wzrok. Kiedy napotkał moje spojrzenie uśmiechnął się blado. Zadziwiające jak niepewnie unosząc wargi, roztaczał wokół siebie ciepłą aurę. Miał urocze dołeczki w policzkach. Przez chwilę poczułam się zazdrosna. Rozchylił usta, ale zaraz potem je zamknął. Wbiłam w niego wzrok. Sasha już chciał coś powiedzieć, ale kiedy zauważył moje zainteresowanie drugim bratem zaniechał tego czynu. Miałam niezmierną ochotę usłyszeć co Gilbert ma do powiedzenia. Przez cały ten czas siedział cicho i przysłuchiwał się naszej rozmowie. Chciałam, żeby wreszcie coś z siebie wykrztusił. Posłałam mu pytające spojrzenie. Gilbert spuścił wzrok, a kąciki jego warg znów uniosły się nieznacznie.
- Tylko takie... głupie pytanie. Nie chciałabyś opowiedzieć nam jak to wygląda? - każde słowo wymawiał coraz ciszej. Wbiłam paznokcie we wnętrze dłoni. Gilbert widocznie zauważył moją reakcje i uniósł ręce w geście kapitulacji.
- Oczywiście jak nie chcesz, to do niczego cię nie zmuszam!
- Nie - odparłam szybko. Zabrzmiało to lekko wulgarnie i agresywnie. Musiałam szybko się sprostować.
- Znaczy... nie - starałam się by mój głos brzmiał łagodnie. - Oczywiście, że to nie problem. Mogę wam wszystko opowiedzieć.
Przełknęłam ślinę. Spodziewałam się tego pytania. To była tylko kwestia czasu, kiedy moja rodzina zacznie być wścibska. Rodzina. Mój umysł prychnął. To niewiarygodne. Z pokoju obok dobiegło ciche pikanie. Kobieta siedząca w rogu podniosła się szybko.
- To tylko pranie. Zaraz wracam.
Po chwili zniknęła za drzwiami, a pikanie ucichło. Uznałam, że to idealny moment.
Zaczęłam opowieść od pierwszego dnia, który zapamiętałam. Przyjazdu do obozu. Starałam się brzmieć rzeczowo. Żadnego bólu czy radości. Suche fakty. Potem przeszłam na system domków i identyfikacji wszystkich obozowiczów. Sama zdziwiłam się, jak dużo zapamiętałam. Zaczynając od spraw organizacyjnych, a kończąc na podchodach, kiedy prawie wszyscy obozowicze pogubili się w lesie. W międzyczasie do kuchni wróciła kobieta i postawiła w wejściu miskę z upranymi ubraniami. Po chwili wszędzie roznosił się zapach proszku do prania zmieszanego z wodą. Po raz kolejny usiadła na taborecie w rogu i przysłuchiwała się mojej opowieści. Lubiłam, kiedy ludzie mnie słuchali. Gdy zaczęłam mówić o tym jak zamknęli mnie na dyscyplinarnym, a Harriet i Alex pomogli mi przecisnąć się przez malutkie okienko przy suficie, dopadł mnie tłumiony chichot. Opowiadałam ze wzrokiem wbitym we własne dłonie, a gdy znów spojrzałam w górę, zobaczyłam jak Gilbert zakrywa usta dłonią. Na jego policzkach znów pojawiły się śliczne dołeczki. Ramiona unosiły się i opadały.
- Gilbert - skarciła go kobieta. Chłopak spojrzał na nią i w momencie wybuchł śmiechem. Złapał się za brzuch i przechylił do przodu. Zamarłam. Poczułam dziwne mrowienie w kącikach ust. W podbrzuszu zatrzepotały skrzydełka motylków. Podobnego uczucia często doznawałam, kiedy rozmawiałam z Kivi lub Ethanem. Po chwili także i ja się śmiałam. Tylko cichutko.
- No co? - parsknęłam, wpatrując się w Gilberta. Ten znów zasłonił usta dłonią i uspokoił oddech. Usłyszałam coś na kształt "Moja przepona...", kiedy spojrzał na mnie cały zarumieniony. Kobieta, mężczyzna i Sasha wbijali w nas zdziwiony wzrok. Widocznie albo nie rozumieli co śmiesznego powiedziałam, albo widok roześmianego chłopaka nie był częsty.
- Stary, dobrze się czujesz? - Sasha nachylił się do Gilberta. Ten spojrzał na niego jakby to, dlaczego się zaśmiał, było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie.
- Czy kiedykolwiek przypuszczałeś, że z naszej siostry wyrośnie taka cwaniara?
Sasha prychnął.
- Czy przypuszczałem? Bracie, to było przesądzone od dnia, kiedy pomogła nam wkraść się do tamtej opuszczonej stacji. Od tamtej pory mogła pełnoprawnie nosić nazwisko Seveneel.
Rzucił mi krótkie spojrzenie z chytrym uśmiechem. Wytężyłam umysł.

Miałam wtedy sześć lat. Gilbert i Sasha postanowili wejść do opuszczonej stacji przez okno. Pamiętałam tylko ścianę pomalowaną czerwonym sprejem. Kocham Mayę. Stałam na czatach, kiedy z wnętrza budynku dopadł mnie śmiech. Zazdrościłam braciom dobrej zabawy. Usiadłam na zniszczonym, betonowym otworze wentylacyjnym i zaczęłam machać nogami. Obserwowałam jaskółki wlatujące do dziur w ścianach i gołębie siadające na kablach. Dłubałam w paznokciach u stóp, które wystawały ze znoszonych sandałek. Miałam ostrzec Sashę i Gilberta, gdyby nadjeżdżał pociąg. Inaczej, kiedy cały peron zapełniłby się podróżnymi, ktoś mógłby odkryć, że są w środku. Mielibyśmy wtedy spore kłopoty. Jeżeli prędzej budynek nie zawaliłby się od wstrząsów. Tory przebiegały zaraz przy ścianie. Przypatrywałam się parze wron bijących się o kawałek bułki, kiedy śmiechy z wnętrza budynku zakłócił odgłos opadającego szlabanu. Poderwałam się z miejsca i stanęłam na paluszkach, zaglądając do środka przez okno. Krzyknęłam na moich braci. Gilbert wychylił głowę i rozejrzał się dookoła.
- Co jest?
- Pociąg jedzie!
Gilbert zniknął we wnętrzu i chwilę potem dwie pary kościstych nóg zwisały po mojej stronie okna. Zeskoczyli na otwór wentylacyjny, a potem na szarą trawę, rosnącą pomiędzy kupkami żwiru. Już po chwili biegliśmy ze śmiechem na Górkę. Zdążyłam przewrócić się parę razy, ale silne ramiona zawsze zdołały mnie podnieść. Nie zwracałam uwagi na przetarte kolana i skołtunione włosy, zasłaniające mi twarz. Wydeptana przez nas ścieżka prowadziła pomiędzy pojedynczymi krzakami. Dookoła walały się foliowe siatki i rozbite butelki po piwie. Stanęliśmy na samym szczycie i obserwowaliśmy jak wszystko drży od sunącego po szynach pociągu. Machaliśmy podróżnym, którzy nawet nas nie widzieli. Nad naszym małym miasteczkiem nigdy nie latały samoloty, więc musieliśmy zadowolić się pociągami. Zawsze marzyliśmy, żeby takim pojechać, lecz nigdy nie mieliśmy okazji. Ale wbrew pozorom byliśmy bardzo szczęśliwymi dziećmi. Ostatnie co pamiętam, to jak zakryłam uszy dłońmi, żeby zagłuszyć okropny huk i zapytałam, starając się przekrzyczeć pędzący pociąg:
- Co znaleźliście?!
Sasha uśmiechnął się szeroko. Uniósł w rękach plecak, jakby był łupem wojennym i odkrzyknął ze śmiechem:
- Stare komiksy!

Pokiwałam głową i opuściłam wzrok. To takie żenujące śmiać się przy obcych ludziach.
- Pamiętasz? - Gilbert nie potrafił ukryć rozbawienia. Przytaknęłam.
- Stałam na czatach.
Obaj wybuchnęli śmiechem. Po twarzy mężczyzny przebiegł cień uśmiechu, a kobieta w rogu chichotała cichutko.
- Dowiaduję się o was ciekawych rzeczy.
Odetchnęłam, żeby stłumić śmiech. Chusteczka w mojej dłoni była już doszczętnie zniszczona. W kuchni było bardzo ciepło. Wręcz gorąco. Obserwowałam jak w ogrodzie liście drzewa trzęsły się na wietrze. Z ulicy oświetlało je wątłe światło latarni. Dopiero teraz poczułam coś puchatego ocierającego się o moją nogę. Zerknęłam pod stół. Malutki piesek z naderwanym uchem bawił się nitką wystającą z mojej skarpetki. Na grzbiecie w szaroburą sierść zaplątał mu się pojedynczy, mały listek. Kiedy moja dłoń dotknęła jego czułego miejsca za uchem, podniósł główkę i zamerdał ogonem. Zaraz potem cały się naprężył, z gracją skoczył i wylądował na moich kolanach. Kobieta od razu podniosła się z miejsca z karcącym wyrazem twarzy. Uśmiechnęłam się tylko na widok uśmiechniętej mordki z wywalonym językiem. O wiele bardziej lubiłam zwierzęta niż ludzi. One przynajmniej nie gadały bez sensu.

Kiedyś pod schodami naszego domku okociła się pewna kotka. Z powodu powszechnego zainteresowania małymi puchatymi kuleczkami, biedna mama musiała się wynieść, by chronić swoje dzieci. Przez kilka następnych dni pod schodami siedział już tylko jeden kotek. Mama pewnie o nim zapomniała. A może miała zamiar po niego wrócić. Tego nie wiedziałam. Zabrałam go więc do domku i opiekowałam się nim najlepiej jak mogłam. Nikogo z opiekunów nie obchodziło, czy obozowicze trzymali u siebie jaszczurki, psy, czy nawet niedźwiedzie. Póki zwierzęta nie czyniły żadnych szkód, mogły spokojnie pomieszkiwać w domkach. Pan Kot był moim pierwszym przyjacielem. Nie chciałam dawać mu imienia. Był po prostu Panem Kotem. Przez pierwsze dwa lata w obozie, rozmawiałam tylko z nim. Zamykałam się w pokoju i pytałam go dosłownie o wszystko. Jak myślisz, jaka będzie jutro pogoda? Czemu nikomu nie smakują brokuły? Czy jak zrobię sobie szminką czerwone kropki na twarzy, to pozwolą mi nie iść na zajęcia fizyczne? Pomożesz mi z pracą domową? Jak to jest być kotem? Niestety nigdy mi nie odpowiadał. Zwijał się w kłębek i zasypiał, siadał mi na kolanach i domagał się pieszczot, albo uciekał przez uchylone drzwi na dwór i wracał dopiero po północy. Ale zawsze wracał. Przynajmniej tak mi się wydawało. Dopóki pewnej nocy nie usłyszałam drapania w drzwi. Czekałam jedną godzinę. Drugą. Trzecią. Cisza. Po miesiącu dotarło do mnie, że Pan Kot już nie wróci. Płakałam trzy noce z rzędu. Straciłam pierwszego przyjaciela. Jedynego przyjaciela.

- Jak się wabi? - podniosłam wzrok na kobietę.
- Lady - odparła i wyciągnęła ręce, by zabrać kundelka z moich kolan. Piesek zamerdał ogonem i gdy kobieta postawiła go na ziemię, pognał do drugiego pokoju.
- Anastasia ma fioła na punkcie bajek Disney'a - zaśmiał się Sasha. Kobieta spoważniała.
- Tyle razy ci powtarzałam, żebyś nie mówił do mnie po imieniu. Trochę szacunku - burknęła. Sasha przewrócił oczami. Mężczyzna po raz kolejny uśmiechnął się nieznacznie i zerknął na zegarek.
- Już późno - były to jego pierwsze słowa, od kiedy usiedliśmy przy stole. - Gilbert, pokaż Echo jej pokój.
Chłopak w jednej chwili poderwał się z miejsca. Kobieta zabrała mój kubek z kawą i wylała ją do zlewu. Mężczyzna jak duch zniknął w drugim pokoju. Wszyscy w ciszy rozeszli się jak gdyby po zwykłej rodzinnej kolacji. Podniosłam się z krzesła i dosunęłam je do stołu. Gilbert wskazał mi ruchem ręki dokąd mam się za nim udać.
- Dobranoc - rzuciłam jeszcze, na tyle głośno by wszyscy mogli mnie usłyszeć.
- Miłej nocy - kobieta patrzyła na mnie przez ramię, myjąc naczynia i uśmiechając się ciepło. Miała takie same urocze dołeczki w policzkach jak Gilbert. Odpowiedziałam tym samym. Ta krótka rozmowa z ludźmi, których prawie nie znałam, wywołała tyle wspomnień. O wielu z nich nie miałam nawet pojęcia. Jak to możliwe, że straciłam tyle lat, nie wiedząc co się z nimi dzieje. Jak miałam przejść z tym do porządku dziennego? Byli obcy. Tak strasznie obcy. I to tak strasznie bolało.
Mimo że atmosfera się rozluźniła, nadal towarzyszyło mi dziwne uczucie w brzuchu. Jakbym cały czas była zdenerwowana. Ruszyłam w stronę korytarza. Gilbert stał już na szczycie schodów, które znajdowały się dokładnie między salonem i kuchnią. Opierał się łokciami o balustradę, cierpliwie czekając. Ostrożnie zaczęłam stawiać kroki na stopniach. Z reguły gnałam po dwa schodki na raz, ale teraz byłoby to niestosowne. Zanim dotarłam na szczyt musiały minąć wieki. Gilbert tylko uśmiechnął się życzliwie i poprowadził mnie przez korytarz, a potem skręcił w prawo. Szłam tuż za nim, cichutko stawiając stopy na miękkim dywanie. Było bardzo ciemno i jedynie latarnie z ulicy oświetlały wnętrze. Zatrzymaliśmy się przed zwykłymi brązowymi drzwiami. Gilbert nieznacznie je uchylił.
- To jest twój pokój. Jakbyś czegoś potrzebowała, to jestem na końcu korytarza. Drzwi zaraz na wprost.
Przytaknęłam, bojąc się nawet podnieść wzrok. To jest twój pokój. Mój pokój. Mój i tylko mój. Czułam jak ręce zaczynają mi drżeć, a głos ugrzązł w gardle.
- Dziękuję - szepnęłam, starając się ukryć zdenerwowanie. Przełknęłam ślinę. Podniosłam wzrok i spojrzałam na uśmiechniętego Gilberta.
- Nie ma sprawy.
Poczułam ogromną gulę w gardle. Światło latarni zza okna na przeciwko drzwi idealnie oświetlało moją twarz. Nawet nie potrafiłam ukryć, jak oczy zaczęły mnie piec i po policzkach spłynęły pierwsze łzy. Zagryzłam wargę i już chciałam odwrócić się i wejść do pokoju, ale Gilbert mnie uprzedził.
- Wszystko w porządku...?
Nie było sensu udawać. Spojrzałam mu prosto w oczy, siląc się na szczery uśmiech.
- Chyba trochę tęskniłam braciszku.
Nie musiałam mówić nic więcej, bo Gilbert w jednej chwili zamknął mnie w uścisku. Idealny moment by wybuchnąć płaczem. Mogłam wreszcie dać upust emocjom. Pal licho dobre wychowanie. Nie kontrolowałam tego. Łzy spływały ciurkiem po policzkach, a oddech stał się płytki. Zacisnęłam palce na jego plecach i co chwila łapałam powietrze. Ściskał mnie z całej siły i wtulił twarz w moje włosy.
- Ja też tęskniłem. Strasznie tęskniłem. Wszyscy tęskniliśmy - szeptał bez przerwy te same słowa. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że to się kiedyś wydarzy. Przytulam mojego najukochańszego brata. Kiedy już myślałam, że przestałam płakać, poczułam kolejny ucisk w klatce piersiowej. Po policzkach znowu spłynęły łzy. Znowu i znowu. Nie mogłam przestać. To było zbyt... bolesne. Musiałam wypłakać się za te wszystkie dni, kiedy trzeba było chować emocje głęboko, by nich ich nie zobaczył. A Gilbert czekał. Trzymał mnie w ramionach bez ruchu dobre parę minut.
Potem usłyszałam czyjeś kroki na korytarzu. Odruchowo chciałam się wyswobodzić z uścisku, ale wystarczyło jedno spojrzenie w oczy Sashy, by zaniechać tego pomysłu. Ten uśmiechnął się bez słowa i po chwili także stał przy mnie i przytulał z całej siły. Staliśmy w grupowym uścisku i karmiliśmy się odgłosem naszych płytkich oddechów. Po tylu latach. Po wymuszonej przez władze rozłące. Tragiczne rodzeństwo znów mogło być razem.

tumblr_n0aqk6gjpi1t4urfuo1_500.jpg

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
  •  
     
    Och!  jaka ze mnie gapa zapominalska, nie skomentowałqm rozdziału! To było takie słodkie, powrót do domu musiał być ciężki, ale dobrze, że dogadała się z rodzeństwem, czekam na kolejny rozdział :D