• Wpisów: 35
  • Średnio co: 42 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 17:13
  • Licznik odwiedzin: 10 232 / 1531 dni
 
soundsoftheworld
 
Obudziłam się w swoim pokoju. Ale nie tym, który powinien być mój już od początku. Tym, w którym mieszkałam od dziewięciu lat. Oddychałam miarowo i płytko. W pomieszczeniu było jasno i duszno. Promienie słoneczne wpadały przez okno i oświetlały moje nogi. Podciągnęłam je pod samą brodę, zwijając się w kłębek i przekręcając na lewy bok akurat na spotkanie uśmiechniętej twarzy Kivi.
Powstrzymałam wrzask. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że pozwoliłam jej i Harriet spać w moim domku, ponieważ chciały spędzić ten wieczór całą siódemką. W nocy, albo raczej nad ranem, słyszałam ciche pochlipywanie Madeleine, która spała w pokoju Sophie. Lee, Ethan i Alex urzędowali w salonie.
Przetarłam zaspane oczy. Rzuciłam okiem na zegarek, który wskazywał punkt dziesiątą. Przespaliśmy i apel i śniadanie. Nie przejęłam się tym zbytnio.
- Nadal nie mogę w to uwierzyć.
Zwróciłam się w stronę Kivi, która wpatrywała się w sufit. Jej oczy szkliły się szczęściem. Pierwszy raz nie powiedziała ani słowa.
- To sen?
Pokręciła głową, hamując płacz. Oddychała płytko, a kąciki jej ust drżały. Poczułam tylko jak delikatnie sunie dłonią po prześcieradle i łapie mnie za rękę. Splotłyśmy palce w ciepłym uścisku.
Dopiero Harriet obudziła w nas prawdziwe emocje. Melancholijny nastrój prysł jak bańka mydlana, kiedy niespodziewanie poderwała się z piskiem na równe nogi. Trwało to tylko chwilę.
Wstała, zaśmiała się perliście i popędziła do salonu.
Leżałyśmy z Kivi zbite z tropu.
- Czy ona właśnie…
Kivi pokiwała głową. Oczy znów zaszkliły się euforycznie, kiedy też poderwała się na równe nogi. Chwilę potem w pokoju zostałam tylko ja.
Przez otwarte drzwi wpływały przyciszone rozmowy, które zostały przerwane przez piski i śmiech moich przyjaciółek. Wolałam nie myśleć, co dzieje się w salonie, więc podążając za ich krzykami, dopadłam progu. I pewnie potknęłabym się o niego i upadła prosto na twarz, gdyby nie czyjeś ramiona, który zatrzymały mnie w miejscu.
Poczułam tylko ja moje stopy odrywają się od podłogi i zgrabnie wykonują piruet. Chłodna dłoń złapała moją i objęła mnie w pasie. Dopiero, gdy otrząsnęłam się z szoku, pozwoliłam sobie opaść na kanapę zaraz obok Sophie, która uśmiechała się kącikiem ust. Oparłam głowę o ramię Ethana, przyciągając kolana do samej brody. Obserwowaliśmy jak Harriet i Alex ruszają się zgrabnie w rytm melodii lecącej z głośników. Wszyscy byli szczęśliwi. Bo jacy mieliby być?

***

Człowiek potrzebuje chyba naprawdę mnóstwa czasu, żeby przyzwyczaić się do zmiany. Kiedy nagle poczułam, że ktoś tam jest, stoi i patrzy na mnie, ktoś z kim nie widziałam się tyle lat, obudziło się we mnie dziwne przekonanie, że mogę wszystko. Mogę odrzucić wszelkie wątpliwości, zapomnieć o dawnych problemach i po prostu cieszyć się z tego, co mam. Wszyscy wokół nagle stali się… obojętni. Jakby ktoś założył mi klapki na oczy i szeptał do ucha, żebym szła przed siebie. Nie musisz się bać, bo ten ktoś tam stoi. Nie przejmuj się niczym, oni są tu specjalnie dla ciebie.
Mury obozu były wiecznie otwarte. Pełna euforycznych myśli przemykałam nocami i dniami dobrze znaną ścieżką w poszukiwaniu zaginionego szczęścia.
Zawsze spotykałam je w tym samym miejscu. Na ganku ślicznego piętrowego domu o kremowych ścianach i ciemnym dachu. Moje szczęście miało siwiejące blond włosy i szare oczy, miało włosy prawie całkowicie siwe, miało także dołeczki w policzkach i najpiękniejszy uśmiech jaki pamiętałam z dzieciństwa.
Gilbert i Sasha byli od początku.
Wystarczyło spędzić z nimi parę dni, żeby udało mi się uspokoić. Wcześniej mój oddech drżał, słowa się plątały, a nogi dygotały za każdym razem, gdy staliśmy zbyt blisko. Byłam kompletnie zielona jeśli chodzi o kontakty z rodzeństwem.
Dni mijały, a ja powoli przyzwyczajałam się do faktu, że mam rodzinę. Nie za morzami, lasami i górami, ale dokładnie tu. Za zaledwie jednym murem, który w obliczu takiego szczęścia nie stanowił praktycznie żadnego problemu.

Sasha pokazywał mi właśnie zdjęcia z ostatnich dni w Ameryce. Siedzieliśmy na kanapie w salonie. Philippe przeglądał importowane francuskie gazety, a Anastasia próbowała wepchnąć się na miejsce obok Gilberta.
- O! A tutaj ostatni raz widzieliśmy się z ciocią Suzie. - Wskazała palcem na zdjęcie przedstawiające chudziutką panią z krótkimi włosami, która uśmiechała się do obiektywu, przytulając naburmuszonych Gilberta i Sashę. - Pamiętasz ją jeszcze?
Zamyśliłam się na chwilę, próbując przywołać wspomnienia. Nie było to łatwe, jeśli przez całe dziewięć lat próbowało się od nich odgrodzić.
- To ta od łapaczy snów?
- Tak. Miała ich pełno w domu. Tyle razy prosiłam ją, by się ich wreszcie pozbyła, ale nie chciała mnie słuchać.
- Dziwisz się? - Philippe odezwał się pierwszy raz od wyciągnięcia albumu. - To twoja siostra. Pałacie taką samą miłością do gromadzenia niepotrzebnych rzeczy.
Anastasia zaśmiała się tylko krótko, posyłając mężowi karcące spojrzenie.
- Jak się ma? - podniosłam na nią wzrok. Kobieta zacisnęła usta w cienką linię i powoli podniosła się z kanapy.
- Nie rozmawiałyśmy parę lat. - Oczy zaszkliły się niezauważalnie. Szybko otrząsnęła się z zamyślenia i przewróciła oczami, śmiejąc się szczerze.
- Pewnie teraz ratuje głodne dzieci w Kongo, albo walczy o prawa zwierząt na Syberii. Nikt nie wie. Ciocia Suzie może być wszędzie.
I zaraz potem ulotniła się do kuchni.

***

- Macie szkołę w tym obozie? - Philippe oderwał mnie od przeglądania kolejnego albumu. Uśmiechał się niezauważalnie.
- Tak. Jest raczej obowiązkowa, ale nie wszyscy się fatygują.
Mężczyzna obrócił się jeszcze bardziej w moją stronę.
- A ty?
- Czy chodziłam? Raczej tak - spuściłam wzrok na swoje uda. - Nie miałam nic lepszego do roboty.
Philippe nie pytał o nic więcej. Można powiedzieć, że to ceniłam w nim najbardziej. Chociaż wylewność Anastasi też przestała mi przeszkadzać. Rozmawialiśmy coraz szczerzej i bardziej na temat. Opowiadali mi o ich życiu we Francji, wspomnieniach z Ameryki, aż w końcu trzeba było wspomnieć o tym co tu i teraz.
- Jak dowiedzieliście się, że tu jestem?
W pokoju zapanowała niezręczna cisza. Philippe oglądał właśnie jakiś program przyrodniczy, Anastasia malowała paznokcie, a Gilbert i Sasha ściągali z internetu kolejny odcinek serialu science-fiction. Przez ułamek sekundy wyglądaliśmy po prostu jak normalna rodzina, która musi od czasu do czasu od siebie odpocząć. Anastasia odłożyła pędzelek na papierowy ręcznik i odwróciła się w moją stronę.
- Na pewno…
- Tak.
Odetchnęła ciężko. Philippe spojrzał na nią zatroskany.
- Może ja…
- Nie - przerwała mu stanowczo. Podniosła się z miejsca i przycupnęła obok mnie na kanapie.

W Ameryce mieszkali zaledwie rok od mojego zniknięcia. Jeździli po urzędach, pytali na posterunkach policji i uczestniczyli w kolejnych rozprawach sądowych. Anastasia cudem uniknęła więzienia za utrzymywanie mnie w ukryciu. Polityka Ameryki względem odmiennych dzieci i obozów była o wiele bardziej rygorystyczna niż polityka Europy, dlatego dosłownie odetchnęli z ulgą, kiedy dowiedzieli się, że jest prawie pewnie, iż wywieźli mnie na inny kontynent.
Wystarczyło załatwić parę papierów, sprzedać dom i mogli spokojnie wyjechać do Francji. Tam zamieszkali u krewnych Philippa - jego brata Conrada i jego żony.

Widziałam jak oczy Anastasi znów szklą się, kiedy wspomina o przecudownej dwójce ich dzieci.
- Patrzyłam na nie prawie każdego dnia i…
Delikatnie złapałam ją za rękę, kiedy zakryła twarz, próbując zapanować nad łzami.
Philippe dokończył mówić.

Mieszkali tam osiem lat. On pracował jako lekarz pediatra, ona siedziała w domu, próbując znaleźć jakąkolwiek pracę. Gilbert i Sasha niemal zadomowili się w nowym otoczeniu - chodzili do normalniej szkoły i nikt nie miał prawa zauważyć, że z nimi także jest coś nie tak.
Philippowi i Anastasi trzy lata po przeprowadzce wreszcie udało się zarobić na własny dom. Opuścili bezpieczne schronienie pod skrzydłami Conrada i zaczęli sami układać sobie życie.
Jednak nie było to życie całkowicie przyjemne. Co weekend jeździli do Nowego Paryża, do głównej siedziby zarządzającej francuskimi obozami i pytali o mnie. Spotykali rodziców takich samych jak oni. Tak samo zagubionych niczym dzieci we mgle. Którzy tak samo jak oni nie potrafili pogodzić się ze stratą i robili co w ich mocy, by znaleźć swoje pociechy.
Rok przed wyjazdem do Węgier w Paryżu rozpoczęły się strajki. Co bardziej zdesperowani rodzice połączyli siły, by wreszcie doprowadzić do likwidacji obozów. Anastasia i Philippe brali udział w paru, aż wreszcie dostali odpowiedź. Echo Seveneel, odebrana w roku 2077, znajduje się w obozie na terenie Węgier.
Kolejne miesiące zajęło im zebranie odpowiednich zaświadczeń, skontaktowanie się z tajną organizacją odpowiedzialną za Oazy i dopiero wtedy mogli wyjechać.

- Nikt nie poinformował nas, że spotkamy się już teraz. Nawet nie wiesz jak cieszyliśmy się na wiadomość, że tu jesteś.
Anastasia wreszcie uspokoiła oddech. Nie pytając o zdanie przytuliła mnie mocno, wprawiając mnie tym samym w niemałe zakłopotanie.
- Bałam się. Tak bardzo się bałam, że nas nie poznasz…
Ja też się bałam, mamo. Chciałam odpowiedzieć, ale głos ugrzązł mi w gardle.

To był kolejny dzień u nich w domu. Kolejny dzień o trzech tygodni. Lipiec dawał się we znaki jak nigdy. Słońce przygrzewało niemiłosiernie, a ja była nieostrożna. Nie dziwiło mnie wtedy nic. Spędzałam prawie każdy dzień w Kolonii. Chodziliśmy tam całą szóstką. Obiecywaliśmy Harriet, że kiedy jej rodzice się pojawią, na pewną ją poinformujemy.
To był wieczór jak każdy inny. Rozmawialiśmy o obozie, oglądaliśmy stare zdjęcia i próbowaliśmy odbudować więzy godne najbliższej rodziny. Wtedy Philippe pierwszy raz włączył przy nas wiadomości.
Zobaczyliśmy tylko tłum ludzi zebrany przed jakąś ogromną bramą. Wszyscy przepychali się, krzyczeli, a dziennikarka w granatowym żakiecie próbowała przekazać najważniejsze wiadomości. Ktoś w tle płakał, ktoś się przytulał, a jeszcze inny łapał za ręce każdego napotkanego człowieka. I pewnie przypominałoby to miejsce jakiegoś nieszczęścia, ogromnej katastrofy, która odebrała życie tysiącom dusz, gdyby nie napis na dole.

Pierwszy amerykański obóz dla Innych w stanie Waszyngton został zlikwidowany.

Wszystkim w pokoju odebrało mowę. Potem nadchodziły kolejne informacje. Dzieci wracały do domów, pracownicy zostali zwolnieni, a protestujący przez tyle lat rodzice wreszcie dopięli swego.
Wystarczyło tylko czekać aż dobra passa przypłynie do Europy.
I chociaż płakałam z radości, chociaż przytulałam Anastasię, która nie posiadała się ze szczęścia, byłam zbyt naiwna, by zauważyć, że chociaż cały świat nagle stał się bezpiecznym miejscem, to mój dosłownie zatrząsł się w posadach.