• Wpisów: 35
  • Średnio co: 40 dni
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 17:13
  • Licznik odwiedzin: 10 089 / 1461 dni
 
soundsoftheworld
 
Nauczyłam się krzyczeć z radości. Był to chyba pierwszy i ostatni efekt uboczny poczucia stabilizacji. Cały obóz krzyczał z radości, a ja wraz z nim. Szczęście jednak nie zawsze faktycznie chroni przed tragedią.
Spotkaliśmy się przy wyjściu z Kolonii. Sophie jak zwykle nie odzywała się do nikogo i tylko przypatrywała się naszym twarzom. Ethan wbił wzrok w swoje buty, a włosy całkowicie przysłoniły mu oczy. Tylko Lee uśmiechał się beztrosko i nucił pod nosem jakąś piosenkę.
Szliśmy równo, wlekąc nogę za nogą i wsłuchując się w ciszę. Nawet nie zdążyliśmy zauważyć, kiedy wizyty w mieście zgniotły nam krtanie i nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Całe dnie każde z nas zajmowało się tylko i wyłącznie sobą i swoją rodziną. Od rana planowaliśmy, która godzina będzie idealna, żeby wyrwać się za mury choćby na chwilę. Dni uciekały jak piasek przez palce i nim się spostrzegliśmy, była już połowa lipca. Zachodzące słońce świeciło się wściekłą pomarańczą i raziło w oczy. Z trudem powstrzymywałam się od spojrzenia na któregokolwiek z przyjaciół. Na usta nasuwało mi się tylko jedno pytanie, które i tak bałam się zadać. Sophie pewnie prychnęłaby tylko i kazała się zamknąć, Lee uśmiechnąłby się tajemniczo, a Ethan nawet nie zrozumiałby co się do niego mówi.
- Oglądaliście wiadomości, prawda? - zaryzykowałam. Na moje nieszczęście pierwsza odezwała się Sophie. A raczej nie odezwała, tylko wydała z siebie coś na kształt kaszlu. Stanęliśmy na środku drogi, kiedy Sophie dosłownie zgięła się w pół, a z jej ust wypłynął najszczerszy śmiech jaki kiedykolwiek u niej słyszałam.
Rzuciłam okiem na Lee i Ethana. Ci także zdawali się być zaskoczeni jej zachowaniem, ale już po chwili blondyn zaśmiał się krótko. Zawtórowało mu rozbawione prychnięcie szatyna. Cała trójka śmiała się tak szczerze, że sama po chwili do nich dołączyłam. Rzuciliśmy się pędem przed siebie, potykając się o własne nogi. Rozłożyliśmy ręce na boki niczym małe dzieci i pruliśmy w stronę wyłaniających się zza wzgórza drzew. Krzyki i piski roznosiły się po całych polach, porywane przez wiatr. Szybowały w przestworza i ginęły pośród chmur. Mogły dotrzeć wszędzie - zaśpiewać wśród płatków wiśni w Japonii, okręcić się wokół wieży Eiffla we Francji, czy wykąpać się w gorących wodach Karaibów. Tymczasem ich źródło biegło przed siebie, gdzieś w środku pięknej doliny, która przez najbliższe miesiące miała być ich jedynym domem.
Wtedy także nie zwracałam uwagi na swój drżący oddech, dziwne uczucie w podbrzuszu i myśli uciekające gdzieś daleko, tam, gdzie nikt miał ich nigdy nie znaleźć. Wszystko zdawało się być tylko efektem zmęczenia, a głęboki chichot, który przebił się przez nasze śmiechy, został zlekceważony. Chichot, który brzmiał tak, jakby za chwilę słońce miało wybuchnąć, a świat skończyć na zawsze. Ten śmiech szaleńca, który towarzyszy ci, kiedy masz ochotę zdusić w sobie ostatnią iskierkę woli życia na tym popapranym świecie.

***

Uciekałam przed nim. Przedzierałam się przez tłum podekscytowanych obozowiczów. Wszyscy rozmawiali tylko o jednym - niektórzy ciszej, niektórzy głośniej. Obóz w Waszyngtonie był na ustach każdego z osobna.
Staliśmy przed porannym apelem na placu. Wtulałam się z błogą pustką w głowie w Ethana, który ledwie zauważalnie kołysał mnie w ramionach. Zaraz obok nas Lee prowadził ożywioną rozmowę z Sophie, a Kivi, Harriet i Alex przekrzykiwali się z jakimś przystojnym chłopakiem.
Wtedy przed oczami przemknęło mi jego przeszywające spojrzenie. Wpatrywał się we mnie uporczywie i chociaż błagałam w duchu, by nie wykonał żadnego ruchu, ruszył w moją stronę.
- Muszę... - złapałam kurczowo rękę Ethana. - Muszę pójść coś załatwić.
Oderwałam się od niego. Przekrzywił głowę i uniósł jedną brew. Miał ostatnio strasznie podkrążone oczy, które szkliły się jak podczas choroby. Nadal ściskałam jego dłoń, żeby tylko zabrzmieć wiarygodnie.
- Zaraz wracam, obiecuję.
- Wszystko w porządku?
Próbowałam uspokoić łomoczące serce i rozbiegany wzrok, który szukał Joshuy. Ten zdążył dosłownie wyparować, ale niemal czułam jego oddech na karku.
- Oczywiście! To zajmie dosłownie chwilkę.
Wyrwałam rękę z uścisku, ale Ethan nie dawał za wygraną. Wpatrywał się we mnie uporczywie, a mi z niewiadomych przyczyn zrobiło się smutno. Od ostatnich dni nie rozmawialiśmy prawie w ogóle. Zbywałam go błahymi wymówkami, że a to jestem zajęta, a to nie mam ochoty z nikim gadać, a to jestem z kimś umówiona. Ale teraz nie było mowy, żeby cokolwiek tłumaczyć.
- Nic się nie dzieje. Naprawdę - zmusiłam się do sztucznego uśmiechu i jeszcze raz ścisnęłam jego dłoń. - Za minutkę wracam.
Nie czekałam na pozwolenie. Dosłownie rzuciłam się w tłum z przemożnym pragnieniem, żeby zniknąć. Ulotnić się do nieba jako duch, wniknąć do czyjegoś ciała, albo zapaść się pod ziemię. Byle tylko nie było mnie widać. Kiedy wreszcie przedarłam się przez wszystkich ludzi, rzucając co jakiś czas zdesperowane "przepraszam", poczułam się jeszcze gorzej. Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie nie zauważyłam Joshuy. Nie ośmieliłam się jednak spokojnie odetchnąć. Musiałam jak najszybciej wejść do jakiegoś domku. W najbliższym - Szóstce - mieszkał Alex, więc było to zdecydowanie najlepszą opcją. Tam na pewno nie będzie mnie szukał.
Minęłam Dwójkę i Trójkę, dysząc i łapiąc równowagę przy każdym potknięciu. Stanęłam spokojnie dopiero przy ścianie Piątki. Poczułam tylko czyjąś obecność, ale nie miałam siły uciekać. Oczy Joshuy przytwierdziły mnie do ściany, kiedy nachylił się nad moją twarzą.
- Po cholerę uciekasz? - syknął.
- Czego chcesz? - odetchnęłam głośno, chcąc zabrzmieć spokojnie. Joshua pokręcił głową z politowaniem.
- Dobrze wiesz. Przestałaś przychodzić.
Zmarszczyłam brwi i oparłam się o ścianę, chcąc odrobinę odpocząć.
- Nie muszę ci się tłumaczyć.
Jednak głęboko czułam, że jednak muszę. A Joshua nie wyglądał, jakby miał nastrój do dawania mi wolnej ręki.
- W takim razie jak myślisz, czemu mnie za tobą wysłał?
Przewróciłam oczami i resztką sił splunęłam mu na buty.
- Nie będę z tobą rozmawiać. Daj mi spokój - warknęłam. Joshua zaśmiał się krótko.
- Nie pytam cię o zdanie. Nie ja tu dowodzę.
Nie był przerażony. W jego oczach nie widziałam nawet odrobiny skruchy, smutku, czy zaniepokojenia. Były chłodne jak zwykle. Brutalnie złapał mnie za nadgarstki i przygwoździł do ściany, żebym nie mogła się wyrwać. Nawet nie próbowałam. Byłam wycieńczona biegiem i musiałam zachować resztki sił, by mu odpyskować.
- On też nie pyta cię o zdanie. Kazał mi cię znaleźć i przyprowadzić do gabinetu.
- Nie jestem już jego marionetką. Skończyłam z tym, gdy otworzono nam mury. Nie zauważyłeś?
Joshua nachylił się jeszcze bliżej. Czułam jego oddech na twarzy i ostatkiem wolnej woli próbowała powstrzymać się od kopnięcia go w krocze.
- Jesteś aż tak naiwna? - zadrwił podwyższonym tonem. - Znalazłaś mamusię i nagle jesteś taka ważna? Już zdążyli cię rozpuścić?
Dziwny cień przemknął mi przed oczami. Zacisnęłam pięści ze wściekłości. Gorący prąd przepłynął od brzucha kręgosłupem aż do palców u stóp i głowy. Coś szarpnęło mną od środka, ale nie wystarczająco mocno, bym mu się nie oparła. Kiedy szarpnęło po raz kolejny, Joshua widocznie to poczuł.
- Próbujesz się wyrwać? Nie bądź śmieszna.
Zaciskałam zęby, czując jak zaczynają dzwonić. Szarpnięcia rozrywały mi brzuch, ale nie dawałam tego po sobie poznać. Brałam głębokie oddechy, uspokajałam nerwy. Nie zdawało się to jednak na nic. Przez ostatnie tygodnie zbyt pozwoliłam sobie na okazywanie skrajnych emocji, które zwyczajnie zaczynały przejmować nade mną kontrolę.
- Wcale cię nie proszę, żebyś poszła. Dobrze wiesz, że to rozkaz.
- Nie będę się ciebie słuchać - syknęłam. Joshua tylko przewrócił oczami, a uścisk na nadgarstkach zaczął palić. Jego twarz znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko. Zawsze budowałam wokół siebie mur i tylko niektórym pozwalałam przez niego przejść, ale Joshua na pewno nie był tym kimś. Miałam ogromną ochotę, pokazać mu, gdzie jest jego miejsce.
- Nie dotykaj mnie.
Podniósł wzrok z mojej szyi. Nie był zdziwiony - raczej rozbawiony.
- Powiedziałam, nie dotykaj mnie.
Zaśmiał się krótko. W jednej chwili poczułam jego oddech coraz niżej, aż zatrzymał się na szyi.
- Nie muszę się ciebie słuchać, Echuś. Mogę zrobić co mi się żywnie podoba, bo jeśli piśniesz choć słówko, to cała twoja rodzinka pójdzie z dymem wraz z całym miastem.
Siła w mojej klatce piersiowej nie dała mu jednak wykonać żadnego ruchu. W jednej chwili coś się we mnie zakotłowało, a silne szarpnięcie odepchnęło go tak gwałtownie, że puścił moje nadgarstki. Nie zdążył nawet krzyknąć, kiedy wymierzyłam mu cios prosto w twarz. Kipiałam ze złości, miałam ochotę roznieść domek za moimi plecami w drobny mak, ale perspektywa wyżycia się na Joshui była o wiele bardziej kusząca. Chciał wstać, ale powaliłam go jednym kopnięciem.
- Nie piśniesz ani słówka - warknęłam, a mój głos nie brzmiał tak jak zwykle. Był świszczący i cienki. Oczywiście obwiniałam o to wściekłość, choć doskonale wiedziałam co jest na rzeczy.
- Też masz tam rodzinkę, prawda? Tylko spróbuj zaszkodzić mi, mojej rodzinie, albo przyjaciołom, to do końca życia będziesz kaleką.
Nie żartowałam. Mówiłam całkowicie szczerze. Gorąco w kręgosłupie przedostawało się do głowy i niemal nasuwało każde słowo.
- Połamię ci wszystkie kości, każdą, co do jednej. Jeśli będę chciała, skończysz z kamieniem przywiązanym do nogi w jeziorze. Albo ostatni raz zakwilisz, spadając z dachu.
Nie odzywał się. To aż takie dziwne, że się stawiam? Tylko że to nie byłam ja.
- Rozumiemy się?
Jego oczy były chłodne.
- Myślisz, że się ciebie boję? Boisz się sama siebie, więc przestań zgrywać bohaterkę, bo to prędzej ty im zaszkodzisz.
Nie powiedział ani słowa więcej. Podniósł się powoli, otrzepał spodnie z ziemi, posłał mi ostatnie nienawistne spojrzenie i zniknął za ścianą Piątki.
Zostałam kompletnie sama. Za moimi plecami roznosił się głos Octavii, która mówiła o jakichś nieistotnych rzeczach. Przede mną rozciągał się prawie cały obóz - domki, drzewa, boiska i na samym końcu las. Nogi same się pode mną ugięły. Siedziałam na mokrej i zimnej ziemi z drżącymi dłońmi. Patrzyłam na nie z przerażeniem. Były bledsze i bardziej szorstkie niż wcześniej.
W głowie nadal kotłowały się wszystkie groźby, które zdążyłam wypowiedzieć. Szarpnięcia i przeszywający ból w klatce piersiowej niemal zniknął, ale i tak wybuchłam niepohamowanym płaczem. Pierwszy raz dosłownie krzyczałam ze smutku. Przytuliłam swoje kolana, podciągając je pod samą brodę i błagałam w duchu, by ktoś przyszedł. Ktokolwiek. Nie ktoś przyjdzie i mnie przytuli.
Dopiero tamtego dnia zrozumiałam, jak bardzo potrzebuję drugiego człowieka.

***

- Słyszałam, że jest tu jakaś poradnia psychologiczna.
Cztery pary oczu zwróciły się w moją stronę. Siedzieliśmy właśnie przy obiedzie, a mnie temat ten nurtował od spotkania Joshuy.
Anastasia przerwała jedzenie i spojrzała na mnie z pytaniem w oczach.
- Tak, jest.
- Czy ty... - zobaczyłam zaskoczenie na twarzy Gilberta.
Pokiwałam nieznacznie głową. Philippe wytarł ręce serwetką i odchrząknął głośno.
- Powstała niedawno. Paru rodziców stwierdziło, że ich dzieci wcale nie nauczyły panować nad swoją innością, jak to obiecywał obóz.
Jeszcze raz zapytałam się w myślach, czy naprawdę jest mi to potrzebne. Całe ciało krzyczało, że tak. Tylko jeden cienki głosik, dobiegający jakby z tyłu głowy, krzyczał, że nie.
- Chciałabym się tam zgłosić.
Anastasia potarła skronie, wymieniając z Philippem znaczące spojrzenia.
- Czy to... nadal ci przeszkadza?
Pokiwałam głową, chociaż tak naprawdę odezwało się dopiero niedawno, ale nie śmiałam się do tego przyznać. Mogliby pomyśleć, że ma to związek z nimi i poczuliby się jeszcze gorzej.
- Tylko trochę, ale wolałabym z kimś o tym porozmawiać - widząc cień przemykający po twarzy Anastasi, szybko sprostowałam. - Z kimś kto się na tym zna.
Philippe tylko pokiwał głową. Zwrócił się w kierunku wszystkich i posłał im wyjątkowo ciepły uśmiech.
- Oczywiście. Zapiszemy cię tam.

Budynek był nowy. Ogromne okna i oszklone drzwi ukazywały niemal cały hol i recepcję. Szłam z Anastasią, która wcale nie wydawała się specjalnie szczęśliwa z tego powodu. Podczas krótkiej drogi zdążyła zapytać mnie, czy na pewno jestem pewna, przynajmniej trzy raz. Zawsze odpowiadałam tak samo.
Hol też był nowy. Stały w nim miękkie beżowe fotele, różnorodne kwiaty, półki z gazetami i baniak z wodą. Za biurkiem recepcji siedziała pulchna kobieta z włosami upiętymi w idealnego koka. Rozmawiała z kimś przez telefon, zapisywała coś w komputerze, a kiedy nas zobaczyła, uśmiechnęła się tylko miło. Kiedy odłożyła słuchawkę, znów posłała nam firmowy uśmiech.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
Anastasia odchrząknęła cicho.
- Jesteśmy zapisane na nazwisko Seveneel.
Kobieta przytaknęła i od razu zaczęła wpisywać coś w komputer. Skorzystałam z okazji, żeby jeszcze raz rozejrzeć się dookoła. Od recepcji odbiegały dwa korytarze, a na końcach obu z nich prowadziły schody na piętro. Było jasno, a słońce idealnie oświetlało cały hol.
Pomruk recepcjonistki wyrwał mnie z zamyślenia.
- Tak. Pani Echo Seveneel zapisana na sesje we wtorki i czwartki na godzinę 19.
- Zgadza się.
Kobieta znów podniosła słuchawkę i zaraz po drugiej stronie odezwał się niewyraźny kobiecy głos.
- Mamy pacjentkę do sali 21. Echo Seveneel. Otworzysz drzwi na drugie piętro? Co? Tak, jasne.
Odłożyła słuchawkę i oparła się łokciami o biurko.
- Niestety nie będzie pani mogła wejść tam razem z córką. Wstęp do sal i na piętro mają tylko lekarze i pacjenci.
Anastasia złapała mnie kurczowo za ramię. Odetchnęłam głośno.
- Wszystko w porządku, mamo. Idź do domu. Wrócę sama.
- Ale...
Rzuciłam jej znudzone spojrzenie. Kontrolowałam marszczące się brwi, ale dłoni zacisnęły się w pięści. Anastasia chyba zrozumiała o co chodzi i tylko odsunęła się parę kroków.
- Oczywiście. Dasz sobie radę. Będziemy czekać w domu.
Posłałam jej wymuszony uśmiech, a recepcjonista już wskazywała mi drogę. Ruszyłam korytarzem w lewo aż do schodów. Mijałam pomieszczenia podpisane jakimiś nazwiskami. Z jednego z nich wyszła sprzątaczka z mopem w ręce. Przyspieszyłam kroku, żeby się z nią szybko minąć. Na plakietce przy schodach widniały numery sal odpowiednie poszczególnym piętrom. Sala numer 21 - drugie piętro.
Pokonałam schody w zadziwiająco szybkim tempie. Chociaż moje nogi dosłownie się pode mną uginały, stanęłam w wąskim korytarzu, gdzie kręciło się już o wiele więcej osób. Sekretarki w ołówkowych spódnicach, lekarze w luźnych strojach i z plakietkami na piersiach, a w rogu na plastikowym krześle popijał kawę jakiś chłopak w dredach. Ruszyłam niepewnym krokiem przed siebie. Spodziewałam się, że wszyscy będę patrzeć się na mnie spode łba jak zawsze. Jednak pierwsza pani o rudych włosach uśmiechnęła się do mnie, pytając, do której sali zmierzam.
- 21. Echo Seveneel.
Kobieta zaśmiała się na moją cichą odpowiedź. Znów zabrzmiałam, jakbym nie do końca była pewna swojego imienia.
- Po prawej stronie na końcu korytarza. Ktoś tam powinien już na ciebie czekać.
Podziękowałam niemrawo i puściłam się pędem w stronę drzwi. Udawałam, że wcale nigdzie mi się nie śpieszy, ale przez przypadek potknęłam się o dywan, zwracając tym samym na siebie uwagę wszystkich osób w korytarzu. Poprawiłam bluzkę i włosy, wreszcie dopadając drzwi.
Zapukałam wystarczająco głośno, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Nacisnęłam klamkę, a drzwi delikatnie ustąpiły. Niepewnie weszłam do środka.
- Przepraszam?
Pokój miał tylko jedno ogromne okno. Na środku stało biurko zawalone papierami. Cała lewa ściana ukryta była za półkami z książkami, encyklopediami i figurkami zwierząt. Nikogo w środku nie było.
Odważyłam się postawić kolejny krok i zamknąć za sobą drzwi.
- Cześć.
Wrzasnęłam. Odwróciłam się w stronę głosu z bijącym sercem i dopiero wtedy zobaczyłam trzy fotele stojące pod prawą ścianą. Na jednym z nich siedział chłopak. Był na oko w moim wieku, miał blond włosy opadające na oczy, zapadnięte policzki i wpatrywał się we mnie uporczywie. Wychudzone nogi podciągnął pod brodę, bawiąc się rogiem swojej koszulki w paski. Miał na stopach jedynie skarpetki.
- H-Hej.
- Jesteś tu nowa, prawda?
Nie zmienił nawet pozycji. Praktycznie w ogóle się nie ruszał. Miętosił koszulkę w palcach, mrugając smutnymi oczami.
Przytaknęłam.
- Jak ci na imię?
Miał naprawdę dziwny akcent. Wcześniej nie spotkałam się z takim w obozie, a przecież takie kaleczenie angielskiego na pewno zapadłoby mi w pamięć.
- Echo Seveneel.
Przekrzywił głowę. Zdziwiło go pewnie, że przedstawiłam się nazwiskiem. Albo mi się przewidziało, albo niezauważalnie się uśmiechnął.
- Andrusza Wasilijowicz Lawrow.
Czyli akcent nie był jedyną dziwną rzeczą w tym tajemniczym człowieku. Chyba zauważył moje zdumienie, bo tym razem naprawdę się uśmiechnął.
- Mów mi Andrusza.
- Mów mi Echo.
Opuścił stopy na wykładzinę. Naprawdę był przeraźliwie chudy. Garbił się gorzej niż ja, a jego obojczyki widocznie odznaczały się na koszulce.
Nie spuszczał ze mnie wzroku podkrążonych i szklanych oczy. Jego głos był drżący i niepewny, kiedy sklecił kolejne zdanie.
- Widzisz, Echo. Wygląda na to, że mamy ten sam problem.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego