• Wpisów: 35
  • Średnio co: 44 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 17:13
  • Licznik odwiedzin: 10 351 / 1585 dni
 
soundsoftheworld
 
Zarzuciłam kurtkę na ramiona. Godzina czwarta nie była dobrą porą, by wychodzić z ciepłego domu. Wszystko widziałam jak przez mgłę. Ziewnęłam przeciągle i przetarłam oczy. Senność pozwalała powściągnąć emocje. Niestety z jednym wyjątkiem.
Anastasia stała w samym rogu przedpokoju. Ręce skrzyżowała na piersi, szczelnie opatulając się szlafrokiem. Co chwila pociągała nosem, ale nie odrywała ode mnie wzroku. Czułam jak przewierca mi się aż do głębi duszy. Ale było to przyjemne uczucie. Pierwszy raz czułam szczęście, że ktoś obserwuje każdy mój ruch. Nawet jeśli nie znałam do końca tej osoby. Nawet jeśli dzieliło nas dziewięć lat wspomnień. To jak życie po dwóch stronach muru. Każdego dnia drżącymi dłońmi pisałeś list do tej osoby. Potem robiłeś z niego samolocik i rzucałeś na drugą stronę muru. Ale nigdy nie udało się żadnemu z nich tam dotrzeć. Mur był zbyt wysoki. A kiedy w końcu udało ci się spotkać z tą ważną osobą, ty nie wiesz co powiedzieć. Umiesz tylko pisać listy.
Dlatego cały świt, albo raczej późną noc, spędziłam z Gilbertem i Sashą. Nie byli kimś, do kogo trzeba pisać listy. Nie musiałam się zastanawiać nad brzmieniem swoich słów. Po prostu rozmawialiśmy.
Przy kubku kawy, w kuchni, słuchając starych przebojów na jakiejś węgierskiej stacji. Opowiadaliśmy sobie historie z dzieciństwa, chociaż nie było czasu, by wszystko nadrobić. Wiedziałam, że zajmie nam to dużo czasu. Ale cudowne było to, że
nie obchodzili się ze mną jak z laleczką z porcelany. Byliśmy normalnym rodzeństwem. Całkowicie normalnym.
Zdążyłam dowiedzieć się, że przeprowadzili się do Francji - do krewnych mojego ojca, Philippa, którzy byli rodowitymi francuzami - kiedy dotarła do nich informacja, że znajduję się w jakimś obozie w Europie. Że rodzice byli o krok od rozwodu. Że w polityce jak na razie spokojnie. Że coraz więcej ludzi organizuje strajki przeciwko obozom. Że jeśli tak dalej pójdzie, mamy szansę wrócić do domu. Do ich domu. Do Francji. Nie była to może przerażająca perspektywa, ale paradoks mojego krzywego punktu widzenia kazał mi z jednej strony uciekać od obozu jak najdalej, a z drugiej bać się nowych miejsc i ludzi. Wolałam, więc przemilczeć sprawę. Chociaż w środku wszystkie trybiki trzeszczały, drżały i skrzypiały. A częste przełykanie śliny było aż nazbyt dosłowne. Ograniczyłam się więc do przytakiwania, śmiania się, robienia trafnych, krótkich uwag i uspokajaniu tępego bólu głowy, który ostatnimi czasy coraz bardziej dawał się we znaki.
Philippe otworzył przede mną drzwi. Odwróciłam się jeszcze w stronę mojej rodziny. To słowo nadal siało zamęt w mojej głowie, ale wcale nie brzmiało źle, więc już się go nie wypierałam. Gilbert i Sasha, zapewne zauważając niechciane łzy, rzucili się do grupowego uścisku. Gilbert złapał mnie w pasie i uniósł do góry jak księżniczkę, obracając się parę razy dookoła. Z mojej krtani wyrwał się krótki, urywany śmiech. W jeden wieczór potrafili wzbudzić we mnie zaufanie szybciej, niż ktokolwiek w obozie przez parę lat. Sasha, kiedy Gilbert wreszcie postawił mnie na ziemie, poczochrał moje włosy i dał szybkiego całusa w czoło.
- Wracaj do nas szybko, Echo.
Odpowiedziałam nieśmiałym uśmiechem, których zapas jak na jeden dzień powoli się kurczył. Obiecuję.
Poczułam dotyk czyjejś dłoni na ramieniu. Odwróciłam głowę. Philippe patrzył się na mnie z tajemniczym wyrazem twarzy. Jak zwykle z resztą nie powiedział nic. Jedynie uśmiechnął się niezauważalnie i trochę mocniej ścisnął moje ramię. Ja też nie uśmiecham się często. Może dlatego dostrzegłam jak usilnie próbuje być serdecznym. To proste. W kącikach oczu pojawiły się drobne zmarszczki. Podobno ludzie uśmiechają się oczami.
- Niedługo wrócę - zwróciłam się nieśmiało w stronę całej czwórki. - Coś wymyślimy. Na pewno.
Anastasia zakryła usta dłonią. Wytarła oczy rękawem szlafroka i westchnęła cicho. Nie chciałam się z nią żegnać. Nie umiałam. Zamiast formalnie dać jej buziaka w policzek, zaczęłam powoli wycofywać się w stronę drzwi. Szybko przekroczyłam próg i już miałam pognać w dół schodów ganku, kiedy zatrzymał mnie trzask zamykanych drzwi i łamiący się głos:
- Poczekaj, Echo.
Mimowolnie zatrzymałam się przed ostatnim stopniem. Serce łomotało, a ból głowy coraz bardziej dawał się we znaki.
Z duszą na ramieniu odwróciłam się w stronę Anastasi. Żarówka na ganku słabo oświetlała jej twarz. Miała podkrążone oczy,  a zmarszczki stały się bardziej widoczne. Szczelniej otuliła się szlafrokiem, krzyżując ręce na piersi. Niemal czułam jak serce wali jej jak szalone. Tak samo jak mi. Stanęłam twardo na stopach.
- Nie miałyśmy czasu, żeby porozmawiać - zaczęła, niemal szepcząc.
Przysunęła się do balustrady, opierając się o nią biodrem. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Chyba smutnego.
- Cieszę się, że układa ci się z brać… - urwała, widząc moją minę. - Gilbertem i Sashą.
Ton z jakim wymówiła ich imiona, łamał mi serce. Nie znałam tej kobiety, ale pod żadnym pozorem nie chciałam jej zranić. A skoro miałam do tego dryg…
- Braćmi - uśmiechnęłam się oczami. - Tak, braćmi. Jest super.
Podniosła na mnie wzrok, odrywając go od listka leżącego na balustradzie. Rozpromieniła się? Jeszcze bardziej posmutniała? Może nie widziała mojej twarzy, bo mimowolnie zrobiłam krok w tył. Stałam już na chodniku prowadzącym w stronę furtki. Anastasia jednak się uśmiechnęła. Też oczami.
- Wrócisz?
Spuściłam wzrok na swoje kalosze. Żarówka zamigotała parę razy. Jakby nas poganiała. Anastasia zrobiła malutki krok w moją stronę. Niepewnie, ale to wystarczyło.
- Obiecałam - wbiłam w nią wzrok. - Tak, wrócę. Gdy będę mogła, to wrócę.
Kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej i zrobiła kolejny krok do przodu. Stanęła na schodach. Skrzyżowane ramiona podniosły się opadły, gdy głośno westchnęła. Podniosła oczy ku ciemnemu niebu. Po westchnięciu nastąpiły łzy. Przetarła oczy dłonią, śmiejąc się pod nosem.
- Tęskniłam, wiesz? - nie patrzyła na mnie. Jej wzrok nadal wodził po niebie. Obserwowała gwiezdne konstelacje, jakby próbowała znaleźć w nich odpowiednie słowa. Często też tak robiłam.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak było nam ciężko. Gdy się dowiedzieliśmy, że jesteś tutaj to… - jęknęła cicho, zakrywając usta ręką i wracając na ziemię.
- Ale nie będę ci o tym teraz mówić - machnęła ręką. - Jakaś obca baba będzie cię zanudzać jakimiś ckliwymi opowiastkami.
Kolejny śmiech, tym razem głośniejszy, rozniósł się po ogrodzie. Zakryła twarz dłońmi śmiejąc się i płacząc. Wciągnęła powietrze z głośnym świstem, odwracając wzrok. Zrobiła krok w tył, oddychając głęboko.
- No idź - szepnęła, drżącym głosem - idź już, idź…
I w tym momencie - kiedy miałam już odwrócić się i odejść, kiedy Anastasia chciała zniknąć za drzwiami, kiedy obie chciałyśmy zacząć znów budować między nami mur - niewidzialna siła pchnęła mnie w jej stronę. Może moja podświadomość. Może sumienie, które podobno już dawno mnie opuściło. A może po prostu sama chciałam podbiec i wpaść w jej objęcia. Przytulić się do osoby, za którą tęskniłam tyle lat. Która nigdy nie miała szansy towarzyszyć mi wtedy, kiedy jej najbardziej potrzebowałam. Która nie uczestniczyła w moim wychowaniu i musiała teraz godzić się na to, kim się stałam. Której nigdy dobrze nie poznałam.
Nie musiałam czekać, bo Anastasia przytuliła mnie do siebie tak mocno, jakby nigdy nie miała zamiaru puszczać. I wybuchła płaczem. Wtulała twarz w moje włosy i całowała je, kiwając mną na wszystkie strony. Odsuwając mnie lekko, wzięła moją twarz w dłonie i spojrzała głęboko w oczy. Były czerwone i opuchnięte od płaczu, ale szczęśliwe. Uśmiechała się szeroko, jakby chciała rozerwać sobie policzki. Zaśmiałam się. Przyłożyła swoje czoło do moje.
- No już… - szepnęła. - Nie mam prawa cię zatrzymywać. Zaraz masz zbiórkę przy ratuszu.
- Wrócę - nie zwracałam uwagi na jej słowa. Gubiłam się we własnych.
- Wrócę. Na pewno wrócę. Obiecałam.
Przejechała dłonią po moich włosach i złożyła na czole delikatny pocałunek.
- Wiem, wiem. A my będziemy czekać.
Oderwałam się od niej z ociąganiem. Czas naglił, a Ginewra apelowała o punktualność. Uśmiechnęłam się szeroko. Najszczerzej od ostatnich paru dni. Od paru lat.
- W takim razie do zobaczenia… mamo.
Anastasia pomachała mi leciutko palcami, znów uśmiechając się oczami.
- Do zobaczenia, córeczko.

***

Ulica była pusta. Przeżywałam déjà vu. Latarnie otulające wszystko żółtą poświatą. Ciemność poza ich zasięgiem i światło bijące z okiem domu, z którego właśnie wyszłam. Wystarczyło, żebym skręciła w główną ulicę, kiedy moją uwagę przykuła sylwetka majacząca zaledwie paręnaście kroków przede mną. Długie jasnoblond włosy płynęły za nią, a wysoko uniesiona głowa i gryzące się z jej władczością ramiona, którymi postać przytulała samą siebie, wskazywały na tylko jedną osobę. Sophie Marie Chapman. Normalnie, widząc ją, automatycznie zwolniłabym kroku, udając, że wcale jej nie zauważyłam. Tym razem prułam przed siebie. Porwałam się do biegu, mijając domy z prędkością światła. Budziłam psy w kojcach, podrywałam liście spod swoich stóp i odgarniałam włosy z twarzy. Dysząc ciężko gnałam przed siebie na łeb na szyję, parę razy potykając się o krawężnik. Wilczur na jednym podwórku podbiegł do ogrodzenia, ujadając i szczekając. Postać najwyraźniej to usłyszała, bo odwróciła się w tamtą stronę. Na spotkanie mojej twarzy. Nie krzyknęła, nie zlękła się, ba, nawet nie mrugnęła. Jedynie oczy zaszkliły się niezauważalnie, kiedy nasze oddechy się zmieszały. Stałyśmy niebezpiecznie blisko siebie.
- Cześć - wydyszałam, próbując wziąć jak najgłębszy oddech.
- Cześć - odparła bez cienia emocji w głosie. Domagała się nim jedynie, bym nie pytała. Nie zagadywała. Nie drążyła tematu. Znałam ją zbyt długo, żeby tego nie zauważyć. Ledwo stykając się ramionami, ruszyłyśmy w stronę ratuszu. Przeszywająca cisza towarzyszyła nam przez całą drogę. Nikt nie wychodził z odchodzących od głównej drogi uliczek. Zza wzgórz, których czubki wyrastały znad dachów domów, nie wypływał ani jeden promień słońca. Szłyśmy, delektując się ciszą. Raz na jakiś czas, któraś z nas wznosiła wzrok ku niebu. Wtedy ta druga spoglądała na nią, a kiedy nasze spojrzenia się stykały, odwracałyśmy twarze. Nie trzeba było słów. Sophie doskonale znała ich wartość i chyba próbowała nauczyć tego także i mnie. Byłam słabą uczennicą, ale dawałam z siebie wszystko.
Dopóki towarzyszka nie uśmiechnęła się sama do siebie. Wystarczyło, że się na nią spojrzałam i już obie się śmiałyśmy. Oczami. To chyba Sophie mnie tego nauczyła. Kiedy przyjechała do obozu. Miałam wtedy 10 lat. Ona też. Pamiętam, że nienawidziłyśmy się od początku. Ale pamiętam też, jak zawsze uśmiechała się do Lee. Oczami. Nie była chyba świadoma, że to widziałam. To oczywiste, że nie chciała, by ktokolwiek o tym wiedział. Ani ja, a Lee w szczególności. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że to dzięki niej potrafiłam robić to tak dobrze. Jeśli nie chciała, żeby Lee to widział, tak nie widział. Był ślepy. Od tamtej pory zawsze uśmiechałam się tak do Ethana. Nigdy się nie zorientował.
Ze smutnymi uśmiechami na twarzach dotarłyśmy do parku przed ratuszem. Dookoła wiała pustka. Świeciło się w nim jedynie parę okien, a na ławce pod kasztanem siedziała jakaś obca nam dwójka.
Usiadłyśmy jak najdalej od nich. Pod innym kasztanowcem. Ona miała nogi wyprostowane, a ja podkurczone pod samą brodę. Zimna ławka mroziła nasze myśli, które uciekały gdzieś w przestworza. Para siedząca po drugiej stronie parku zaśmiała się głośno. Wlepiłam wzrok w kalosze. A Sophie w gwiazdy. Pierwszy raz to ja stałam twardo na ziemi, a ona odpływała gdzieś myślami. Tam, gdzie żadna fizyka czy chemia nie miały znaczenia. Polityka nie odgrywała żadnej roli, a zasady nie istniały. Tam, gdzie rządziły tylko i wyłącznie uczucia.
I wtedy znów na siebie spojrzałyśmy. Ale nie uśmiechnięte. Smutne. Rozpłakane. Dosłownie.
Oczy Sophie zaszkliły się niebezpiecznie, podobnie pewnie jak moje. Pierwsze łzy spływały w idealnym porządku. Tak jakbyśmy dzieliły te same uczucia. Płakały razem. Odezwałam się pierwsza. A raczej wydałam z siebie jęk rozpaczy i niepohamowanego szczęścia. Sophie zaraz po mnie. Nie liczyło się nic. Rzuciłyśmy się sobie w objęcia. Zacisnęłam pięści na plecach jej kurtki i beczałam. Beczałyśmy obie. Jak dwie przyjaciółki oglądające komedię romantyczną. Łzy ciekły po policzkach strumieniami. Czułam jak wtula twarz w zagłębienie szyi. Pragnęłam dotyku. Kogokolwiek.
- Mam mamę, Echo! Boże, mam rodzinę!
Zapiszczałam, ni to z radości, ni to ze smutku. Jakby odezwał się we mnie praprzodek, który tkwi w każdym człowieku na świecie. Ta potrzeba bliskości. Miłości. Przynależności. Ubierana w te proste słowa,  a kiedy zaspokojona, dająca nieopisane uczucie.
- Mam braci! Rozumiesz?!
- Też mam brata!
- I mamę i tatę!
- Oni żyją!
- Oni tu są!
Krzyczałyśmy i płakałyśmy jedna przez drugą, przytulone do siebie, a z każdą minutą ludzi na placu przybywało. Mijali nas, a kiedy mimochodem zerkałam na ich twarze, nie widziałam zdziwienia, ani politowania, tylko uśmiechy. Szczere uśmiechy, które kruszyły coś w głęboko we mnie tak, że musiałam to wypłakać. Niekończący się potok łez wylewany nie z przymusu. Za te wszystkie lata, spędzone na ukrywaniu uczuć przed tymi, którzy byli zawsze. Chociaż nie spokrewnieni to i tak najbliższą rodziną. Najważniejsi ludzie w moim życiu. Ci, o których mówiąc, nie bałam się tego słowa. Najważniejsi.

I właśnie to oni pojawili się na końcu alei. Ethan, Kivi, Lee i Alex. Wystarczyła chwila, by zauważyli w jakim jesteśmy stanie. Poczułam chłodną dłoń na ramieniu. Na początku ją zignorowałam, ale kiedy postać usiadła zaraz obok mnie i drżącym głosem szepnęła:
- Mam siostrę, Echo. A nawet o niej nie wiedziałem.
Odwróciłam się w stronę Ethana, po którego policzkach już spływały łzy.
- Mam braci, Mathias. Dwóch.
Zamknął mnie w żelaznym uścisku, pozwalając ukryć twarz przed całym światem. Kiwał mną na boki, wypuszczając z ust potok słów. O swojej siostrze, mamie, tacie, babci. Obok mnie Sophie już kuliła się w objęciach Lee, który także nie siedział cicho. Oboje płakali najgłośniej, zagłuszając nawet Kivi i Alexa, którzy siedząc na ziemi pod ławką i ignorując chłód, przytulali się do siebie. Krzyczeli. Niezrozumiałe słowa. Cała nasza szóstka płakała. Tak jakbyśmy czekali dokładnie na ten moment. Kiedy będziemy razem. Zamknięta w uścisku Ethana doszłam do wniosku, że płakanie samemu nic nie daje. Żadnych emocji. Ani dobrych, ani zły. To płakanie z pustką. Próżnią bez marzeń, ambicji, przeszłości. Dopiero, kiedy dzielisz ten moment z kimś innym, doceniasz każdą łzę spływającą w dół po policzkach. Widzisz ludzi, którzy myślą inaczej, czują inaczej, marzą inaczej, ale nie odczuwasz samotności. Żyjesz w przekonaniu, ba, jesteś pewien, że to wszystko nie jest jedynie wymysłem twojej wypaczonej natury. Zniszczonej przez nieokreśloną istotę, nad którą nie masz kontroli. Skoro czuje to też osoba obok ciebie, w takim razie musi to być żywe. Niemal namacalne. I może to właśnie dlatego czekaliśmy na dobry moment, żeby wyżalić się sobie nawzajem. Tylko bez słów. A z kim możesz tak lepiej porozmawiać, niż z przyjacielem?
Połknęłam kolejną gorzką łzę. Przed oczami przechodziły obce osoby z tak samo czerwonymi oczami. Obserwując naszą szóstkę, musieli powoli pojmować jak się czują. I wyrzucać z siebie wszystko.
Głośny szloch Sophie przerodził się w ciche pochlipywanie. Najprzyjemniejszy moment przeminął. Alex pocierał i tak już czerwone oczy rękawem kurtki. Kivi łykała powietrze dużymi haustami, uśmiechając się przy tym z nutką szaleństwa. Jedyny spokojny był Lee. Przytulał do siebie Sophie i mrużąc powieki, na których zebrały się malutkie kropelki, wpatrywał się w gwiazdy. Oddychał spokojnie, raz po raz pociągając nosem. A ja i Ethan nadal płakaliśmy. To chyba wina tego, że jeśli jedno płacze, to drugie też zaczyna. I mogło to tak trwać w nieskończoność.
Dopóki drzwi ratusza nie otworzyły się i nie wyszły z nich osoby, które nie zostały przydzielone do żadnego domu. A wśród nich Harriet. Kiedy tylko przed oczami mignęły mi jej śliczne kasztanowe włosy, poderwałam się na równe nogi. Omijając płaczących, śmiejących się, załamanych obozowiczów, wreszcie stanęłam na tyle blisko, by widzieć jej twarz. A obawiałam się najgorszego. Łączenie faktów nie należało do moich mocnych stron, ale tym razem zrobiłam to z chłodną precyzją. Harriet mogła nie mieć rodziny. Żadnej. A wtedy grupowe płakanie nie wchodzi w grę. Zaraz obok siebie ujrzałam Kivi, której wyraz twarzy zdradzał jedno - ona też rozumiała. Potem Alex, Lee, Sophie i Alex. Cała piątka stała obok mnie, wpatrując się w Harriet. Na której twarzy zagościł najszczęśliwszy uśmiech jaki kiedykolwiek u niej widziałam.
Jak na zawołanie wydałyśmy razem z Kivi pisk radości i rzuciłyśmy się przyjaciółce na szyję. Co prawda wyczerpałyśmy zapas łez, ale Harriet to nie przeszkadzało. Płakała jeszcze długi czas, aż do murów samego obozu, powtarzając w kółko jedno zdanie.
- Po prostu nie mogli przyjechać. Zatrzymali ich na granicy. Po prostu nie zdążyli.


Nie było mnie długo. Chyba nawet bardzo. Ale wracam i mam nadzieję, że nie zawiodę nikogo (a w szczególności Lisy, bo chyba jesteś jedyną, która to czyta ;___; kocham cię) Osobiście jestem z tego rozdziału niezmiernie dumna. Mam nadzieję, że spodoba się wam on tak samo mocno jak mi. Zaznaczę tylko, że był bardzo trudny i namęczyłam się przy nim... strasznie.

tumblr_mc7s7cjd0X1rtdg3jo1_r1_500.jpg

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
  •  
     
    @Lisa Angels: Umarłam. Czytając twój komentarz. Naprawdę. Słyszeć takie słowa po prostu się rozklejam. Żadne "dziękuje" nie będzie wystarczające za takie słowa. Ale i tak - dziękuję, dziękuję, dziękuję. Aż nie mogę uwierzyć.
     
  •  
     
    To było boskie, nie dziwię się, że jesteś z tego dumna, bo mam teraz łzy w oczach i cieszę się szczęściem tej paczki. Widzieć, jak w Echo coś pęka i wszystkie jej emocje wychodzą na wiesz było niezwykłe. Ten moment bez słów, gdy szły do ratusza, ta rozmowa z mamą, była taka... powiedziałabym, że wręcz magiczna. Naprawdę jestem zachwycona twoim pomysłem. Takie spotkanie jest krępujące, a zarazem najwspanialsze jakie można czuć w takiej sytuacji. Ach jak mi brakowało tej historii. Ale było warto poczekać, bo właśnie przeczytałam najlepszy rozdział jaki napisałaś i z pewnością zostanie on moim ulubionym. No też mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz i od dzisiaj będę mogła liczyć na twoją regularną obecność z cudownymi rozdziałami <3